Przejdź do treści
Strona główna » Blog » Andrzej Szwed – wózkarz

Andrzej Szwed – wózkarz

    Transkrypcja rozmowy w formacie.docx

    W 1972 roku zostałem przyjęty na stanowisko kierowcy samochodu osobowego. Jedną z pierwszych pracy w filmie – jeździłem Warszawą przy filmie Listy naszych czytelników w reżyserii Agnieszki Holland. Tam grał Tadeusz Łomnicki. Dla mnie to było coś niesamowitego, wieźć takiego aktora do Warszawy do teatru i z powrotem. Dla mnie to było coś niesamowitego, bo Tadeusz Łomnicki z tyłu siedział, i miał taki mały magnetofon kasetowy, i odtwarzał swoje role, uczył się. Mówię: „Jaki bogaty, taki magnetofon ma”, a dzisiaj się to na śmietniku spotyka. Ale to był dla mnie sukces. Coś niesamowitego. Woziłem właśnie tych aktorów. A pierwszym filmem większym, to był Opis obyczajów z reżyserem Juliuszem Janickim, w kieleckim, Suchedniów, tamtych stronach. Fajnie, człowiek był młody, kawaler, to pasowały filmy. Oczywiście życie wesołe było, człowiek był kawalerem wtedy. Później człowiek się ożenił, i plenery. Średnio cztery filmy robiło się rocznie plenerowo. Wtedy olbrzymia ilość ludzi pracowała, było ponad 1000 osób. To były piękne czasy. Jechaliśmy gdzieś w plener, to jak rodzina – wszyscy w jednym hotelu, wszyscy się bawili. Oczywiście pracowaliśmy, tylko wszystko było fajnie. Teraz tak nie ma, to już nie te czasy. Każdy ma samochód, jedzie do domu, a my byliśmy w hotelu, czekaliśmy, raz na miesiąc dostaliśmy autobus Wytwórni, który nas przywiózł do Łodzi i z powrotem. Wtedy pracować w Wytwórni to był dla każdego zaszczyt, coś niesamowitego. To było tak, że praktycznie non stop byliśmy poza domem. Teraz czeka się na film, a wtedy się od razu brało walizki, żona wyprała, naszykowała i nas nie ma. Takie życie kawalerskie właściwie to było, a nie człowiek żonaty, że zostawia dom, i nas nie ma. W tamtych latach nie było tak. My byliśmy tylko kierowcami. Kierowca miał swój obowiązek. Dopiero w późniejszych latach mieliśmy dodatkowe funkcje, czy przy wózku, czy kto inny już brał, inni brali, czy już przy kamerze byli dyżurni. Takie różne etaty dodatkowe żeśmy łapali, a tak to cały czas byliśmy na etacie kierowcy, i nas nic nie interesowało. Siedzieliśmy sobie w kabinie i patrzyliśmy, jak to się kręci film.

    Był 1980 rok. Robiliśmy film Vabank. Tu jest elita aktorska i inni, którzy dopiero wchodzili pierwszy raz, jak Zającówna, do filmu. Ale tu mamy Machulskiego przede wszystkim. Elita aktorska, super wszystko było. Przede wszystkim film w Łodzi. Pełno ludzi na ulicy, każdy ciekawy, jak to się kręci. Robiliśmy na Piramowicza ten skok z 4 piętra, gdzie kaskader spada w podwórku na gumowe poduchy, ale to pełno ludzi, wszyscy widzą. Na każdą bramę, to tu robiliśmy film. Oczywiście później bankiet też piękny był – zawsze na koniec filmu mieliśmy bankiet. Takie wspomnienia – każdy się spotykał na tym bankiecie, później opowiadania. Ekipa o 8:00 – wyjeżdżamy na plan. Tak dużo godzin to chyba nie robiliśmy, 12 godzin byliśmy góra. Ale spokojnie, normalnie się robiło. Jedziemy na plan, i każdy swoje obowiązki wykonywał. Wtedy jechaliśmy z bazy z Wieniawskiego do Wytwórni, tam dostaliśmy polecenie: „Jedziesz dzisiaj do tego filmu”. Wsiadam i jedziemy. Jeżeli ktoś był osobą z samochodem, to wiadomo, że musiał aktorów, czy innych. Na ciężarowych samochodach każdy jechał już na plan, zostawiał samochód, czekał na koniec zdjęć i zabierał. Zajeżdżaliśmy, staliśmy na planie cały dzień. Nieraz tak było, że tylko w jednym miejscu – też fajnie. Podstawowa rzecz to była karty. Najciekawiej to był poker, ale poker się nie gra na uszy – to już było na 5 złotych. Jest co wspominać. Takie były grupki nasze, gdzie później wieczorem też trzeba było dokończyć, bo już się rozpoczęło w trakcie dnia, a później nieraz do rana. Teraz tego już nie ma, już minęło.

    Było u nas kilku dysponentów, i zapotrzebowanie – dzisiaj jadę osobowym samochodem. Ale najczęściej mieliśmy na stałe ten samochód, czy ciężarowy. Jeździło się praktycznie od deski do deski, dopóki nie nawalił. To były inne czasy, często coś. Ale na szczęście dojechaliśmy na miejsce, i później na bazie naprawiali. To był inny sprzęt. Jeździło się Warszawą – teraz nie do pomyślenia, żeby aktora wozić Warszawą. W 1973 roku, jak robiono film Potop, to też mieliśmy Wołgę nową. Kierowca woził do Związku Radzieckiego aktorów – Olbrychskiego – w tą i z powrotem, tysiące kilometrów robili. Wołgą to był zaszczyt. Nie ma jak na miejscu, człowiek był w domu codziennie, a tak to plenery. Ale chociaż jest co wspominać po tylu latach, człowiek coś zaliczył. Bo tak to człowiek by pracował na miejscu w Łodzi. Rano wychodzi, popołudniu przychodzi, koniec. A tutaj wyjeżdżaliśmy, całą Polskę, zamki, ludzi się poznało. Jest co wspominać. Moja zabawa w fotografię na planie – bawiłem się zwykłym aparatem, żadnych luksusów, ale mi się podobało, żeby zrobić dokumentację nieraz z planu. Miałem czas, bo byłem kierowcą, i się bawiłem. Robiąc film w Zakopanem w 1975 roku z Kuźmińskim Tymi samymi kartami, albo Krótkie życie – taka była druga wersja – kupiłem książkę 535 dni Potopu, [mężczyzna pokazuje okładkę książki] jak robiono film Potop. Tu jest wszystko-zdjęcia, ekipa, wszystko opisane dokładnie. To mi się spodobało, i zacząłem sam robić takie albumy z każdego filmu. Po tylu latach, jak oglądam moje albumy, to mówię-historia niesamowita. Ludzie nie żyją, ale jak kiedyś robiliśmy filmy, to coś fajnego jest. Na pewno każdy z ekipy ma jakieś zdjęcia. To powinno być pokazane, żeby społeczeństwo widziało. Teraz studenci ze Szkoły nie znają nawet nazwisk aktorów naszych, którzy już nie żyją, bo uczą się czegoś innego. A powinni znać naszych aktorów. Nie bawiłem się w pozowanie, miałem sekundę. Nie byłem fotosistą, bawiłem się dla zabawy, dla siebie, i nikt mi nie pozował. Tylko strzelałem, i wyszły zdjęcia mi tak, jakby ktoś mi pozował. W tym momencie strzeliłem, i mi się to podobało, i sobie wkleiłem do albumu. Piękna pamiątka.

    To był 1981 rok, bo najpierw robiliśmy Vabank w 1980. Później w 1981 był film Austeria. Budowaliśmy dekoracje nad Zalewem Sulejowskim – Borki, w tym rejonie, i tam przy okazji mieszkaliśmy. Tam miesiąc czasu była budowa całej tej Austerii. Ekipa budowlana łódzka pojechała tam. Ja wtedy jeździłem ciężarowym samochodem, Starem. 17 samochodów drzewa zawiozłem na tą dekorację. Do tej pory pamiętam, ile razy to drzewo trzeba przewieźć było, żeby to wybudować. Piękna, wybudowana dekoracja. To był 1981 rok. Przede wszystkim Kawalerowicz, aktorzy, sama też elita. Piękne kino, takich filmów się teraz nie robi. Konie, to wszystko. Budowali. Ja przyjeżdżam do Łodzi, bo zanim zdjęcia były, to jeszcze półtora miesiąca zostało wybudowane, a później dopiero dojechaliśmy. Tam w Borkach mieliśmy hotel, i tam mieszkaliśmy. To było na takiej zasadzie. Filmy się kręciło, to blisko hotel żeby był. Nie będzie się codziennie ekipy wozić te 60 km. Tak było. Bardzo duży. Rok czasu chyba był kręcony ten film [Kanclerz]. To mieliśmy okolice – czy Kraków, w Piotrkowie, w Warszawie, po całej Polsce, czy Gołuchów. W różnych miejscach Polski robiliśmy. Zamki – wiadomo, że taki temat. Ryszard Ber reżyserował. Oczywiście stroje, przepiękne stroje naszych kostiumologów. Teraz żeby to zrobić, to rzeczywiście olbrzymie pieniądze. Akademię Pana Kleksa ruszyliśmy chyba w 1982 od Nieborowa w tym pałacu, i przed pałacem robiliśmy. Tak gorąco było, że mieliśmy problem z pszczołami, komarami, bo tam blisko stawy, także tam ruszyliśmy. Oczywiście Piotr Fronczewski, i elita dzieciaków, którzy zagrali w tym filmie. Później po całej Polsce mieliśmy zdjęcia przy Kleksie. Drugi film, to był Podróże Pana Kleksa. Ale fajna sytuacja. Jesteśmy nad Narwią za Pułtuskiem, stare dorzecze Narwi. Ja przywiozłem wielkiego krokodyla do zdjęć. Położyłem z kolegą tego krokodyla w trzcinach na brzegu rzeki, a dzień wcześniej staruszka złapała wielkiego suma. Więc rybacy i miejscowi też może złapią jakiegoś, więc wypłynęli sobie łódką na wędkowanie. Ja położyłem, odszedłem sobie dalej, i patrzę ten krokodyl, bo był lekki, wiatr go dmuchnął, i on wypływa na środek na tych, co na łódce są. Tego się nie da opisać, jak oni szybko wiosłowali do brzegu, bo nie wiedzieli – tu ludzi nie ma, i wypływa wielki krokodyl z krzaków. Nieraz takie są wspomnienia, to się wierzyć nie chce, to ludzie nie uwierzą. Mam to jeszcze udokumentowane na zdjęciach, bo miałem czas, dla zabawy, jak to wyglądało. Nawet takie wspomnienia są fajne.

    To [Był jazz] był 1980 rok. Operatorem był Witold Sobociński, przyjechał ze Stanów akurat, i to robił. Też fajne są wspomnienia. Człowiek poznawał całą elitę aktorów. Grała tam Bożena Adamek, Michał Bajor. Byli wtedy młodymi studentami, później to wszystko poszło. Przede wszystkim główna scena była robiona w Szkole Technikum Włókienniczym na Żeromskiego. Robiliśmy chyba też w restauracji „Tivoli” – tam była taka scena, oczywiście mieliśmy tam na koniec bankiet. Robiliśmy też, jak jest sala MPK na Narutowicza, MPK miała taką swoją salę, pełno tam statystów było. Łódź jest ograna, tak samo Piotrków Trybunalski. Ostatnio też sporo robiliśmy w Zgierzu. Takie miasteczka właśnie, okolice Łodzi – tu się robiło. [Cudowne dziecko] To był mróz. Nie pamiętam takiej zimy, jak wtedy. Był śnieg oczywiście, ale i mróz. Robiliśmy w różnych godzinach. Nieraz całą noc robimy, jak jest ta ściana wschodnia, Piłsudskiego, pełno statystów, tu nie mają gdzie się schować. Dostaliśmy jakiś fragment poczty, gdzie tam był tylko matuleńki pokoik, gdzie tam tylko 4 osoby się mieściły, a reszta na dworzu w przeciągach. To się wierzyć nie chce, że ludzie wytrzymali. Nie mieliśmy autobusu, żeby postawili, że ekipę tam trzymamy – wszystko jak zmokłe kury się tuliły i czekały na swoje ujęcie. Albo scena przy beczkach na Targowej – olbrzymia. Mróz. Mieliśmy catering w małej przyczepie kempingowej – woda zamarznięta, butla gazowa nie chciała puścić. Był problem, żeby nawet herbaty zagotować. To trwało trochę, i tak jakoś ludzie żyli. Teraz nie do pomyślenia, każdy aktor znany, dobry, musi mieć swoją przyczepę. Ja mówię o zagranicznych, chociaż Polacy też próbują dla niektórych. Ma przyczepę kempingową, i jest sam. Wtedy nie było tak. Tutaj przede wszystkim robiliśmy Podróż na wschód. Ta scena główna z lustrami, tam były tańce. Tam Kasia Skrzynecka tańczy taniec hiszpański z tancerką zawodową. Zresztą Kasia była wtedy młoda, miała chyba 26 lat, to był chyba jej drugi film, bo wcześniej robiliśmy Wow, to był jej pierwszy film. Człowiek poznał tych, tych. Teraz patrzy – mają wnuki niektórzy.

    No wózkarzem – jak Wytwórnię rozwiązali, oprócz kierowcy się brało dodatkowo, coś trzeba było robić i żeśmy przy wózku pracowali. Inni jeszcze co innego robili, a ja się bawiłem przy wózku. Ustawienie pod kamerę całej jazdy, czyli szyny, i normalnie pchamy. Mamy teraz sprzęt po dawnej Wytwórni Filmowej, stary sprzęt, ale pracujemy. Co się da, to na tym robimy. Wiadomo, że teraz sprzęt jest amerykański, nie ma problemu, wypożyczalnia, za pół godziny już mamy sprzęt. Ale to wszystko kosztuje. Tak samo, przy wózku pomagam, przy okazji studenci podpatrują, pomagają mi. Oni się uczą, i robią później sami. Najważniejsze, żeby złapali ten rytm, podstawy, od wypoziomowania szyn, żeby było równo, żeby kamera nie trzęsła. Na tym polega prosta robota. Dzieci też potrafią. Zresztą teraz bardzo dużo studentek pomaga przy jeździe, kamerach. Kiedyś nie było, może 1-2 studentki, które były operatorkami, a teraz jest bardzo dużo. I chętnie też pomagają – przy świetle, przy jeździe, wszystko noszą. Aż miło. Mówią: „Takiemu dziadkowi trzeba pomóc”. Z jednej strony mi głupio, ale fajnie nieraz bywa.