Przejdź do treści
Strona główna » Blog » Danuta Adamska-Strus – Autorka filmów animowanych, rzeźbiarka.

Danuta Adamska-Strus – Autorka filmów animowanych, rzeźbiarka.

    Transkrypcja rozmowy w formacie.docx

    Nazywam się Danuta Adamska-Strus. Pisałam scenariusze, reżyserowałam, animowałam. Uczyłam propodeutyki stomatologii na pierwszym roku Akademii Medycznej przez osiem lat. Co jeszcze powiedzieć? Rzeźbiłam, malowałam, tkałam gobeliny. W tej chwili jestem na emeryturze. [Biała plansza. Pośrodku czarny napis prostą czcionką: Jaka była Pani droga do świata kinematografii?] Zaczęło się od tego, że po wojnie byli ludzie, którzy byli zainteresowani, żeby pobudzić kulturalnie i chodzili po szkołach i szukali zdolnych dzieci. I tak było w mojej szkole w Rzeszowie, że przyszedł pan z liceum plastycznego w Jarosławiu i zapytał, kto ewentualnie się nadaje. No i powiedziano, że ja pięknie rysuję. No i oczywiście się znalazłam w liceum, które było najlepsze w Polsce wtedy. Z mojej klasy ludzie, wszyscy byli po studiach. Akademia Krakowska, Wrocław, Katowice i Warszawa również. No ja dostałam się na Akademię, na Wydział Rzeźby. Najpierw pierwszy rok organizował profesor Marian Konieczny, a później wybrałam pracownię Jacka Poszeca. I w pewnym momencie rzeźba to było za mało. Zainteresowałam się właśnie filmem animowanym. który prowadził Kaziu Urbański, entuzjasta, napalony strasznie na robotę. I u Kazia robiłem różnego rodzaju animacje, między innymi animacja materiałów sypkich, która stała się później moją robotą codzienną w Se-ma-forze. Przyjechał przedstawiciel Se-ma-fora i Kaziu Urbański mnie poleciła jako ewentualne mięso do roboty. I złożyłam najpierw scenopis, scenografię do pierwszego mojego filmu, Przygody Kreski. I zrealizowałam. Tak się znalazłam w Łodzi. Przez 7 lat dojeżdżałam do pracy z Krakowa. Urodziłam w tym czasie dwoje dzieci. W pewnym momencie, kiedy mój syn już miał iść do pierwszej klasy, postawiłam ultimatum, że albo mi załatwią tu mieszkanie, albo ja nie wiem, co mam zrobić, bo dziecko idzie do szkoły. No i załatwili mi mieszkanie. To mieszkanie dostałam od prezydenta jako człowiek niezbędny dla Łodzi. No i tak zostało. Aż do momentu, kiedy Se-ma-for zniknął. No i wtedy przeniosłam się do prywatnej firmy, gdzie zrobiłam Bąblandię, serial cały. No, to by było na tyle.

    [Biała plansza. Pośrodku czarny napis prostą czcionką: Jak wyglądała Pani praca w Se-Ma-Forze?] Mój mąż pracował najpierw na uczelni jako nauczyciel akademicki u Kazia Urbańskiego, był asystentem. I jak ja już tutaj dojeżdżałam do pracy, on oczywiście musiał się zająć domem i dziećmi, ale w pewnym momencie stwierdził, że on też chce. Skoro już pracuje z Kaziem, to dlaczego nie? No i pomogłam mu dostać tutaj namiary i zrobił pierwszy film z wełny. W tej chwili nie mogę sobie przypomnieć, jaki był konkretnie tytuł. No i tak już zostało. W pewnym momencie dostaliśmy etaty i przeprowadziliśmy się tutaj. I robiliśmy razem. Dopełnialiśmy się, bo ja bardziej jestem mózgowcem, a on bardziej miał ręce odpowiednie do animacji i wspaniałych projektów plastycznych. Miał to coś szczególnego takiego, dziecięcą duszę, powiedziałabym. Dzięki temu projekty były znakomite. No, niestety zmarł w 2001 roku. Później nasz syn też dostał się na animację do Poznania do szkoły i zrobił jeden film z serii Bąblandia Grzyb. Pierwsze filmy, które robiłam dojeżdżając, to była mordownia. Miałam wynajęty albo hotel, albo prywatną kwaterę, ale na ogół to pracowałam od godziny 8 rano do 21. Dlatego mi wysiadły w tej chwili nogi i kręgosłup po latach, bo praca w tej pozycji 8 godzin. Co mogę powiedzieć? Właściwie nie miałam życia osobistego, tylko robota była. I tak było do końca. Praca, dzieci, przedszkole, żłobek, praca, dzieci, przedszkole, żłobek. [Biała plansza. Pośrodku czarny napis prostą czcionką: Jakie projekty Pani wykonywała?] No to były właśnie Przygody kreski. Ja animacje robiłam w Tuszynie. Technicznie rzecz biorąc, to był bladeram duży, na który była naciągnięta folia półprzeźroczysta i drobny piasek był używany do animacji i dodatkowo były lalki wycinane i podklejane za pomocą folii kolorowych, co było wtedy rzadkością, żeby w ogóle dostać. No i jak zwykle pracowałam od rana do nocy. Ja po prostu to kochałam robić. Dlatego nie czułam upływu czasu, nie czułam zmęczenia. Dopiero jak wracałam, to padałam na twarz. [Biała plansza. Pośrodku czarny napis prostą czcionką: Przyjeżdżała Pani na dłuższe okresy do Łodzi?] Jeżeli miałam do załatwienia sprawy scenariuszy, scenografii, to przyjeżdżałam w tym samym dniu. Siadałam o drugiej w nocy w Krakowie, wysiadałam o siódmej tutaj. Chodziłam sobie po Piotrkowskiej, oglądałam wystawy do godziny ósmej. A później załatwiłam w dyrekcji to, co było trzeba. Ale jak robiłam film, to przyjeżdżałam na okres zdjęciowy cały czas. A później byłam wzywana na montaże, na udźwiękowienia. I do Warszawy trzeba było pojechać. Była komisja w takiej sali, gdzie były siedzenia takie w pionie. I trzeba było wysłuchać, co mają do powiedzenia. Stresujące było.

    [Biała plansza. Pośrodku czarny napis prostą czcionką: Czy oferowali Pani godziwą zapłatę za pracę?] Nie wiem dlaczego, ale byłam traktowana trochę gorzej niż ludzie miejscowi. Mając ukończone studia i specjalizacje animacji, trzy lata czekałam na… Bo były stopnie: reżyser kategorii drugiej, trzeciej i tak dalej. Na drugą kategorię czekałam dość długo. A od tego były zależne pieniądze. Nie zawsze było przyjemnie. Miałam wypadek. I było 10 tysięcy… za ten wypadek. W czasie, kiedy byłam na zwolnieniu, były podniesione gotowości i ja również otrzymałam, bo skoro byłam na chorobowym, to dlaczego nie? I dostałam te 10 tysięcy odszkodowania z Semafora. I po tygodniu dowiedziałam się, że mi się nie należała podwyżka gotowości. W związku z powyższym odebrano mi dziewięć i pół tysiąca, czyli odszkodowanie za utratę palca. Centymetr palca nie mam. To było pięćdziesiąt złotych. Tak byłam traktowana. I dlatego przez trzydzieści lat nikt się nie zainteresował mną. Ostatni film zrobiłam 30 lat temu. To była Ulica Sezamkowa, do której robiłam z plasteliny różnego rodzaju… Tam litera konkretna dyktowała treść. [Biała plansza. Pośrodku czarny napis prostą czcionką: Czy Pani wypadek miał miejsce w pracy?] W pracy. To była częściowo moja bezmyślność, ale właściwie to była bezmyślność operatora. Istnieje taki sprzęt jak śruba najazdowa, który w sumie waży 250 kilogramów chyba. I doszliśmy do wniosku, że trzeba podłożyć pod śrubę taki specjalny kawał drewna, żeby najazd był taki trochę z góry. I oni mnie poprosili, żebym ja wsunęła to drewno i spuścili mnie w tym momencie na palec. Ja się złapałam za palec i pobiegłam na pogotowie. I zrobili mi porządek, ale to przez pewien czas nie miałam w ogóle czucia i przestałam robić animację po prostu. No, takie przygody. [Biała plansza. Pośrodku czarny napis prostą czcionką: Którą część pracy przy filmie lubiła Pani najbardziej?] To były specyficzne sprawy, bo istniało coś takiego w mojej psychice, że jeżeli wymyślałam scenariusz, to nie byłam w stanie pisać. W związku z tym Monika Brożyńska pisała, a ja jej dyktowałam. i ewentualnie poprawiałyśmy od strony literackiej teksty. Tak wyglądało. Scenografię robiłam rzadziej, bo wolałam, żeby mąż robił. Ale były filmy, do których robiłam, bo mnie to obligowało, żeby to było spójne. Lubiłam animacje, ale… Animacja w materiałach sypkich była bardzo męcząca. Był ciekawy przypadek. Byłam już bardzo zmęczona przy Kosmogonii, jak robiłam, i zamknęłam halę, poszłam do domu. Jak przyszłam na drugi dzień, to się okazało, że sprzątaczka oparła miotłę, na tym moim planie i się wyanimowało samo. Myślałam, że zdechnę, ale doszłam do wniosku, że jest techniczny sposób, żeby z tego wyjść. Kazałam operatorowi cofnąć taśmę o 30 czy 40 klatek, nie pamiętam, ile to było, i zrobiłam tzw. przenikanie, czyli to, co się wyanimowało samo za pomocą miotły, zostało w pewien sposób spacyfikowane. Bo Kosmogonia to w zasadzie było niewiele ujęć. Pracowało się a vista. Działo się na oczach widza wszystko. A to była animacja też, była rama. I na to był naciągnięty czarny aksamit po to, żeby… Bo to była z kolei animacja nie w piasku, tylko w soli. Po to, żeby mogła kierować kierunkiem, w którym miały się poruszać postacie. W związku z tym musiała mieć podejście od dołu i od góry. Żeby każda… Granulka soli żyła swoim życiem, a równocześnie stanowiła całość, którą sobie wymyśliłam. Tak że w tej chwili nikt nie animuje w ten sposób, jak ja animowałam, bo chyba nawet nie wiedzą, dlaczego. [Biała plansza. Pośrodku czarny napis prostą czcionką: Jakie Pani wykorzystywała jeszcze materiały do animacji?] Plastelinę oczywiście. Robiłam również filmy rysunkowe i wycinankę. Z plasteliną to zaczęło się przy filmie, który robiliśmy o Krakowie, według wiersza. Na początku były paluszki, paluszki były jak wróżki, szaspras fikumiku, zaczęły lepić paluszki zwierzątka i ludziki. I cała była opowieść plastelinowa na temat Krakowa, że siedzi Król Plast stary, Królowa Plastelina, sześć synków plastelinków i tak dalej. I zaczęło się właśnie od badania tworzywa, co ewentualnie można zrobić z tego. I później mąż zaczął robić doświadczenia na lalkach i zrobiliśmy pierwszy serial, 12 odcinków, czyli Plastelinki. Tutaj są postacie z tego. Później zaoferowałam serial Bąblandię w Se-ma-forze, ale pani [Jadwiga] Wendorff nie była zainteresowana. Na to Maciek Okuński stwierdził, że tak jest, on bierze. I powstał Shoptronic. I tego to było 22 odcinki. I tak się skończyło w ‘94 wszystko, co kochałam.

    [Biała plansza. Pośrodku czarny napis prostą czcionką: Z którego projektu była Pani najbardziej dumna?] Nie zastanawiałam się nad tym w ogóle. Myślę, że najbardziej przeżyłam Kosmogonię. Też były różnego rodzaju… Cenzura wdała się w tą sprawę. Dostałam jedynie nagrodę w KORK za ten film i stwierdzono, że został pożarty przez cenzurę. Były dwie wersje w ogóle. Ja złożyłam scenariusz, w którym wszystko się działo w starożytności. Zeus się upił i śniło mu się właśnie tworzenie świata. I poszłam do Grabowskiego i pokazałam mu scenariusz. I mówię, zrób coś z tym. No i on zrobił tak, że wymyślił Boga. Ale nie Zeusa, tylko ,,naszego”. I pierwsza wersja to była właśnie z aktorem, którym był mój asystent i operator. Był zrobiony na cacy jako Bóg. Że Bóg wyciąga ręce i stwarza. A druga wersja była bez Boga, bo cenzurze się też nie podobało. Bo był taki moment, że powstaje rakieta kosmiczna i ta rakieta uderza w twarz w ogóle. I to była ta zagwozdka. Także przygód był co niemiara. Przeminęło z wiatrem. [Biała plansza. Pośrodku czarny napis prostą czcionką: Jaka była droga realizacji filmu w Se-ma-forze?] To były tortury tak zwane. Najpierw składałam scenariusz do redakcji. Redakcja zatwierdzała i wysyłała do Warszawy. W Warszawie była specjalna komisja, która zatwierdzała do realizacji. Czasami zażądali ode mnie, żeby przekazać albo szkice, albo konkretne projekty już. Jak to będzie realizowane? No i robiłam to. A później się czekało na termin wolny, bo priorytetem w Semaforze były seriale, a nie ktoś taki jak ja z offu, który nagle przychodzi robić artystyczne filmy. No i tak później był określony czas realizacji, no i oczywiście te wszystkie kolejne Prace, które się wykonywały. Najpierw montaż, później udźwiękowienie i na końcu w Warszawie kolaudacja. [Biała plansza. Pośrodku czarny napis prostą czcionką: Czy miała Pani stały zespół do pracy?] Miałam swoją załogę, że tak się wyrażę. Pracowałam na ogół właśnie właściwie z moim asystentem Andrzej Górski się nazywa, zmarł na raka. On robił to, co chciałam. Ja miałam określoną wizję, jak to ma wyglądać od strony plastycznej i ustawiałam go po prostu, że mam uzyskać taki, a nie inny efekt. I często te moje polecenia były niedostrawienia dla Wacka. Dlatego wolałam z Andrzejem pracować. Najlepiej mi się pracowało z Jasiem, który wyjechał do Niemiec, Olszewskim Janem. I większość zdjęć do Plastelinków on robił. A u Maćka to już właśnie wzięłam ze sobą Andrzeja Górskiego na realizatora zdjęć. No i miałam współpracownika. nie licząc mojego męża, Jurka Knabe, którego nauczyłam animacji. No i tyle.

    [Biała plansza. Pośrodku czarny napis prostą czcionką: Jak wyglądała współpraca z mężem?] To to było już sedno życia. Poza dziećmi to była praca. Myśmy byli tutaj obcy. Nie mieliśmy towarzystwa. Nie urządzaliśmy popijaw, bo nie piliśmy. Tacy byliśmy… Inni, że tak się wyrażę. Nie pasowaliśmy do tego towarzystwa tutaj. Zresztą pochodziliśmy z południowej Polski, gdzie trochę inne są wartości niż tutaj. Mąż umarł w 2001 roku. 58 lat miał. Na ogół szliśmy ręka w rękę. Uzupełnialiśmy się. Ja przedstawiałam swój punkt widzenia i ewentualną realizację, na przykład scenografii. A mąż to realizował. Dogadywaliśmy się. Bardzo rzadko się kłóciliśmy chyba, nie?
    Mam pełno scenariuszy, które nie zostały zrealizowane. Na przykład do Bąblandii 10 scenariuszy było zatwierdzone przez telewizję i przepadły w momencie, kiedy rozwiązała się umowa o pracę z nimi. [Biała plansza. Pośrodku czarny napis prostą czcionką:  Jak może scharakteryzować Pani swojego męża?] Często o tym myślałam, że ma naturę dziecka. Że w zasadzie jest moim czwartym dzieckiem. W wielu sprawach się mnie radził. Traktował mnie, ja wiem, może trochę jak mamusię. Zresztą byłam starsza 2,5 roku od niego. Był dobrym człowiekiem. Był naprawdę dobrym plastykiem. Zrobił kilka dobrych filmów. O Robotku Chrobotku [właść. Przygody Robotka Chrobotka] był pokazywany we wszystkich kinach jako dodatek. Mógł żyć jeszcze i robić. W końcu pracował jako konserwator zabytków również, w pewnym momencie. [Biała plansza. Pośrodku czarny napis prostą czcionką: Czy chodziliście Państwo do kina i oglądaliście swoje filmy?] O ile mieliśmy z kim zostawić dziecko, darmowe bilety były, na ogół rozdawaliśmy ludziom, bo nie zawsze mieliśmy czas, żeby pójść. Właściwie prowadziliśmy taki skromny żywot. Na wakacje jeździliśmy do Przemyśla albo do teściowej. Jedyne wyjazdy zagraniczne to na festiwale. Na kilku byłam. Na przykład w Portugalii, w Czechosłowacji, w Jugosławii, w Bułgarii. Tyle.

    [Biała plansza. Pośrodku czarny napis prostą czcionką: Co było najciekawsze w pracy z mężem?] Najciekawsze było to, że mogliśmy na przykład razem animować, że się rozumieliśmy znakomicie, jeżeli chodzi o sprawy realizacji filmu całego. On miał bardzo ciekawe spostrzeżenia, takie proste. Ja zbyt skomplikowałam często różne sprawy, a on potrafił mnie wyprowadzić na prosto. ,,Po co? Po co? Po co? Zrób tak i tak”.
    [Biała plansza. Pośrodku czarny napis prostą czcionką: Miało to dla was znaczenie, czy robiliście Państwo film dla dzieci czy dla dorosłych?] Żeby zrobić film i dla dzieci, właściwie specjalnie dla dzieci, trzeba mieć wewnętrzny imperatyw. Trzeba przekształcić rzeczywistość w obraz, który jest przefiltrowany przez naszą logikę, przez nasze ego. I dodatkowo, żeby był zrozumiany przez odbiorców. To jest ten najważniejszy problem w twórczości dla dzieci. Dlatego, że dzieci żyją w takim własnym światku. Zresztą każdy z nas jest światem odrębnym. Ale dzieci specjalnie, bo one doświadczają wszystkiego po to, żeby nagromadzić jak najwięcej wrażeń na całe życie. [Biała plansza. Pośrodku czarny napis prostą czcionką: Co się najbardziej Pani przydało w pracy animatora?]
    Każdy animator, tak jak malarz, rzeźbiarz, ma właśnie ten specyficzny sposób tworzenia ruchu, bo animacja to jest tworzenie ruchu. Ja wymyślałam coś, co nie było realistyczne, czyli nie chciałam tego, żeby to było tak jak w naturze, czy jak w filmach Disneya, tylko żeby wymyślić, Każdej postaci ruch adekwatny do jej wyglądu. I to mi się udało właśnie w Plastelinkach dopiero. Gdzie, żeby przyspieszyć robotę, bo praca w plastelinie to jest rzeźbienie na bieżąco, wymyśliłam, żeby ruch podzielić tak jak w animacji rysunkowej. Czyli każdy krok, ma odpowiednią amplitudę. I trzeba było trochę poświęcić czasu na to, żeby zrobić fazy do tego i sposób ustawiania później tych postaci. I to jest nowatorski pomysł w ogóle na animację w plastelinie, którego nie powinnam gadać. Ale wszystko jedno w tej chwili. Pan Knabe umie animować, także może przekazać synowi czy komukolwiek. [Biała plansza. Pośrodku czarny napis prostą czcionką: Czy przywykła Pani do zmiany charakteru pracy, miedzą pracą rzeźbiarki a animatorki?] Nie mogłam współpracować przy filmach z plasteliny z żadnym innym animatorem, ponieważ oni z reguły byli rzemieślnikami i byli nauczeni animacji lalek gotowych, gdzie trzeba było pewne ruchy koordynować na planie. Natomiast tutaj należało tworzyć, prócz animacji, i jeszcze rzeźbę konkretną. Jak mogłam dać komuś? Musiałabym stać nad nim i mówić, nie, tak, tak, trzeba ją wyrzeźbić. Jaki sens by to miało w ogóle? Dlatego wybrałam tylko jednego człowieka, przy którym straciłam mnóstwo czasu, żeby go nauczyć, jak to robić. A poza tym i tak fazy robiła w pewnym okresie moja córka Joanna, która skończyła tutejsze studia plastyczne. Przy Bąblandii pracowała. Właśnie robiła fazy animacyjne.

    [Biała plansza. Pośrodku czarny napis prostą czcionką: Często chodziła Pani do kina? Jakie lubili Państwo filmy?] Jakie lubiliśmy filmy? Lubiłam kinematografię włoską, francuską, czego w tej chwili nie ma prawie w ogóle. Pamiętam, podobał mi się film właściwie gruziński, nazywał się Góra Miszwili. Miałam wtedy kilka lat. Lubiłam kino. A pierwszy polski film, który oglądałam, to Zakazane Piosenki. Byłam przerażona, jak pociąg najeżdżał na ekran. Podobno krzyczałam w strachu. Rodzice mnie zabrali na ten film. [Biała plansza. Pośrodku czarny napis prostą czcionką: A chodziła Pani do kin w Łodzi?] Nie. To znaczy, czasami chodziłam do Muzeum Kinematografii, Tam były, chyba nie w muzeum, w szkole filmowej były wyświetlane filmy. Tam chodziłam czasem, no bo były aktualne filmy pokazywane, a nie to, co tam sobie ktoś wymyślił. Przyznam się, że uwielbiam filmy Władcy Pierścieni. Jest to dla mnie, nie wiem dlaczego, ten reżyser chyba umiał decydować podprogowo na widza. Jest coś w tych filmach takiego dziwnego, że za każdym razem oglądam i widzę, coś innego, dodatkowego. Czyli lubię filmy takie na pół fantastyczne, ale zrealizowane perfekcyjnie od strony warsztatowej. [Biała plansza. Pośrodku czarny napis prostą czcionką: Czy przy tworzeniu filmów dążyliście Państwo również do perfekcji?] Taka była możliwość. Wobec tego mogłam się wypowiadać i tworzyć swój odrębny świat. I dziękuję za to losowi, może Bogu, nie wiem komu, a może samej sobie. Niesamowite, że jestem wręcz zszokowana, że ktokolwiek się interesuje jeszcze mną. Wiem, że wiele moich pomysłów zostało ukradzione przez różnych ludzi. Niech im będzie na zdrowie. Nieważne. Na przykład Anglicy zrobili cały serial bardzo… Money, money. O tym facecie, który hoduje owce i tak dalej. Nie pamiętam tytułu. Oni najpierw chcieli przerobić mój serial. Przesłali udźwiękowione… udźwiękowiony film, który robił mój syn. Jeden jedyny film, zrobił. I oni to przysłali i zażyczyli sobie, że oni sobie udźwiękowią i żeby będą przemawiały lalki. Ja się nie zgodziłam. Bo ja po to robiłam taki film bez gadania, żeby był dla wszystkich dzieci na całym świecie, a nie po to, żeby dziamdział tam ktoś. I moje filmy z plasteliny i męża również były wyświetlane wszędzie. Właśnie przez to, że były proste w odbiorze. Na tym mi zależało. W ogóle chciałam rozbudzić fantazję dziecka, że z prostych materiałów, które są dostępne dla niego, można się zabawić tym wszystkim, tworząc coś. W tej chwili jest tragedia według mnie. Zbyt dużo cywilizacji obrazkowej weszło w życie, a zbyt mało głowy i serca.