Przejdź do treści
Strona główna » Blog » Danuta Szczęsnowicz-Malipan – script

Danuta Szczęsnowicz-Malipan – script

    Transkrypcja rozmowy w formacie.docx

    Nazywam się Danuta Szczęsnowicz-Malipan. Jestem sekretarką planu, chociaż teraz to się już wywalczyłyśmy troszeczkę nazwę na „script supervisor continuity”. Tak jak to się na zachodzie używa. No i tyle. Mieszkam w Łodzi, ale generalnie pracuję głównie w Warszawie. Urodziłam się w Jeleniej Górze, ale bardzo szybko mama po śmierci ojca, jeszcze z moją siostrą, przeniosła się do Wrocławia. Cztery latka chyba miałam, jak się przeniosłam do Wrocławia. No i tam się zaczęło wszystko. Chodziłam do szkoły muzycznej, także byłam bardzo blisko tych różnych. Moja mama śpiewała w chórze, w operze, także często miałam do czynienia ze sztuką tak zwaną. I później jak już byłam w szkole, jak w liceum byłam, moja mama troszeczkę statystowała w wytwórni we Wrocławiu. No i zapisała mnie też, ja już byłam taką nastoletnią panienką, zapisała mnie na to statystowanie i ja tam sobie po prostu dorabiałam, czasami załatwiając sobie wagary ze szkoły, żeby dorobić. I rzeczywiście trochę wspomóc mamę finansowo, bo mama miała na przykład, jak sobie przypominam, 500 złotych renty, a dzień zdjęciowy za statystowanie wynosił 80 złotych. Tak że jak wzięłam 10 dni ze szkoły, symulując anginę, to mogłam wspomóc budżet. No w każdym bądź razie po skończeniu szkoły, a mama miała tam znajomego w wytwórni i akurat poszukiwali do biura kogoś, kto mówi pisać na maszynie. Ja grałam na pianinie, na maszynie, nie za bardzo, ale się bezczelnie zgłosiłam. No i zrobili mi test. Ten test wyszedł śmiesznie, bo powolutku pisałam, ale jakimś cudem mnie przyjęli wtedy. No i chyba dwa tygodnie później już musiałam wyjechać w plener z filmem, jako sekretarka grupy, bo prowadziłam już całą tę, wszystkie biurowe sprawy. Bardzo mi pomagali koledzy z biura. Był, pamiętam, Janusz Szela, drugim kierownikiem produkcji, który dopiero w tej Bydgoszczy, jak ja już opanowałam to pisanie, to mówi, no teraz to ty piszesz na maszynie, ale na początku. Ja mówię, dziękuję, że mi to teraz dopiero mówisz. No i tak to trwało lata całe. Chyba z 1973 rok to był, jak zaczęłam pracę. I to był film Mieczysława Waśkowskiego i Jej portret o dziewczynach z poprawczaka. No ale ja nie miałam dużo do czynienia z planem, głównie w tym biurze siedziałam. No i co dalej? Co dalej? Pracowałam sobie we Wrocławiu. Byłam sekretarką grupy u pana Zbigniewa Tołłoczko. To znana postać była. I kiedyś jakoś tak się złożyło, że mieliśmy przestój, ale na przestoju trzeba było przychodzić do biura. Siedzieliśmy, graliśmy w karty, w kości, nudziliśmy się i przyszedł kolega z sąsiedniej produkcji i mówi, ty się nudzisz, a nam script zachorowała. Może byś przyszła ją zastąpić? Ja mówię, Jurek, ja tego w życiu nie robiłam, ale dasz sobie radę. No i tak zaczęłam, zastąpiłam tą moją koleżankę i bardzo mi się ta praca spodobała. I wtedy już tak pochłonęło mnie, już wtedy dążyłam i tak się stało, że w któryś momencie przeszłam na plan. Wszystko, co do tej pory, tylko że po prostu w trudniejszych warunkach, bo nie miałyśmy aparatów fotograficznych, nie było podglądu, więc wszystkie sprawy, na przykład jak zaczynałam jako script, to pan Tadeusz Kosarewicz, bo pierwszy film, który robiłam jako script, był Ukryty w Słońcu Jurka Trojana i wtedy scenografem był pan Tadeusz Kosarewicz. Pan Tadeusz mi zwrócił uwagę, przyszedł ze mną na plan i mówi, na co mam zwracać uwagę do kontynuacji, że to jest ważne tamto. Bardzo mi pomógł wtedy. Ja tam właśnie mówiłam, że mam dużo scenariuszy z tamtego okresu, na których rysowałam jak oszalała, bo wszystko trzeba było zapamiętać, znaczy nie zapamiętać, tylko narysować. Nie było podglądu, że było trudne. No i największym… Nienawidziłam tego robić, był klaps. Bo script w Polsce jest obciążony, były do tej pory, były obciążone klapsy. Dostawaliśmy za ten klaps 15 złotych dziennie, dodatkowo do umowy. No to była kupa śmiechu. I to było o tyle trudne, że na przykład na planie, ja pamiętam, jak robiliśmy film Krab i Joanna z panem Kuźmińskim w morzu, wpływaliśmy miesiąc po… Pięknie zresztą. Przygoda znakomita, ale w kabinie, w tej kajucie były zdjęcia i tam była kamera, reżyser, operator, aktorzy. Dla mnie już nie było miejsca, więc ja za drzwi robiłam klaps i później już nie było wiadomo co się dzieje, jakie uwagi ja mam zwrócić aktorom, którą ręką ja, którą ręką pisać i to było straszne, nienawidziłam tego. Sam klaps nie był trudny, tylko że warunki. I tak się złożyło, że długo ten klaps robiłam. I nie podobało mi się też, że z racji robienia klapsa nazywano nas klapserki. A myśmy nie były klapserkami. Klapser to było po prostu dodatkowe zajęcie. Na Zachodzie to jest osobna funkcja. No i przy filmie Zemsta, pan Andrzeja Wajdy, pan Roman Polański do mnie mówi tak, Pani Danusiu, jak to jest, że Pani to wszystko ogarnia? Lata Pani z tym klapsem po tych krużgankach w Ogrodzieńcu, gdzie siedzi Pani przy podglądzie, ma Pani słuchawki i musi Pani ogarnąć kontynuację, raporty, sprawdzać tekst i ten klaps robić. Mówi, ja mam dwie scripty koło mnie, siedzą koło mnie, żadna nie robi klapsa. No i to było takie pierwsze moje, tak mnie podpuścił, można powiedzieć. No i wtedy zaczęłam walczyć. Podpuściłam, jak to się mówi wszystkie koleżanki moje. Niektóre jeszcze tam się próbowały utrzymywać przy tym klapsie, ale już teraz walczyłyśmy i od lat, od Zemsty właściwie już nie robimy klapsów.

    To była bardzo trudna sprawa. Bo ja nie wiedziałam. Człowiek robi klaps, musi się gdzieś schować i nie wiem, co się działo na planie. Słuchawki… Słyszałam, czy aktor się pomylił czy nie, ale jakie czynności wykonywał. Później już, bo już u pana Andrzeja, już później były podglądy, tak że można było poprosić pana od podglądu, żeby puścił ujęcie i mogłam sobie obejrzeć, już zanotować różne potrzebne uwagi. Ale na bieżąco to nie było przyjemne. No i teraz już jest komfort taki, że już mogę siedzieć koło reżysera przy podglądzie i od razu wymieniać się uwagami i mieć piecze nad wszystkim.

    Nie było aparatów. Polaroid kupiłam sobie sama. I po prostu w któryś momencie jakoś wynegocjowałam z produkcją, że mogliśmy kupować na koszt produkcji wkłady. One były bardzo drogie. Jedno zdjęcie, pamiętam, kosztowało chyba, nie pamiętam, dolara? Nie pamiętam, jakie to były ceny. Tak że to było bardzo ograniczone i tylko w bardzo potrzebnych momentach mogłam robić te zdjęcia. Później już było coraz lepiej, coraz więcej i tak w ten sposób jakoś pracowałam. Ale nie miałam służbowego, tylko miałam swój własny. Kupiłam sobie sama. Zaczęłam we Wrocławiu. Jako sekretarka grupy miałam dużo filmów na koncie, aż do 1989, nie 1980. W 1980 chyba robiliśmy Ukrytego w Słońcu. To był mój pierwszy film jako script właśnie. No i tyle. Pracowałam do… Dzień Kolibra z panem Rydzewskim, to był ostatni, nie. Przy Dniu Kolibra poznałam mojego męża i wyjechałam do Łodzi. Jak to się mówi, za mężem, prawda? Nawet moi koledzy się dziwili, że zamieniłam takie piękne miasto jak Wrocław na Łódź, ale już teraz pokochałam Łódź, już dobrze się w niej czuję. No i tutaj urodziłam córkę i już później zaczęłam pracować. Mniej pracowałam, jak się urodziło dziecko, to już mniej pracowałam. A później nastąpił taki kryzys w latach, na początku lat 90., że nie było pracy. Nie było pracy, Warszawa wszystko jakoś zagarnęła i jeździliśmy do Warszawy i tam szukaliśmy pracy. Także w Łodzi w zasadzie jest. Mam takie filmy jak Ucieczka z kina Wolność czy Pożegnanie jesieni. To są łódzkie typowo. No i Początek z panem Pasikowskim. Też wszystko łódzkie już. Ucieczkę z Kina Wolność robiliśmy głównie na Próchnika w tym mieszkaniu tam na górze, z którego było widać, jeszcze był widok na dawne Kino Włókniarz. I tam się wewnątrz w tym kinie też działy te wszystkie akcje w kinie, w holu, bo później sala kinowa to była wybudowana już na hali zdjęciowej.

    [Biała plansza. Pośrodku czarny napis prostą czcionką: Jak wyglądała współpraca z Władysławem Pasikowskim?] Początki są podobne jak u Pana Zbyszka Gustowskiego, który u Państwa tutaj był, asystent od kamery. Myśmy pracowali przy Ucieczce z Kina Wolność z Gutkiem. Ja wtedy zostałam zaproszona do współpracy przy tym filmie. I tam szwenkierem, operatorem kamery był Paweł Edelman, Gutek był ostrzycielem, no i ja tam trafiłam. Wspaniale się współpracowało z Wojtkiem Marczewskim, w ogóle świetna, z panem Gajosem, no super było. Po tym filmie Paweł Edelman, który się przyjaźnił z Władkiem. Władek szykował się do tego swojego debiutu, to było ich wspólne dzieło, i Paweł powiedział im o mnie, bo dobrze mu się ze mną pracowało na tym planie Ucieczki z kina na wolność, i powiedział mu o mnie, no i Władek do mnie zadzwonił. Umówiliśmy się na spotkanie, pamiętam jeszcze był „Tramwaj”, tak zwany ten bar w wytwórni w Łodzi. Tam się spotkaliśmy i tak się zaczęła nasza współpraca i tak trwa do dzisiaj. Także to rewelacyjna sprawa. Zawsze mówię, że Paweł jest ojcem chrzestnym naszego związku z Władziem, filmowego. To jest rewelacyjne. No ja uwielbiam pracę z panem Pasikowskim. To jest tak przygotowany reżyser. Jest mnóstwo świetnych reżyserów, ale Władek jest takim po prostu dla mnie numer jeden. Bardzo precyzyjny, wie czego chce, nie robi niepotrzebnych dubli. Wie, jak wchodzimy do obiektu, on już wie, gdzie kamera będzie stała. Rozpisujemy zawsze wszystko na ujęcia, on mi dyktuje. Nic nie robi poza, najwyżej skraca. On właściwie, jak przychodzi na plan, to on już ma film zmontowany. Tą scenę ma zmontowana i on teraz tylko po prostu kręci. W głowie ją montuje i już ją kręci. Także to jest naprawdę komfort pracy. Konkret. Po prostu wie, czego chce. To jest tak bardzo ważne. Współpraca z aktorami, aktorzy wiedzą, czego od nich żąda, nawet jakieś niedobre słowo, ale oczekuje. On zresztą ma taką swoją grupę aktorów, z którymi pracuje. Ta grupa się powiększa coraz bardziej, także mam nadzieję, że jeszcze zrobimy jakąś współpracę w przyszłości, chociaż zapowiada, że to już jest jego ostatni film, tak jak Boguś teraz w wywiadzie, który się pojawi z Podkarpackiego. Ale jakoś jeszcze nie tracę nadziei, że jeszcze coś może powstanie. Ostatni film, Zamach na papieża.  Na planie, jeżeli chodzi o pana Pasikowskiego, to on zawsze jest pierwszy. Znaczy nie pierwszy przed agregatem oczywiście, ale jest pierwszy. Nigdy się na niego nie czeka. Jest przygotowany i żąda tego od wszystkich. Nie ma spóźnień, nie ma tolerancji do ludzi spóźniających się, także to wszystko jest zapięte na ostatni guzik. I przygotowanie reżysera też ma wpływ na całą ekipę. Bo jak jest reżyser przygotowany, to ekipa jest też przygotowana i każdy chce być po prostu tak samo dobry jak on. To jest takie, że przykład idzie z góry i naprawdę ja bardzo to cenię i szanuję. I myślę, że wszyscy współpracownicy też. Każdy chyba w ciemno idzie do następnej pracy z panem Pasikowskim, z radością wielką. Od początku wiedział, czego chce. Od początku nie robił dubli niepotrzebnych, także naprawdę zawodowo od początku. Debiut, ale już taki ekstra. Także od początku, to nie były łatwe filmy, to były trudne filmy, zawsze ze strzelaniną, z różnymi sytuacjami, a nocne zdjęcia właśnie w Krollu, było dużo nocnych zdjęć. Jeszcze to był lipiec, pamiętam, czerwiec, jakoś tak, już było lato, czerwiec, lipiec. I tak, wcześniej się robiło. Znaczy rano się robiło, wcześniej jak wyjeżdżaliśmy na plan, na nocne zdjęcia, no to późno się robiło ciemno. O, tak chciałam powiedzieć. A dopiero około 21.00 mogliśmy robić. A o 4.00 już się robiło jasno i mieliśmy bardzo mało czasu na realizację. No ale udawało się, robiliśmy wszystko. Właśnie dzięki temu, że reżyser był tak dobrze przygotowany, była fantastyczna współpraca z operatorem i z aktorami oczywiście. Świetni aktorzy byli jak zwykle. No pirotechnik, to jest sprawa pirotechnika, to już ja się w to nie wtrącam kompletnie, mnie to z boku jestem obok tego, to już są specjalni ludzie, kierownik planu, który zabezpiecza plany, aktorzy są przygotowani też, razem współpracują z pirotechnikiem, żeby wszystko to zadziałało. Ale to już są ich tajemnice. My tylko z boku jako ekipa się przyglądamy i kibicujemy, no i pilnujemy, żeby wszystko się powtarzało tak, jak należy.

    Ja bardzo lubię swoją pracę, także jak najdłużej bym miała. No wiem, że na przykład script pana Romana Polańskiego, to już było lata temu, jak pracowała jeszcze przed Zemstą, ale później jeszcze chyba nawet, bo ona Zemsty nie robiła, no ja właśnie w Polsce, no to ona jeszcze „Flipa i Flapa” robiła. Z tego nawet, co tu Gutek mówił u państwa w wywiadzie. Także ona miała wtedy 93 lata. No zobaczymy, czy pociągnę tyle. Ale na pewno z panem Pasikowskim, jeżeli będzie robił, to z balkonikiem. Oczywiście żartuję. Zdarzyło się, zdarzyło się tak, że musiałam odmówić panu Wajdzie. Władek mi powiedział wtedy, że Danka panu Andrzejowi się nie odmawia. A ja po Zemście miałam propozycję. Zanim się zgłosili do mnie z Katyniem, dostałam propozycję od pana Glińskiego. I się zgodziłam na ten film. I jak zadzwonili z propozycją od pana Andrzeja, to ja po prostu, no już zgodziłam się, jestem lojalna. I nie chciałam po prostu zachować się tak, że jak pan Andrzej, to przepraszam, panu dziękuję i robię z panem Wajdą. I wtedy się dowiedziałam, właśnie Władek powiedziała, nie odmawia się panu Andrzejowi. No bolało, ale… taka jestem po prostu, nie potrafię inaczej.

    Władek zaczynał, to ja w innym filmie, jak jeszcze tam brakowało na przykład tydzień do skończenia, to załatwiałam jakąś moją koleżankę, żeby mnie tam zastąpiła, żebym ja już mogła do Pana Pasikowskiego się udać do pracy. To w ten sposób kombinowałam.
    Były trudne. Były trudne np. przy Demonach wojny. Fizycznie to był bardzo trudny film, bo po górach łaziliśmy, po tych kamieniach. I pamiętam, że zaczęliśmy zdjęcia w październiku. I mieliśmy taką scenę, jak tam nasi bohaterowie niosą na noszach Tadzia Szymkowa, jednego z bohaterów. I ciepło, piękna pogoda. Skończyliśmy zdjęcia, przyjechaliśmy do hotelu, rano się budzimy, jest biało. Zasypało, w Kościelisku mieszkaliśmy. No i stanęliśmy wtedy ze zdjęciami, Musieli po prostu przerobić cały plan pracy. Takie sytuacje. Zdarzały się różne sytuacje, ale nie było trudnych. Były trudne zdjęcia, ale wszystko było tak przygotowane, że w zasadzie nie ma co opowiadać, bo to wszystko grało. Nie było żadnych niespodzianek, że coś by się stało, że coś się zawaliło z tego powodu. Zawsze jakoś się udało wybrnąć. Ja pamiętam jeszcze, jak właśnie robiliśmy klaps ostatniego dnia w Krakowie. Mieszkaliśmy w hotelu Forum, jak ja robiłam klaps w Demonach. I mieliśmy zdjęcia, idziemy pod górę przez taki lasek, tam trzymamy się choinek, taka pogoda jesienna, liście mokre, przewracamy się, błoto, na klapsie już nic nie pisze, żaden pisak, wszystko jest wilgotne. I pamiętam, że dotarliśmy do tej góry, żeby już tam na tej górze skończyć te zdjęcia. Jak tam skończyliśmy, to z powrotem, żeśmy zjeżdżali po prostu, trzymając się drzew, żeby… dotrzeć do tego, do naszej bazy. No pojechałam tam do hotelu Forum, bo w hotelu Forum mieszkaliśmy i siedzą takie eleganckie panie przy barze na wysokich stołkach, a ja w tej kurtce, parce, z butów mi się woda wylewa górą, z taką pogardą na mnie popatrzyły, że ja do hotelu Forum, jaki kocmołuch, że takie przygody. Ale to wszystko się fajnie wspomina.
    Na przykład w domu pracuję, to przygotowuję podział na doby, współpracę z drugim reżyserem biurowym, z kostiumami, z charakteryzacją. Są różne kontynuacje, ciągłości, to wszystko musimy sobie przygotować. I ten podział na doby. No i czasami, jak produkcja tego sobie życzy, no pan Pasikowski raczej nalega, żebym metrowała jego scenariusze, to znaczy ile czasu film zajmie. Bo on uważa, że ja to robię dobrze. I często na ten sposób sobie zarabiam, bo inne produkcje na przykład do mnie dzwonią, że chcą, żebym metrowała. Przysyłają mi scenariusz i ja po dwóch, trzech dniach odsyłam wymetrowany już, także… I to lubię robić. Może to wynika z tego, że mam dobry słuch, ale pewnie doświadczenie też, że tyle lat… Bo jak na przykład mówią, że strona ma minutę, to jest nieprawda. Że to zależy, jaki jest dialog, co się dzieje. No to trzeba już mieć doświadczenie i wiedzieć, co się może dziać na planie, ile to może trwać.

     

    Żałuję, że z panem Andrzejem Wajdą tylko jeden film miałam okazję, bo to była cudowna współpraca. Z panem Marczewskim to tylko tę Ucieczkę z kina Wolność. Z panem Bromskim to robiłam wszystkie te U pana Boga… . Oprócz tego jeszcze Anatomię zła, Uwikłanie, też fabuły z nim robiłam. I z panem Glińskim. Także to są tacy reżyserzy, z którymi powtarzam tę współpracę. Ja już tak nie mam cierpliwości, tak szczerze mówiąc, do takich ludzi, którzy nie wiedzą, gdzie postawić kamerę i jak zacząć w ogóle przystąpić do realizacji. To już nie mam na to siły po prostu. Już to młode dziewczyny robią. Wyszkoliłam dziewczynki. Miałam taką świetną Anię Bek, która bardzo długo u mnie klapsy robiła, teraz jest znakomitą sekretarką, znaczy script, już nie sekretarka, i jestem bardzo z niej dumna. Także to już dla młodych zostawiam. Już nie mam siły robić seriali. Kiedyś robiłam seriale. Robiłam z Dejczerem też parę filmów, znaczy seriale głównie z nim robiłam. Jakieś Misja Afganistan, to była też trudna praca. Och, jaka to była trudna praca. To tam jeszcze Chichot Losu, Rezydencja, takie seriale. Ale już seriali nie mam siły robić. Teraz to już tak jeden film rocznie wystarczy, tak tylko dla przypomnienia. Cztery. Zdarzało się, że cztery. Nie da się więcej. Nie da się więcej. To już jest… Jeszcze jak mam rodzinę, dziecko dorastające było wtedy, to było kosztem troszeczkę, także nie da się więcej. No oczywiście serial, no to jak robiliśmy ten właśnie ostatni, czy te wszystkie U Pana Boga, no to długo trwało, no to te zdjęcia, ja już nie pamiętam, ile byśmy robili ten ostatni? Od sierpnia? Z pięć miesięcy? Sześć? Oczywiście z przerwą na święta. Kino to się robi trzydzieści dni, teraz ten był trzydzieści dni zdjęciowy. Oczywiście rozłożonych, bo weszły jeszcze przerzuty, bośmy troszeczkę pojeździli po Polsce, tak samo zresztą Z panią od polskiego, z panem Piwowarskim, to objeździliśmy nieźle też. I też właśnie moja Jelenia Góra, sentymentalna podróż. Mój Wrocław, w którym obchodziłam, właśnie przy planie od polskiego obchodziłam wtedy 50-lecie pracy we Wrocławiu, w którym zaczynałam. Także to było fantastyczne przeżycie. Nawet Arek Tomiak. Świętej Pamięci, urządził mi bardzo ładnie, takie światła ładne postawił na planie. Dostałam kwiaty, torty, w ogóle było wzruszająco. I to się jeszcze dodatkowo we Wrocławiu stało, gdzie zaczynałam. To było takie znaczące dla mnie. Wrocławska miała taki jakiś urok. Jak ja tam wchodziła do holu, to już pachniało szminką. Jakiś taki czarodziejska była dla mnie ta Wrocławska. Była śliczna. To była piękna wytwórnia. Mam dużo jeszcze znajomych z tamtych czasów. Ale nawet jakieś są takie wspomnienia, „Nie dajmy zapomnieć WFF” jest taka chyba strona, tam miałam pojechać na jakieś uroczystości, ale też się jakoś nie złożyło. A Łódzka krótko, ja krótko pracowałam w Łodzi w sumie. Bo jak przyjechałam do Łodzi, bo jak urodziłam córkę, no to starałam się nie pracować, zajmować się dzieckiem. Później trochę właśnie z panem Marczewskim, czy Pożegnanie jesieni, które też kosztowało moje dziecko, bo musiałam ją wozić ze sobą, zabierałam, bo mąż w tym czasie też pracował i wyjeżdżał. Ale głównie Warszawa. Warszawa nie. Warszawska wytwórnia nie ma tego uroku. Najpiękniejsza wytwórnia to był Wrocław. Ale Łódź ma na pewno swoją też historię i ja lubię Łódź. Ja teraz polubiłam Łódź i teraz ją bardzo dobrze wspominam. Szkoda mi, że tam Hilton stoi na miejscu biura, w którym mieliśmy właśnie, jak Krolla robiliśmy i Ucieczkę z kina w wolność, to tam gdzie Hilton stoi, tam było biuro pana Sołtysika, w którym robiliśmy te filmy właśnie. Teraz został Opus, jakaś tam mała hala zdjęciowa. Później był taki smutny okres, że były hurtownie w halach zdjęciowych. Na przykład przepiękne dekoracje to zrobił Andrzej Przedworski, później żyjący najlepszy scenograf. To ten basen wybudowany do Pożegnania jesieni na hali zdjęciowej. To było wydarzenie piękne. W ogóle cała scenografia do Pożegnania jesieni to jest bajka. 

    Przede wszystkim zmienił się okres zdjęciowy. Kiedyś się robiło, film to była taka stała zasada, w 56 dni zdjęciowych film fabularny się robiło. I wtedy na wszystko był czas. I nie robiło się dwunastu godzin zdjęć, tylko pewnie chyba dziesięć. Dziesięć godzin pracy. Najlepiej to się pracowało wtedy, w tamtych czasach, z panem Załuski, bo pan Załuski robił tak szybko, bo on… Przyjeżdżaliśmy na plan, ale nie daj Boże, żeby coś nie grało. O ósmej musiało być wszystko na swoich miejscach, zaczynaliśmy. Ale o godzinie drugiej już kończyliśmy, bo on jechał na obiad, a później siadał w montażowni po południu. Także to u niego było rzeczywiście wszystko jak w zegarku. Ale te 56 dni zdjęciowych to jakoś, no nie wiem, więcej czasu było na wypracowanie filmu. Później mi się to przestało podobać tak szybko, po łebkach, byle jak, byle szybko. Pierwszy film, który zrobiliśmy w takim krótkim okresie, to był właśnie Ukryty w Słońcu. To było pierwszy raz 30 dni zdjęciowych. No udało się, byli fantastyczni aktorzy i wszystko poszło dobrze. Ale ja boję się, że ten czas skrócenia okresu zdjęciowego przekłada się chyba na jakość. Teraz już może jest inaczej. Ludzie się nabrali tego rozpędu, są sprawni, jest lepszy sprzęt, także to wszystko też poprawiło się i teraz już można. Ale jak się zaczynało, to nie było łatwo. Te nadgodziny, dużo było nadgodzin, no bo gdzieś trzeba było upchać ten czas. 26 dni zdjęciowych zdjętych z okresu zdjęciowego. Także to nie było dobrze, nie było fajnie. Mój mąż nazywał się Jacek Malipan, był operatorem kamery. Z Łodzią związany od lat, znaczy po Szkole filmowej, po łódzkiej szkole filmowej, urodzony w Łodzi, no i zmarł 10 lat temu. Córka też połknęła bakcyla. Córka mieszka w Anglii, jest producentką filmową, zrobiła tu u nas, w Łodzi zrobiła filmoznawstwo na kulturoznawstwie, a później jeszcze taką National School Film pod Londynem w Beaconsfield. I od razu te filmy miały nominację do BAFTY, pracą dyplomową. Także już otwarte wszystkie drzwi. No i teraz współpracuję z Lanthimosem. Już trzeci film z kolei z nim zrobiła. No a mąż był bardzo wyrozumiały właśnie przez to, że wiedział, jak wygląda sprawa, jak wygląda praca. I że jak przychodziłam do domu dwie godziny później, co wiadomo było, że tak to wygląda. Bo cywil, jak byśmy nazywali takich, jakichś ludzi, jak na przykład ktoś tam miał jakąś parę spoza zawodu, no to nie rozumiał. Ja miałam takiego narzeczonego, jak to się mówi, że on nie rozumiał, że ja dwie godziny się mogłam spóźnić. Nie, to w ogóle niedopuszczalne. I ja mu tłumaczyłam, że się przedłużyły zdjęcia. Nie było wtedy telefonów, nie było komórek, żeby kogoś zawiadomić, że jest późno. Zresztą bardzo ciężko się w ogóle robiło wtedy filmy. Ja sobie teraz nie wyobrażam, jak można było robić film bez komórki. Masakra jakaś. Mieliśmy taką radiostację, pamiętam, w biurze, która była połączona z planem. I tam się wołało, Wrona 1, zgłoś się do Wrony 2. I w ten sposób kierownik planu się odzywał i mieliśmy takie połączenie z planem. To jest prawda, we Wrocławiu pamiętam, no to, to rajko. Ale to się zabawnie wspomina teraz. Mój mąż przestał pracować w latach 90., jak się zrobiło w Łodzi kiepsko. Pojechał kiedyś do Warszawy w jakiejś sprawie zawodowej. Zaparkował przed biurem DHL-u. I poszedł na całość. Wszedł do nich i zapytał, dlaczego w Łodzi nie ma DHL-u. A oni go zapytali, czy pan się podejmie otworzyć biuro. A on mówi tak. I wtedy założył w Łodzi DHL i został jego dyrektorem. Takie przypadki. No i wtedy odetchnęliśmy też finansowo i generalnie, bo się wszystko diametralnie zmieniło, zamienił zieloną wojskową kurtkę planową na garnitur i krawat.
    Nam się udało, że mąż właśnie, no, w desperacji chyba to się stało, że on, akurat nie było miejsca w Alejach Jerozolimskich, tylko dokładnie naprzeciwko biura DHL-u. On już miał odjeżdżać, a tak siadł i patrzył. Ja wejdę, zapytam. I na Tuwima otworzył biuro. Dostał samochód służbowy, komórkę, pamiętam, ten centertel, taką cegłę. No i odżyliśmy wtedy.

    Ja dalej pracowałam. Mąż mnie w tym wspierał. Już nie było tych rozmów, które… Nawet mi było żal tego, bo jak już wieczorem siadaliśmy do kolacji, to żeśmy sobie rozmawiali o tym, co w pracy, prawda? I mieliśmy wspólne porozumienie. No jego praca mi kompletnie… Nic z tego nie rozumiałam i trochę gubiły się te rozmowy i mi było tego żal, bo… Dobrze, o paczkach mamy rozmawiać. Nie, nie, ale generalnie to dobrze wszystko funkcjonowało. I też dobrze, bo wspierał, bo nie wyjeżdżał tyle, także był z córką, ja mogłam wyjeżdżać w plener, także to wszystko bardzo dobrze się ułożyło, uważam. Na pewno żałował. Po prostu spotykaliśmy się ze znajomymi, bo całe środowisko filmowe, które mieliśmy jakieś bliskie, przyjaźnie, to one dalej trwały. Ale on już jakoś nawet tam się bardzo szybko zaaklimatyzował i tam się dobrze poczuł. Ja nawet mu mówiłam w tym momencie, że ty się marnowałeś w tym filmie, się okazuje, że odkryłeś w sobie jakiś talent biznesmena i bardzo dobrze się stało. No ja lubię tą pracę, po prostu. Lubię. Ja nie lubię systematyczności. Ja nie wyobrażam sobie, żebym ja mogła przychodzić do biura przez 20 lat i mieć vis-a-vis przez 20 lat tą samą twarz. To by się mogło źle skończyć. Po prostu nie znoszę, nie znoszę tych samych godzin. Tu mogę iść na dwunastą do pracy, tu idę na noc, tu mogę zwiedzić Polskę. Bo ja już nie mówię o świecie, bo tak jak kiedyś, to troszeczkę rzeczywiście udało się tam Rejs, czy ten właśnie przy Krabie i Joannie. A gdzie ja bym do Las Palmas pojechała w 80. roku? To byłaby piękna, piękna przygoda. Ale generalnie po Polsce też można było pojeździć i poznać takie miejsca, w których normalny śmiertelnik nie jeździ. Już nie mówię o nie tylko wjazdach, ale jak mieliśmy przy Psach zdjęcia w oczyszczalni ścieków, to przecież tam nikt w normalny, przytomny nie wchodzi. Także takie nam, czy jakieś prosektorium, czy w jakiejś świniarni, ale też pięknych pałacach, także jest urozmaicenie w tej pracy i ja to dlatego tak lubię. Ale bardzo szybko tak się stało, że jak oni zaczęli być moimi kolegami, to ja się tak dobrze z tym poczułam. I później już tak nie chełpiłam się wcale, bo ja traktowałam to normalnie, że to są moi koledzy z pracy. Aczkolwiek szacunek zawsze był. Ale podziwiałam ich też. Oczywiście nie wszystkich, wiadomo, ale generalnie tak. Bardzo, bardzo to lubię. Bardzo cenię sobie te różne dobre znajomości. Taki właśnie jak pan Janek Peszek, to był cudny. Dawno się z nim nie spotkałam. Ale generalnie, no wielu aktorów. No to trudno wymieniać, bo prawie wszystkich już teraz się zna. I to jest wielka przyjemność mieć do czynienia z takimi ludźmi. No to właśnie tylko ja mówię, bo jeżeli chodzi o mój zawód, no to ta Ania właśnie, która jest znakomita. Miałam jeszcze taką, przyjeżdżała do mnie taka dziewczynka, ale nie wiem, coś gdzieś zniknęła, może wyjechała za granicę. Ale nie dużo takie. Ania to po prostu się uczyła, będąc klapserką na planie, na którym razem żeśmy pracowały. I ona po prostu mnie obserwowała w pracy i bardzo uważnie to robiła i ze świetnym skutkiem, jak teraz się okazuje. Także jestem z niej bardzo dumna.

    [Biała plansza. Pośrodku czarny napis prostą czcionką: Jakie cechy musi mieć dobra scripterka?] No musi być refleks, wielką uwagę. Sprawdzać, no wiadomo, teksty, pamięć, przede wszystkim pamięć. Ale pamięć się da opanować. Musi pilnować kontynuacji, wiadomo, musi pilnować tekstu, żeby ten tekst, na przykład, jak jest zmieniony, żeby aktor, jak zmienia tekst, żeby sens zachować, zgłosić reżyserowi tą zmianę, współpracować z reżyserem, współpracować ze wszystkimi, z kostiumami, z charakteryzacją, z produkcją. Script musi pracować ze wszystkimi po prostu. Dobrze pracować. Ale przede wszystkim z reżyserem, to jest najważniejsze. Oparcie czuję w reżyserze. Jak już reżyser dobrze się współpracuje, to cała praca później też idzie świetnie. Nie zamieniłabym, po prostu lubię swoją pracę, bardzo lubię. I tak mi nawet przykro, że już człowiek jest coraz starszy. Już może nie mieć siły. Ale zobaczymy, jak długo pociągnę. Może mi się uda, tak jak tamta dziewczynka, pani, bo tą dziewczyną ona kiedyś była, ta starsza pani, script Polańskiego. Ale nie wiem, ona chyba jeszcze już nie pracuje, to już niemożliwe. Już miałaby teraz 100 lat. Bo ja do kina idę jako widz. I ja w ogóle nie zwracam uwagi, ja w kinie przeżywam, ja w kinie płaczę, ja w kinie się wzruszam. Czasami jak jest jakiś nudny film, no to wtedy człowiek zaczyna patrzeć na pracę pod swoim kątem, że tu coś jest nie tak. A jak jest dobre kino, nie obchodzi mnie nic. Nie patrzę na żadne kontynuacje, na nic. Po prostu wchodzę w historię i ją przeżywam. I nigdy nie patrzę. No oczywiście, jak mówię, że są filmy, to któryś z nudów się przecież takie rzeczy obserwuje, ale nie lubię takich. Nie, nie, ja inaczej patrzę na to wszystko. Jako widz po prostu. Idę do kina jako widz. Zresztą zawsze mówię, że ja jako widz, jak mam jakąś wątpliwość co do scenariusza, czy do czegoś, to mówię np. do reżysera, mówię, że ja jako widz czegoś tu nie rozumiem. Także w ten sposób. Żeby widz miał jasność. Ale zazwyczaj ma. Przynajmniej przy filmach pana Pasikowskiego. Tak samo zresztą jest jak z dźwiękiem, bo niestety może teraz trochę się sytuacja poprawia, ale ja jak słucham, sprawdzam teksty na planie w czasie ujęcia, to nie patrzę na tekst. Ja już znam ten tekst wcześniej, a teraz nie patrzę i słucham. I ja nie rozumiem, co aktor powiedział. I to zgłaszam. Bo jak się patrzy na tekst, to już jest inna relacja. A ja nie patrząc na tekst, ja mówię, słuchajcie, ale ja nie rozumiem, co on mówi. I to jest bardzo ważne. Bo niestety aktorzy tak nie do końca czasami mówią wyraźnie. Chociaż też się to już poprawiło. Oczywiście później mówią, że to jest kwestia nagłośnienia w kinie. Nie jest tak do końca.

    Zadanie Powiększenie kolekcji nagrań audiowizualnych oraz zwiększenie dostępności Archiwum Historii Mówionej zostało sfinansowane przez Unię Europejską NextGenerationEU.