Przejdź do treści
Strona główna » Blog » Ewa Kasprzyk – aktorka teatralna, telewizyjna i filmowa

Ewa Kasprzyk – aktorka teatralna, telewizyjna i filmowa

    Transkrypcja rozmowy w formacie.docx

    Czarna plansza. Na górze pośrodku logotyp Muzeum Kinematografii w Łodzi w postaci czarnej taśmy filmowej. Rozwija się od dołu ku górze, do dołu i znów zakręca do góry i do dołu. Tworzy literę ‘M’. Po prawej stronie, wzdłuż litery ‘M’ w trzech rzędach, jeden pod drugim, czarny napis prostą czcionką. ‘Muzeum’, ‘Kinematografii’, ‘w Łodzi’. Pierwsze litery słów ‘Muzeum’, ‘Kinematografii’ i ‘Łodzi’ są wielkie.

    Poniżej logotypu biały napis:
    Ewa Kasprzyk
    Aktorka

    Plansza znika, na ekranie pojawia się kobieta w starszym wieku. Pokazana jest od klatki piersiowej w górę. Za nią znajduje się granatowy materiał – kurtyna. Ma blond włosy do ramion, związane z tyłu głowy. Ubrana jest w brązową bluzkę oraz czarno złotą biżuterię.

    Ewa Kasprzyk: Dzień dobry, nazywam się Ewa Kasprzyk. [Biała plansza. Pośrodku czarny napis prostą czcionką: Jak zaczęła się Pani droga w świecie filmu?] Sama zastanawiam, skąd ja się wzięłam w tym filmie, ale… Gdyby tak chcieć to udokumentować, to rzeczywiście pierwszy mój film to było spotkanie z Barbarą Sass-Zdort. Której ulicę właśnie tutaj widziałam i z czego jestem bardzo dumna, że powstała taka ulica. To było takie pierwsze spotkanie… Po studiach, na które też z przygodami się dostałam, ponieważ dopiero za 4 razem jednak ,,Szanowna Komisja’’ uznała, że mogę tutaj stawać w szranki aktorskie. Po skończeniu studiów pedagogicznych w Słupsku, na które zresztą mój ojciec mnie troszeczkę kierował, bo sam był pedagogiem – dyrektorem szkoły. Żeby nie zmarnować tych lat, kiedy mnie nie przyjęli do warszawskiej szkoły. No i tak jak pani powiedziałam za kulisami, miałam pseudonim: Megi. Megi, ponieważ byłam tym magistrem, w skrócie Megi. Mówili na mnie Megi, byłam najstarsza na roku, po prostu. Tak naprawdę skończyłam Szkołę Krakowską, gdzie z kinem mieliśmy nie za dużo do czynienia. Jednak to nasze zainteresowania i profesorów, i zajęcia, jakie były tam proponowane, oscylowały wokół teatru więcej. Teatr Stary to dla nas to było po prostu Himalaje. Chodziliśmy nawet tam na Dziady z udziałem Treli chyba po kilkanaście razy i zachwycaliśmy się grą. Zresztą później Jerzy Trela był moim pedagogiem, a później to już w ogóle się tak zaprzyjaźniliśmy. Zawsze przywoziłam mu z każdej podróży kamienie, bo on zbierał kamienie. Ja mówię: ,,Co przywieźć? Co ci przywieźć?’’. ,,Przywieź mi kamień’’. Gdziekolwiek byłam. I teraz właśnie to już takie może być trochę sentymentalne, bo byłam w Tybecie i przywiozłam mu kamień z Tybetu, ale to będzie już gdzie indziej położone. W każdym razie… Pierwszy kontakt to była właśnie Basia Sass z propozycją roli Kwiryny, Dziewczęta z Nowolipek. I to w zasadzie myślę, że jakoś też tak mnie ukształtowało. Wszyscy mówią, że zależy z kim się zacznie. Jak się dobrze zacznie, no to się potem to jakoś tak już dobrze toczy. I to były te dwie części. Myśmy były bardzo młode, niedoświadczone. To były debiuty. Pamiętam te zdjęcia próbne, to był hotel Metropol, tam były tłumy. Nie wiem, ile tam mogło być tych kandydatek i kandydatów do obsadzenia tych wszystkich ról. W każdym razie ja na zdjęciach byłam szalenie taka, ach, do przodu, że w ogóle ta kamera. Tak jak teraz, to w ogóle ja tego nie zauważam. To też taka, byłam po prostu bezpośrednia, bez w ogóle żadnego… Bez żadnych zahamowań. I co się stało, kiedy dostałam już tę rolę? Rzeczywiście, nie wiem. Ja zawsze takie miałam poczucie, że ta rola… Jak już zostałam poproszona o castingowanie mnie, to że ta rola jest dla mnie, gdzieś to czułam. Ale później stało się coś dziwnego, że jak już sobie to uzmysłowiłam, że ja będę grała w filmie, to się tak spięłam, że jak przyszłam na kolejne zdjęcia, to Basia myślała i mówi: ,,Co się z tobą stało? Ty jesteś tak sztywna, ty kontrolujesz każdy swój gest. Ja po prostu nie wiem, czy ja mam zmienić aktorkę, co ja mam w ogóle zrobić’’. No i kazała mi ze swoim mężem, Zdortem, postawić sobie coś na kształt kamery w domu, przed w ogóle rozpoczęciem zdjęć. Nie wiem, kij od szczotki, no cokolwiek. Że wszystko, co robię, żebym miała świadomość, że jest ta kamera obecna. Czyli po prostu mnie ta kamera tak zamknęła, w którymś momencie tak mnie speszyła, spieła, że… No i rzeczywiście później było już coraz lepiej. Później już było coraz lepiej, ale to tak bywa z aktorami. I że to czasami występują aktorów teatralnych, którzy nie mają tego doświadczenia, a później to się jakoś gdzieś niweluje. I także to się bardzo tak pięknie, tak się to jakoś wyrównało i w zasadzie to zniknęło i nie było.

    EK: Oczywiście był ten pierwszy szok, kiedy zobaczyłam siebie na ekranie, to wydawało mi się, że to jest kto inny, no bo to chyba wszyscy aktorzy to mają, bo nam się jednak wydaje, że inaczej wyglądamy, inaczej się ruszamy, inaczej chodzimy. No potem tam była już jednak charakteryzacja i była stylizacja, bo to jednak był film kostiumowy. Tam było śmiesznie, bo na czołówkę Basia i Wiesiek Zdortowie chcieli, żeby to było jasne, żeby była pogoda piękna. Zdjęcia były na Pradze, tam była cała scenografia wielka. Zresztą nawet jak teraz przejeżdżam przez Pragę, to mówię, to było tu, to było tu. Za każdym razem, bo jeszcze mieszkałam wtedy w Gdańsku, byłam w Teatrze Wybrzeża. I za każdym razem, kiedy przyjeżdżałam, to padał deszcz. I chyba 6 razy jeździłam, żeby nakręcić tę czołówkę i za każdym razem… No i wreszcie mówili: ,,Dobra, nie wygramy z pogodą’’. Nakręciliśmy to na pochmurnie i jest. Jest to wzruszające, kiedy nieraz ktoś mi przysłał jakieś zdjęcia stamtąd, kiedy w tych warkoczach i w tym takim pierwszym, i też temu towarzyszyło zawsze. Doskonała była tak zwana ta obstawa, bo my cztery debiutantki zostałyśmy otoczone wybitnymi tuzami kina, naprawdę. Z każdej, to był Jan Englert, Mariusz Dmochowski, była Iga Cembrzyńska, Zdzichu Wardejn, to było pierwsze moje z resztą spotkanie. Jak się okazało później, grając z nim chyba w iluś tam filmach, że jednak myśmy się spotkali właśnie w tych Dziewczątach z Nowolipek. No i potem była już chyba ta druga część. I szczerze… Losy nas czterech jako bohaterek i nas czterech jako osobnych aktorek tak szalenie się też różnią teraz, kiedy obserwujemy swoje życiorysy po latach, że każda z nas tak naprawdę robi co innego, bo była Marta Klubowicz, chyba w ogóle zajmuje się reżyserią, wyjechała z Polski, pisze wiersze. Iza [właść. Izabela Orkisz], która chyba w ogóle już mało pracuje w zawodzie. Marysia Ciunelis pisze scenariusze, a ja ciągle jeszcze tyram. [śmiech] W zawodzie. [śmiech] Ciągle jeszcze nie chcę zejść ze sceny. Ja byłam cały czas w Teatrze Wybrzeże, ale później miałam taki epizod tutaj z Łodzią związany. Kiedy dostałam propozycję, to chyba jakoś było zaraz po urodzeniu mojego dziecka. Odmawiałam, odmawiałam, bo były różne propozycje, ale mówiłam: ,,No nie, trzeba jednak zachować jakoś to mleko, żeby jednak się nie straciło i tak dalej, że jeszcze karmiłam piersią’’. I dostałam propozycję od Jerzego Domarackiego do filmu Łuk Erosa. Wymagało to ode mnie zwolnienia się z teatru, a pamiętam wtedy, że dostałam propozycję zagrania Balladyny w Balladynie. Świetna rola, Marek Okopiński, wspaniały reżyser. To było jednej z moich głównych ról wtedy pierwszych. I się okazało, że to koliduje. No ale błagam tego, Marka, no wiadomo, idzie się. Błagam tego reżysera, mówię: ,,Słuchaj, no to jest taka duża rola, taka szansa’’. No dobra, ale jeszcze zanim się to postanowiło, to muszę powiedzieć, że przyjechaliśmy na zdjęcia próbne. Zaproszono mnie na zdjęcia próbne, no ale co miałam zrobić? No wzięłam to dziecko, przyjechałam z moim mężem. Przyjechaliśmy samochodem, wzięłam to dziecko i poszłam na zdjęcia próbne, odstawiwszy je od piersi. No, ale te zdjęcia się szalenie przedłużały i przedłużały, przedłużały i przedłużały. I wiem, że już moje dziecko, był czas karmienia, ale no nie mogłam wyjść jakoś. No i się to przedłużyło. Zdjęcia wypadły pomyślnie. Przyszłam do tego hotelu, gdzie tam mój mąż został. Mówię: ,,Ale czym nakarmiłeś, co jej dałeś?’’. ,,A soczek pomarańczowy z kartonu’’. I przeżyło, dziecko przeżyło. Ja dostałam tę rolę, odjechałam szczęśliwa. No i co się teraz dzieje? Dzieje się tak, że okazało się, że jednak inna aktorka ma zagrać tę rolę. Nie ja i wiemy, kto zagrał. Zagrała to Grażynka Trela. Nie wiadomo, jakimi to drogami chodzi. Po czym ja straciłam rolę w tej Balladynie, no bo już Marek się obraził na mnie. A do mnie przyjechała jakaś pani sekretarka z kwiatami i powiedziała, że w imieniu tam ekipy przeprasza mnie i tak dalej. Ale ja w ogóle wyrzuciłam tę panią ze schodów i kompletnie nie przyjęłam tych przeprosień. Obraziłam się i trochę się obraziłam też właśnie na film i tak jakoś wtedy to poczułam taką… Poczułam, że na plecach siedzi po prostu konkurencja. To się tak nazywa.

    EK: A puenta jest taka, że po latach spotkałam Jerzego Domarackiego i on powiedział: ,,Ale o czym ty mi opowiadasz? Ja w ogóle nic o tym nie wiem, że ty tu miałaś zagrać’’. Pamięć jest niestety wybiórcza, jak się okazuje. [śmiech] Ale dalej, jak się spotykamy, nawet go chyba teraz niedawno spotkałam gdzieś, ja już w ogóle o tym epizodzie nie przypominam, bo wiem, że już nie chcę o tym pamiętać. W każdym razie też znowu film nie zrobił jakiejś takiej oszamałamiającej furory. Taką miałam przygodę z Łodzią. I to pamiętam, nie pamiętam tylko jaki to był hotel. A jeszcze pamiętam, też mąż mi mówił, że on kąpał ją pod tym prysznicem, to dziecko moje. Także moje dziecko jest zahartowane.[śmiech] Jest dorosłe, wyrosło i jest… I kibicuje. A później, no to ciągle ktoś się odzywał, bo to jest taka zasada w Warszawie, jak już ja teraz mieszkam w Warszawie, bo jednak się okazało, że Teatr Kwadrat się jakoś do mnie… Odezwał, że chciał dyrektor, żebym tam występowała. Więc ciągle to było tak, że jak już nie ma aktorki w Warszawie do obsadzenia, no to jest jeszcze ta Kasprzyk na wybrzeżu. [śmiech] To jeszcze zobaczmy może ona. Ja przyjeżdżam i tak było na przykład z rolą w Bellissimie w Pokolenie 2000. Gdzie też reżyser przyjeżdżał do mnie, bo nie chciał mnie obsadzić, bo ciągle było to, że ja jestem jakaś… Ciągle szufladkują mnie pomiędzy bizneswoman, a właśnie kobietą taką mocną, silną, że się nie dam zepsuć – w sensie urody, nie dam się pobrzydzić, nie dam się postarzyć. I że ciągle… Zresztą pamiętam jak dopiero musiałam udowodnić parę razy, grając Szydło w Polityce, grając u Wegi też, rolę grając w Bellissimie czy w tych, że… To jest tylko kwestia zaufania reżysera i wyobraźni jego. Jakoś, nie wiem, wydaje mi się, że w Ameryce, w Hollywood nie mają z tym problemu. Wystarczy naprawdę dobra charakteryzacja i też to, że… Ja szczerze powiedziawszy parę razy tylko walczyłam o rolę, a potem mi się wydawało, że… To jest nie moja broń. Albo mam grać, albo nie. A jednak trzeba zawalczyć. Trzeba czasami zawalczyć, tak jak było w Bellissimie, do końca to już nawet oni sobie tarota stawiali. Do tej roli byłam ja i Kasia Figura. I oni tam robili jakieś już po prostu z Żurkiem. Karty kładli, bo już nie wiedzieli kto. Ten chciał ją, a ten chciał mnie. No i tak w sumie wyszło, że naprawdę ostatnie spotkanie z reżyserem przeważyło. Ale to też było… To też było na zasadzie, że zobaczył jakieś moje stare zdjęcie i mówi: ,,O, tak, ty źle wyglądasz’’. Ja mówię: ,,No co, no mogę źle wyglądać’’. Nie wiem, na czym to polega. Polega to, i to nieraz też, zgłaszam się na casting do jakiejś roli. Jakiejś babci, przypuśćmy, wiejskiej. No, ciężko jest przeskoczyć pewne rzeczy warunkowe. [śmiech] No i ciągle słyszę to samo, że nie, że za dobrze wyglądam albo że… Że jestem za młoda jeszcze ciągle, a przecież ja już naprawdę szczerze mam, no nie będę się chwalić ile, ale już mam jakieś doświadczenie. [śmiech] Jestem już dojrzała na tyle, że mogę się gdzieś tam przedzierżgnąć. Ale odbijam to sobie w teatrze. Grałam na przykład Babcię Mocherową i z wielkim powodzeniem, od chyba 25 lat kultowo, także się jakoś to rekompensuję. Ale cieszę się, że zostałam tu zaproszona do tego Muzeum Kinematografii i że jednak kino… Tu miałam też taki epizod, co w ogóle zapomniałam o tym, że to była wielka rola w filmie Jemioła z Wandą Różycką. To film kompletnie nie jakoś pominięty, nie… Może nie tyle niedoceniony, bo tam jakieś nagrody miał. I to było też cudowne. I to były zdjęcia właśnie w Łodzi. Pani Wanda była debiutantką wtedy. I Piotrek Lenar robił zdjęcia. To świetny operator. On robił zdjęcia. Mieliśmy naprawdę… To było bardzo artystyczne kino. Ja grałam taką zielarkę wyciszoną. Nikt by nawet już teraz mnie tak nie obsadził.

    EK: Także Łódź, a potem to już jakoś, no wiadomo, tutaj były też jakieś przemeblowania, już ta Wytwórnia się troszeczkę kończyła. Teraz to wszystko idzie takim… Takim trochę torem, że masz pieniądze, zbierzesz, dostaniesz od sponsora, robisz kino. Też byłam bliska teraz scenariusza, który był na zamówienie. Dla mnie były napisane role dla Grażyny Błęskiej-Kolskiej i też to się jakoś rozmyło. Wszystko stanęło właśnie na kasie. [Biała plansza. Pośrodku czarny napis prostą czcionką: Jak pamięta Pani Wytwórnię Filmów Fabularnych? Kręcono tam zdjęcia do Jemioły?]. W Jemiole były chyba zdjęcia w naturalnych wnętrzach, Później pamiętam, że tutaj, ale to już w tych latach, kręciłam taki program Power Couple. Zdaje się, że to były zdjęcia w Wytwórni, bo tam basen jest, tak? To chyba było tak, że to chyba było w Wytwórni. Ale z tamtych lat, no pamiętam, to było takie… To było takie, jakby to powiedzieć, że to takie zawsze w aktorach wywoływało drżenie, taki dreszczyk jakichś takich emocji, no bo to hala. Bardziej jednak pamiętam Wytwórnię Warszawską, bo jednak tam miałam więcej do czynienia i miałam bardzo dużo zdjęć na hali. Natomiast tutaj rzeczywiście dość sporadycznie, jeżeli to bardziej się to odnosiło do jakichś biur, do czegoś, do podpisywania umów, ale że ze zdjęć specjalnie nie pamiętam tak wiele. Natomiast no samą Wytwórnię… Jakby powiedzieć, odwiedzałam, bywałam. Była tam chyba taka kultowa kawiarnia, gdzie się przesiadywało i za każdym razem się tylko patrzyło, kto tam wchodzi, kto tam, ktoś ze znanych, kto tam. No mnie się przede wszystkim Łódź i Wytwórnia to kojarzy z filmami [Andrzeja] Wajdy, które Wajda tutaj kręcił i to, co Pani mi tutaj pokazywała, Ziemia Obiecana. I tak gdzieś to wokół tego krąży. I tak w ogóle Łódź mi się kojarzy z tym, że zawsze trzeba patrzeć do góry, bo na górze są przepiękne rzeczy do zobaczenia. Miałam też zostać w Łodzi, bo po szkole, po dyplomie krakowskim miałam możliwość do pana Husakowskiego do teatru przyjść lub może wtedy więcej grałabym tutaj w filmie, ale to nie jest tak. Myślę, że też człowiek, który mieszka koło wieży Eiffla też niekoniecznie musi na nią codziennie wchodzić. [Biała plansza. Pośrodku czarny napis prostą czcionką: Jak dostała Pani rolę w Koglu-Moglu?]. W ogóle nie było castingów. Ja, ponieważ, jak już wspomniałam, urodziłam to dziecko. Potem przeżyłam tą klęskę odrzucenia, że nie zagrałam tej roli, więc jak gdyby się trochę skupiłam na czymś innym. Potem wyjechałam z kraju w ogóle na dwa lata. Byłam z mężem na kontrakcie, on miał taki kontrakt dla Anglików, m.in. dla jednego z mężów, Krystyny Onassis, córki Onassisa. Tak, że odzyskałam się z trochę innym towarzystwem. Właściwie byłam żoną przy mężu. Wychowywałam dziecko, chodziliśmy codziennie do takiej tawerny, bawiliśmy się, słuchaliśmy muzyki właśnie z tymi też jego współpracownikami. To był cudowny czas. Aż w którymś momencie zadzwonił do mnie właśnie Roman Załuski, czy ktoś tam z produkcji, zaproponował mi rolę w filmie z Zelnikiem, Głód serca. To był taki film, taki obyczajowy i ja jeszcze wtedy byłam… Właściwie nie tyle brunetką i tak już zaczęło mnie tak trochę przefarbować, bo tam był problem z włosami, ponieważ Zelnik był brunetem, a ja też byłam brunetką, więc jedno z nas musiało się trochę rozjaśnić, trudno żeby Zelnik. Więc ja się trochę tam przefarbowałam tak na kasztanowo i to był taki już pierwszy taki moment, kiedy ja zaczęłam jakoś tam transformacje. No i to było takie kino obyczajowe. Mężczyzna, kobieta zakochują się, bo ona jest samotną matką, no i tak dalej.

    EK: I później Roman Załuski, to tak jak większość reżyserów, czy w Polsce, czy w ogóle na świecie, Jak złapie dobry vibe i taki dobry ten z aktorem, to chcę go już mieć. Chcę się z nim, bo już nie musi go poznawać, nie musi mu tłumaczyć i ja właśnie byłam chyba wtedy w Bułgarii. Brylowałam na salonach, co tu dużo mówić. [śmiech] Wygrzewałam się w Słonecznym Brzegu, jadłam sobie brzoskwinie, piłam szampana. Dostałam właśnie telefon od produkcji, że jest taki film Kogel-Mogel i podeszłam do tego… Przeczytałam ten scenariusz i podeszłam do tego. Słuchajcie, no ten film w ogóle by nie był śmieszny. Jak myśmy to kręcili, to się nikt nie śmiał. W ogóle nikt. Ten film powstał, był ten upiorny mały Piotruś, który rzeczywiście był upiorny na planie też, bo on był tam największą gwiazdą. Myśmy jakoś to zbierali, te sceny odgrywali. Dopiero później, jak już ten film powstał. I był pokazywany gdzieś w Gdyni, to był od czci i wiary odtrącony, że w ogóle on taki niechlujny, że to nie jest kino artystyczne, że to w ogóle co to jest. Bo rzeczywiście Roman kręcił tak, że wchodził na światłach i było ujęcie, było czerwone światło, potem było zielone, ja przechodziłam, było po ujęciu. Sznury przeprowadzał tam gdzieś w swoim budynku, kable pociągnął, była scena, że tam nie było w ogóle takiego jakiegoś takiego cyzelowania czegoś, granie, dubel to i już. Myśmy to tak grali. Naprawdę nie było tam powodów. Potem te takie teksty typu ,,jakby’’, że to ,,jest jakby luksusowo’’, to powstał zupełnie, to była improwizacja, bo tam nie było tego, to jest luksusowo. Ja wchodziłam i miałam wiedzieć, że to jest luksusowo. I jakoś się to wyrwało mnie, ale ,,tu jest jakby luksusowo’’. I potem to ,,jakby’’ już odbijał Wardeń, no to może ty jakbyś poszła i tam coś. I powiem szczerze, że ten film jest tak często powtarzany, jak Kevin sam w domu, no to już to wiemy, na każde święta… Do tej pory rzeczywiście pamiętam mnóstwo dialogów z tego, bo mi gdzieś to się sączy, bo mi ktoś to przysyła, bo są te memy, bo jest fanklub. To jest tak jak Bareja, tak? To naprawdę, nawet jak byłam po tym filmie, to nikt nie kojarzył mnie wtedy. Ani mi nikt nie prosił, żebym ja to mówiła ,,luksusowo’’. To gdzieś dopiero zaskoczyło właśnie w późniejszym czasie. Pamiętam, że jak grałam w takim serialu Złotopolscy, dopiero zaczęli kojarzyć, że to jest ta sama aktorka, co gra tą Wolańską. Tak mi się to właśnie dostało. Znowu wyjechałam do tej Bułgarii, bo pojechałam to zagrać. Moje dziecko tam zostało i już oglądało, bo to druga część powstała po roku, czy jakoś po 1,5, czy po 2 latach. Ja to zapomniałam już, że jestem aktorką i znowu wróciłam. Telefon do 2 części, zostało moje tam dziecko, które non-stop oglądało sobie Kogel-Mogel, bo nie było matki, więc oglądała mnie. Ja pamiętam, skończyłam zdjęcia, przyjeżdżam. Pod drzwiami słyszę mój głos i mówię, ja już chyba zwariowałam. Ja już chyba jakieś głosy słyszę. A to ona oglądała z braku matki. I tak powstały te 2 części. I potem powstała 3, 4, 5 i teraz już chyba 16, w której ja już niestety odmówiłam grania. Tak że to się ciągnie, ta rola za mną. Wolańskiej pewnie tak, jak Stawka większa niż życie za Mikulskim Stanisławem.

    [Biała plansza. Pośrodku czarny napis prostą czcionką: W Pani karierze pojawiły się również seriale, prawda?] EK: Przyszły seriale, trzeba było spróbować, bo 17 lat byłam na Wybrzeżu, tam chyba był jakiś jeden serial powstał, Radio Romans. To był jedyny serial. No i później to tak to szło, to nieraz grałam… Pamiętam, chyba w 5 serialach. Matkę, która wydała córkę za mąż i nie wiedziałam już, która to jest córka, ani który to jest salon, po prostu za kogo ona wychodzi. [śmiech] Kiedyś miałam ,,déjà vu’’, bo byłam w tym samym salonie, tylko z inną córką i w innym serialu. Tak że to były całe tony tych takich ról matek, bo to tak jak się wejdzie, to się to robi taśmowo. Teraz nie gram w żadnym serialu, myślę, że sobie dość bardzo z premedytacją na to zasłużyłam, bo po prostu wyśmiewałam. Niestety wyśmiewałam niektóre teksty i niektóre takie… No nie dałam rady po prostu. Nie mogłam przejść przez pewne rzeczy. Czy tam też produkcyjne, czy organizacyjne. Po prostu dawałam to i przestawali do mnie pisać. Tak szczerze to wiem. Także teraz gram jeszcze jakieś tam… ogony w serialu Przyjaciółki, który już chyba, nie wiem, 20-10 sezon jest grany. I jeszcze niektórzy to oglądają. [Biała plansza. Pośrodku czarny napis prostą czcionką: Dostała Pani też inne niestandardowe propozycje, tak jak Chłopi?] To mnie ucieszyło nawet, bo właśnie po tej Bellissimie, gdzie posypały się nagrody, które też były zaskoczeniem dla jurorów samych chyba. Bo ja raczej nie jestem taką aktorką w ogóle też od nagród, bo są aktorki takie, że zagrają w ogóle, wyjdą, pokażą się, już mają nagrody. Ja jakoś tak rzadko, bo to była jedyna ta rola i ta rola… Po tej roli miałam zaproszenie do roli Podstoliny do Wajdy, Ale tutaj właśnie wtedy Kasia Figura. I Kasia Figura mówi do mnie, że ona mi nie może zapomnieć tej Bellissima. Ja mówię, a ja ci nie zapomnę tej, bo mogłyśmy to inaczej rozegrać. Ale chyba nie żałuję, że ta Bellissima się pojawiła, bo Bellissima mi otworzyła też drogę do grania takich ról kobiet, demonów trochę, takich innych, takich almodowarowskich. I później właśnie dostałam prawa do grania Patty Diphusa – gwiazdy porno. Przejechałam naprawdę pół świata z tym. I to było naprawdę coś takiego, co sama chciałam zrobić i sama to zrobiłam, sama to wyprodukowałam. No w każdym razie takich ról brakuje. Brakuje właśnie takich, to wszystko jest takie, nie wiem, jak gdyby powiedzieć, te role tych matek, które są teraz na przykład, no bo co ja mogę grać? No głównie mogę grać matki albo siostry. One są jednowymiarowe, one nie mają jakiegoś takiego… I zauważyłam też tendencję do grania takich, że bardzo dobrze jest się pokazywać właśnie takim, że taka natura, że jestem taka bardzo naturalna. Już nie ma tej kreacji, że nie ma takiego odbicia w którąś stronę. Właśnie mówię, że to takie jak gdyby wszystko jest second handu, że musimy tak wyglądać jak z lumpeksu trochę. To nie ma kreowania się na jakąś taką… postać trochę bardziej upgrade’owaną, czyli że wszystko jest takie pospolite. Brakuje jakichś takich oddychanych, w tym sensie, że jak już, no to musi pracować w banku albo jest taką uciemierzoną właśnie kobietą, która nosi te siaty z tej Biedronki… Coś więcej, coś takiego. Mnie to się marzymy, takie kobiety z Almodovara, jak one są, jak one grają, jakie one mają problemy, jakaś Kika taka na przykład, to po prostu można, no nie ma takich pomysłów w ogóle na takie role. W kinie. Ja bardzo się staram o to, żeby zagrać u Almodovara, ale nie do przebicia. Ale jeszcze nie odpuszczam. Jeszcze nie odpuszczam.

    EK: To u nas, w naszym zawodzie jest tak, że to może być tak jak z tym Nikiforem, prawda, że ostatnia rola przychodzi nie wiadomo kiedy. Więc tutaj nie można… Często jest też tak, że jak aktorki mówią:,, Dobra, to ja już się wycofuję z tego’’. To wreszcie dostają rolę. ,,No dobrze, zgodzę się’’. [śmiech] Także zobaczymy to, zobaczymy. Próbowałam coś zrobić, coś napisać, też nie wyszło. W każdym razie kocham kino i chcę, żeby kino też mnie kochało. [Biała plansza. Pośrodku czarny napis prostą czcionką: Jak wyglądała praca nad Chłopami?] Grało się podobnie, jeśli chodzi o Chłopów. To był casting, ale to był taki casting tylko do sprawdzenia, czy pasuje do innych ról. Ponieważ już Dorota Kobiela miała ich i mieli ten pomysł, żebym to ja zagrała. To jest takie dobre, ja to odczułam jako taki dobry znak, bo teraz to jest też często tak, że jak nie ta aktorka, no to inna. A kiedyś to się upierali, a reżyserzy się upierali, tak jak było w Rzece Kłamstwa. Miałam zagrać u Łomnickiego w Rzece Kłamstwa, no ale wtedy odmówiłam, bo rzeczywiście dziecko było bardzo malutkie i wtedy nie było kamperów. Ja się trochę bałam, że to jest za wcześnie i odmówiłam, ale on tego mi jakoś bardzo nie mógł wybaczyć długo. Tutaj było też tak fajnie, ja się poczułam tak dobrze, że oni mnie chcieli, że tylko mnie zaprosili do tych zdjęć, żeby dopasować mnie do innych postaci, do Jagny, do Boryny. I rzeczywiście same zdjęcia były, no głównie to było na tych greenboxach, tak? Były na hali Transcolor Studio w Warszawie, gdzie graliśmy… Tak jak normalnie się gra w filmie. Czasami było tylko dodanie, że pamiętajcie jeszcze, że tu będzie dodane coś, że tam będzie wóz przejeżdżał, będą krowy, a tutaj coś, żeby się mieścić w jakichś ramach, żeby potem oni mogli to spasować. Natomiast kostiumy mieliśmy te same. Jak widziałam ten film bez malowania, bez tego, to też mi się podobał. Też mi się podobał i też to było światło piękne i też piękny sposób prowadzenia. Ja się trochę poczułam jak przy Dziewczętach z Nowolipek. Dostałam taką rolę po latach, która gdzieś była takim rymem właśnie do tej Kwiryny. Miała może ten sam ciężar gatunkowy. No fakt, że niewiele tam można było, nie było wiele materiału do zagrania, ale jakoś się obroniła ta Dominikowa. Ciekawa, bardzo ciekawa. Także to jest na tyle. Potem były te niesamowite oczekiwania, że pojedziemy jednak do tego, do Hollywood i tak niewiele brakowało. Byłam w Toronto na pierwszym pokazie i to były owacje, naprawdę niewiarygodnie. Nie do przecenienia i naprawdę wielki zachwyt, nie tylko Polonii. No i później inne rzeczy. No i niestety tak to się właśnie skończyło, jakoś się skończyło. Ale jeszcze mam nadzieję, że kreacja, którą miałam przygotowaną jeszcze gdzieś na ten czerwony dywan w Los Angeles jeszcze gdzieś się przyda.