Przejdź do treści
Strona główna » Blog » Feliks Falk – reżyser filmowy

Feliks Falk – reżyser filmowy

    Transkrypcja rozmowy w formacie.docx

    Feliks Falk. [Biała plansza. Pośrodku czarny napis prostą czcionką: Kiedy rozpoczęła się Pana przygoda z kinem?] Oczywiście, tak jak wszystkie dzieci, interesowałem się filmem. Zaczęło się zanim się w Warszawie znalazłem, to żeśmy z rodziną byli w Wałbrzychu. Ja pamiętam, że pierwszy film, jaki widziałem, to oczywiście Konik Garbusek, radziecki film. Wtedy nie było innych. Disney jeszcze nie był w Polsce znany i rozpowszechniany. To był radziecki. Potem pewnie była jakaś przerwa, ale już nie pamiętam, czy chodziłem jeszcze na jakieś takie animowane filmy. Chyba tak dużo tego nie było w tamtych czasach. Natomiast później, jak już byłem w podstawówce i w liceum, ale bardziej w podstawówce, to było takie kino w Warszawie, nazywało się Klub, gdzie to było kino jednej instytucji, ale tam takich małych dzieci, takich młodych nie wpuszczali. To były najczęściej francuskie filmy, czasem były angielskie. Ja z kolegą często przez okno wchodziliśmy, bo gdzieś tam znajdowaliśmy jakieś okno i wchodziliśmy i oglądaliśmy. Nikt nas wtedy nie wyrzucał. Ja myślę, że kino było zawsze bardzo popularną rozrywką, od kiedy kino powstało. Zawsze, a szczególnie później, kiedy już był dźwięk, byli świetni aktorzy. Kino francuskie wtedy było najbardziej popularne. Nie tak jak dzisiaj, bo dzisiaj już troszeczkę podupadło. I ma dużą konkurencję w innych krajach. I to kino gdzieś tam we mnie, ale pewnie nie tylko we mnie, bardzo wielu ludzi, gdzieś została zakodowana ta miłość do kina. Ale potem ja nie od razu poszedłem do Szkoły Filmowej i nie od razu się zainteresowałem tak profesjonalnie filmem, bo najpierw skończyłem Akademię Sztuk Pięknych i to trwało dosyć długo niestety, 6 lat. Potem oczywiście gdzieś do mnie docierały odgłosy ze Szkoły Filmowej. Mój przyjaciel Marcel Łoziński ze szkoły, jeszcze z klasy, studiował najpierw operatorkę, potem reżyserię. I któregoś dnia, ale to był taki marcowy okres, czyli 1968 rok, i Marcel mnie namówił, żebym zdawał do Szkoły. Ponieważ ja już wcześniej napisałem sztukę, która była wydrukowana w „Dialogu”, byłem plastykiem, więc on twierdził, że mam duże szanse, że w Szkole właśnie się oczekuje takich ludzi, którzy mają już jakiś dorobek. No i ja się dałem namówić tak właściwie na próbę, bo ja pracowałem, byłem grafikiem w jednym, to się nazywało „Magazyn polski”, to taki polski „Reader’s Digest”. I tak właściwie poszedłem zdawać. Z tym, że to był 1969 rok, po 1968 roku władze, które nie lubiły Szkoły Filmowej i Toeplitza wyrzucili – wyrzucili wszystkich, czy prawie wszystkich pochodzenia żydowskiego. Dodatkowo zrobiono egzaminy i punkty dodatkowe, że ci, którzy mieli pochodzenie robotnicze, chłopskie, to mieli punkty dodatkowe i oni to zrobili po to, żeby Szkoła Filmowa się pozbyła i nie przyjmowała inteligencji warszawskiej przede wszystkim. No ale tak się zdarzyło, że normalnie do Szkoły Filmowej przyjmowano 10 osób, to było maksimum. No a wtedy przyjęto 22 osoby. No tak, bo te punkty i to, żeby było więcej, ale pewnie ku zdziwieniu władz w tej pierwszej dziesiątce to większość to byli studenci z Warszawy. Właśnie tacy głównie pochodzenia inteligenckiego. Ale byli też inni. Także oczywiście były obawy, że można nie zdać, ale zdałem. Byłem tam bodajże na dziewiątym miejscu i jakoś udało mi się dostać do tej Szkoły. No i takie były te początki.

    Egzaminu już tak dobrze nie pamiętam. Pamiętam tylko, że nie dałem sobie rady, bo Karabasz, który potem był naszym też wykładowcą, Karabasz on egzaminował ze zdjęć. Ten delikwent miał ułożyć ze zdjęć jakąś historyjkę czy coś. I tu mi nie poszło za dobrze. Nawet nie bardzo wiem dlaczego, bo właściwie miałem taki dryg do opowiadania, no ale może te zdjęcia mnie niewiele mówiły, już nie pamiętam. No i w związku z tym to mi troszeczkę obniżyło notacje, ale ostatecznie dostałem się. No i potem Karabasz był naszym profesorem. Właściwie pierwsze zajęcie, jakie mieliśmy, to z nim właśnie. I na zawsze zapamiętałem, potem to przekazywałem innym, bo ja też potem już wykładałem też, krótko, ale wykładałem, że najważniejsze są odpowiedzi na dwa pytania. Pierwsze pytanie: „Co?” i drugie pytanie: „Jak?”. No i to mi wbił do głowy rzeczywiście chyba na wszystkim. Potem o Karabaszu były różne opinie, nie był do końca zawsze fair wobec studentów, ale to już pomińmy, był przede wszystkim świetnym dokumentalistą, jednym z najlepszych. Mieliśmy różnego rodzaju zajęcia. Mieliśmy zajęcia z fotografii, mieliśmy zajęcia typu teatralne, które prowadziła żona Wohla wtedy. Operatorskie też – nie operatorskie dokładnie – ale mieliśmy z aparaturą, żeby się oswoić. No już nie pamiętam wszystkich zdjęć, w każdym razie tego bardzo było dużo, ale najlepsze i najważniejsze dla nas było oglądanie filmów, bo była sala, stosunkowo nieduża, w Szkole, gdzie codziennie wieczorem można było obejrzeć filmy starsze i nawet nowsze. I to było najprzyjemniejsze, żeśmy oglądali do późna wieczorem. A potem chodziliśmy do baru mlecznego. Mieliśmy taką grupę, między innymi Bugajski, Andrejew, Janusz Dymek, później taki od seriali bardzo dobry reżyser. No i w tej małej takiej grupce chodziliśmy do baru, potem do Honoratki, bo jeszcze była ta Honoratka i najmilej wspominam właśnie te wieczory – filmy i potem te spotkania. Prawdę mówiąc, to mało chodziliśmy do kin łódzkich, zresztą nie było ich tak dużo. Nie pamiętam, nie było czasu nawet, bo myśmy byli cały dzień, od rana do wieczora. A jak ja dwa razy w tygodniu jeździłem do Warszawy, bo tam miałem pracę i tam musiałem wykonać tą pracę, wracałem i nie było kiedy do kin. A Łódź – pamiętam oczywiście Łódź. Dla mnie Łódź była zawsze bardzo filmowa. Ja do dzisiaj zresztą mówię, że to jest fantastyczny materiał dla studentów Szkoły, niezależnie od tego, czy robią fabuły, czy dokumenty. Mimo, że tutaj oczywiście widać jakieś prace w Łodzi, tu się poprawia, tam się poprawia, niemniej jednak ciągle jest to taka Łódź, która jako jedna z niewielu nie została zburzona w czasie wojny, co niektórzy twierdzą, że szkoda, bo jakby była zburzona, to by można było na nowo zbudować. A tak się trzeba przebijać z tymi ulicami, burzyć domy itd. Łódź jest bardzo plastyczna. Zresztą ja wykorzystałem Łódź potem w łódzkim filmie, który zrobiłem w Łodzi. Był jazz – tam zarówno wnętrza, wnętrza przecież tu są piękne niektóre, wspaniałe, ale ulice także. Ulice, które są takie zapyziałe, takie z lat, ponieważ to było w latach pięćdziesiątych, a nic się nie zmieniło od lat pięćdziesiątych, więc można było wykorzystać tutaj, zamiast budować jakieś makiety.

    [Biała plansza. Pośrodku czarny napis czarną czcionką: Jak wyglądała droga do Pana debiutu filmowego?] Ja nie wiedziałem, jakim ja będę reżyserem, bo nie wiedziałem, co ja będę robił, czy w ogóle będę reżyserem, bo przecież to różnie się mogło potoczyć. W ogóle nie myślałem o przyszłości, prawdę mówiąc, bo nie wiedziałem, jak się dorwać do reżyserii. Na razie chciałem skończyć te studia i muszę powiedzieć, że nawet taki byłem dosyć pracowity, bo chyba najwcześniej ze wszystkich kolegów zrobiłem dwa filmy absolutoryjne, bo dyplomowych się nie robiło wtedy w Szkole. Jeden się nazywał dokument Pytania, a drugi Siła przebicia. No oba były takie, powiedziałbym, społeczno-polityczne. I te filmy, oba, zostały nagrodzone na Festiwalu Filmów Studenckich Łódzkich, bo innych nie było szkół przecież. I to był wtedy bardzo prestiżowy festiwal, dlatego że Szkoła miała olbrzymi prestiż. Już wtedy, kiedy ja się tam pojawiłem, to już dawno całe pokolenie, i Polański, i Has, Wajda – wszyscy już byli po tej Szkole. I ja pamiętam jak sam, byłem wcześniej jeszcze przed Szkołą, poszedłem w Pałacu Kultury, były pokazy. Tam był festiwal, właśnie się odbywał, filmów studenckich, tam był Zanussiego, Kieślowskiego, Piwowskiego, fantastyczne filmy, które zresztą weszły potem do historii. Królikiewicza też tam. Widać było, że to były filmy takie silne i bardzo zdolnych ludzi. Były bardzo różne, więc przychodziła na ten festiwal tak zwana „Warszawka”. To by świadczyło o tym, że to był taki festiwal wtedy popularny. Nie było innych festiwali. No był ten festiwal, na który też chodziłem od bardzo wczesnych lat. Ten festiwal filmów ściąganych po festiwale. Festiwal festiwali to się najpierw nazywało, a potem „Konfrontacje”. No i to były też filmy, które mnie też w jakiś sposób uwrażliwiły na kino. Dostałem dwie nagrody. Jedną publiczności za Siłę przebicia, drugą już taką przez jurorów – tam Konwicki był szefem tego – za Pytania. Bo te Pytania były, prawdę mówiąc, takie prześmiewcze, jeśli chodzi o indoktrynację szkolną. I w jakiś sposób tą szkołę kompromitowało. A ponieważ w tym jury siedzieli ludzie, którzy potem byli w KOR-ze, potem byli w innych… W każdym razie opozycja, taka cicha jeszcze wtedy, to oni nagrodzili ten film. A Konwicki potem, ile razy żeśmy się spotkali, to mówił: „Pamięta pan, ja nagrodziłem pański film”. No więc to było bardzo miłe. A dzięki tym nagrodzonym filmu dostałem się do zespołu Wajdy, do Zespołu „X”.

    Ten pomysł, ja właściwie robiłem inne filmy, ale zawsze w głowie miałem coś takiego właśnie, że jak tu opowiedzieć o latach pięćdziesiątych. Ja się interesowałem jazzem od 1956 roku, kiedy jazz jakby wyszedł na wierzch z tych wszystkich zakamarków. I był festiwal, bardzo ważny festiwal, który się potem zamienił w Jazz Jamboree. Ja się interesowałem, tańczyłem przede wszystkim do muzyki jazzowej i zawsze myślałem o tym, jak o tym opowiedzieć. No i w końcu już olśniło mnie, że to powinno być zderzenie jakby dwóch przeciwieństw – tej indoktrynowanej kultury, tej kultury komunistycznej, tymi ZMP-owcami w czerwonych krawatkach z wolnymi ludźmi, z ludźmi, którzy próbowali nie podlegać nikomu, grali jazz, grali go w ukryciu najczęściej. No i postanowiłem zrobić o tym film. Miałem to szczęście, bo on by nie został zrobiony, miałem to szczęście, że akurat Zespół już wystąpił o akceptację w tym momencie, kiedy były te strajki gdańskie. W ogóle to, co się u nas działo jeszcze przed Solidarnością, ale już w zasadzie można mówić, że to była Solidarność. No i zaakceptowali ten scenariusz, mogłem go robić. Robiłem go w 1981 roku. Zresztą szereg filmów wtedy było robionych, bo i Przesłuchanie Bugajskiego, i Wielki bieg Domaradzkiego, gdzie ja też pisałem scenariusz. Wszystko to się w tym 1981 roku działo. Tak jakbyśmy przeczuwali, że trzeba się spieszyć, bo za chwilę wróci stare. No to był cud rzeczywiście, że jednak na pozwolenie. A jak przyszedł stan wojenny, to oczywiście wszystkie filmy poszły na półkę. Jeszcze te filmy, które nie miały premiery, tak jak Przesłuchanie. On był przez cztery lata na półkach i jeszcze został zwolniony chyba jako jeden z pierwszych nawet, bo tam nawet tacy, którzy popierali władzę, ale byli tacy trzeźwi, znowu rozsądkowi, walczyli o to, żeby te filmy puścić, a mój był najmniej dla nich widocznie groźny. Chociaż niewątpliwie powodem zablokowania go w czasie stanu wojennego było to, że on się kojarzył ze stanem wojennym, z tym zagrożeniem i tak dalej. Ale potem wyszedł. O tyle straciłem, że ten film nigdzie nie był, bo ten taki najlepszy okres nigdzie nie mógł wyjechać na żadne festiwale, a kiedy go puścili, to już się skończyły prawa muzyczne na jazz. I też trzeba było występować o nowe prawa i tak dalej, i tak dalej. Już nie będę opowiadał o tym długo. No i tak powstał ten film, który ja sam też bardzo, bardzo lubię.

    [Biała plansza. Pośrodku czarny napis prostą czcionką: Jak wspomina Pan współpracę z Andrzejem Wajdą?] Wajda bardzo szybko mnie przyjął, właściwie chyba nie znał tych moich filmów, chociaż twierdził, że znał, ale ja go nigdzie nie widziałem tam na tym festiwalu. Ale on szukał młodych ludzi. Najpierw, na początku, potem już dochodzili inni starsi już z jakimś dorobkiem, ale na początku on kombinował, żeby to był zespół młodych ludzi. Stąd tam się wzięła Agnieszka Holland, Janusz Zaorski, ja nieco później – Jurek Domaradzki, Bugajski, ale oni troszeczkę później, bo oni zarówno Domaradzki jak i Agnieszka też – wszyscy pracowali przy innych jeszcze filmach jako asystenci albo drudzy reżyserzy. A mnie się udało nie pracować przy żadnym filmie ani z reżyserem, dlatego, że ja bardzo szybko przyniosłem scenariusz takiego średniometrażowego filmu telewizyjnego, bo Wajda bardzo sprytnie wymyślił, żebyśmy zamiast tego tułania się po cudzych planach, żebyśmy sami już od razu coś próbowali. Ja napisałem scenariusz, który się bardzo podobał. Nocleg się nazywał i Wajda skierował go do telewizji. No ale w telewizji się trochę przestraszyli. Tam jeden taki bardzo znany krytyk, który właśnie wrócił z Ameryki i to jest bardzo dziwne, bo przecież w Ameryce musiał się naoglądać filmów podobnych do tego Noclegu, bo to jest film o zagrożeniu, o tym jak bohater jest narażony na to, że zostanie pobity i tak dalej, jak się zachowuje. Właściwie wymowa jest moralna, a jednocześnie jest to film, taki „suspense” tam jest cały czas. Ale niestety długo trwało, chyba 9 miesięcy zanim zaakceptowali to. Dopiero Wajda to wywalczył u Sokorskiego, który był wtedy szefem telewizji. No i ja go zrobiłem jako pierwszy w tym Zespole. Także dosyć wcześnie. A potem już koledzy zaczęli robić filmy. Ja się jeszcze przyczyniłem do takiego filmu bardzo dobrego, który miałem robić, ale ponieważ zrobiłem ten Nocleg, to się wycofałem. Zdjęcia próbne, które ostatecznie robił Domaradzki, Agnieszka Holland i Paweł Kędzierski. I to wyszedł bardzo dobry film. Dzisiaj go można oglądać, jakby był wczoraj robiony. Zresztą też z taką wymową moralną. Wajda zresztą uznał, że ja dobrze piszę. Zlecał mi tam nawet jakieś rzeczy, żeby dla kogoś coś napisać. To potem nie wychodziło. No i strasznie naciskał, żebym szybko debiutował.

    [Biała plansza. Pośrodku czarny napis prostą czcionką: Pamięta Pan swój udział w filmie Człowiek z marmuru?] To jak Stuhr by słyszał, to by się oburzył. Mówi: „Jak to?”. Mówi: „On jest, on gra, a nie ja czy jacyś inni”. Tam to było bardzo sympatyczne, bo to Wajda zaprosił mnie, Zbyszka Kamińskiego, który też był w zespole, żebyśmy towarzyszyli Łomnickiemu, który tam grał w tym filmie prawdziwą rolę. A myśmy tam asystowali mu na lotnisku, gdzie ja trzymałem tego lwa. Nie wiem dlaczego ja, to powinien był trzymać Łomnicki, bo to on tam jako reżyser występował, ale Wajda tak chciał. I Wajda nawet mnie reżyserował, bo ja coś źle zrobiłem z tym podnoszeniem i mnie opieprzył. No ale w końcu się dobrze… No i znalazłem się w tym filmie takim kanonicznym. Człowiek z marmuru to jest film wielki. Jeden z, ja wiem, z kilku, trzech filmów Wajdy, które ja uważam za naprawdę wspaniałe, wybitne. To bardzo sympatyczne, pokazywać się w jakimś filmie. Nawet swoim własnym. W Wodzireju się też tyłem [pokazałem], nikt nie wie, ale ja tam mój kożuszek taki z tyłu pokazuję na jednej z tych ulic i idę, bo nie było nikogo, a tu już chodziło o to, żeby przejść przed kamerą i coś zasłonić. No, obok Stuhra to niedawno, tydzień temu, brałem udział w takim spotkaniu w Stowarzyszeniu Filmowców ku czci Edwarda Kłosińskiego, który robił tutaj zdjęcia, robił w moim następnym filmie, Szansa też. Razem z Jandą i z Zanussim rozmawialiśmy o Edwardzie Kłosińskim i rzeczywiście wszyscy byliśmy jednego zdania, że to był wspaniały, nie tylko operator, ale to był człowiek, z którym po prostu można było rozmawiać o ważnych sprawach i który bardzo się przyczyniał do samego filmu.

    [Biała plansza. Pośrodku czarny napis prostą czcionką: Jak wspomina Pan realizację filmu Wodzirej?] W każdym razie pierwszy debiut, który zrobiłem W środku lata, który dzisiaj, właściwie oglądany na świeżo i mam tego oddźwięk na Facebooku, ci co oglądają, że to jest film, który po prostu jest dobry. Zresztą dostał wyróżnienie na festiwalu wtedy w San Remo, taki festiwal też tam był. Ale do końca ani ja nie byłem zadowolony, ani Wajda też nie był taki zachwycony. No krótko mówiąc, musiałem zrobić jakiś inny film. No i potem przyszedł mi pomysł Wodzireja, który Zespół bardzo szybko zaakceptował i zrobiłem. To znana już historia, bo on [Jerzy Stuhr] razem z Sobczukiem prowadzili tzw. Spotkania z balladą w telewizji krakowskiej. I to było bardzo oglądane, bardzo popularne. Dlaczego to było takie popularne? Bo to było coś świeżego, powiedziałbym w stylu amerykańskim. Właściwie głównie improwizowali, ale obaj byli bardzo dobrzy w tym. I to się czuło. I tam było trochę piosenek, ale głównie oni tam szaleli na tym planie. No i Stuhr się objawił tam jako taki bliski temu zawodowi – estradowca. Co się potem okazało, że wcale, że to było bardzo bliskie, dlatego że on to uprawiał wcześniej, żeby zarobić parę groszy. No i nie, ja od początku wiedziałem, że Stuhr powinien, Wajda trochę się skrzywił, uważał, że to Pszoniak powinien grać, ale ja się uparłem i potem Wajda mi przyznał rację. Jak ja go zrobiłem, to jeszcze kina moralnego nikt nie słyszał, ani nie przeczuwał, że będzie kino moralnego niepokoju, ale to on się znalazł w takiej serii trzech filmów – Człowieka z marmuru i Zanussiego Barwy ochronne, bo one były trochę wcześniej zrobione. I nawet, potem jak krytyka, bo były dwie krytyki, jedna była partyjna, druga była taka bardziej wolnościowa. I ta wolnościowa zawsze w jednym rzędzie, ponieważ to był taki zbieg okoliczności, wszystkie te trzy filmy były mniej więcej w jednym czasie. I o pewnej takiej wspólnej wymowie, Wodzirej był obok tych wielkich dwóch nazwisk, wtedy Zanussi i Wajda, trzeci był ten Wodzirej z Falkiem. I to był bardzo przyjemny okres, kiedy się czułem się trochę zakłopotany, ale jednocześnie usatysfakcjonowany. Potem oczywiście już przyszły następne filmy, inne filmy też wspaniałe i tak dalej, ale to chyba był w ogóle taki jeden z lepszych okresów polskiego kina, bo rzeczywiście to były filmy, które działały w jakiś sposób na społeczeństwo. Już nie mówię o tym, że ludzie na to poszli, ale to jak gdyby tym widzom… bo to oczywiście też nie były filmy takie wprost, dzięki Bogu, bo dzięki temu były to filmy artystyczne. Może bardziej wprost był Człowiek z marmuru, ale z kolei zrobiony z takim rozmachem i tak wspaniale, że to też częściowo metaforyczne, częściowo wprost. Ale zarówno Zanussiego, jak i Wodzirej były to filmy metaforyczne, a widz to bardzo szybko dostrzegał pod tymi historiami tam pokazanymi. Identyfikował się z ukrytym podtekstem. I dlatego one miały takie powodzenie, te filmy wtedy. No, a potem się oczywiście pojawiły inne filmy, które też w tej tonacji opowiadały i zostały nazwane kino moralnego niepokoju. Ja uważam, że oczywiście to już weszło do kanonu, także tego się już nie zmieni, ale właściwie co drugi film, prawdę mówiąc, nawet film akcji często to jest kino moralnego niepokoju, bo właściwie zawsze te najciekawsze, najważniejsze filmy to są te, które mają jakieś wybrzmienie moralne, prawda? I większość filmów jest właściwie takich, ale wtedy Ale to nie były filmy rozrywkowe, to nie były filmy takie, nie były trudne, ale takie powiedziałbym trzeba było się oswoić z tego typu narracją.

    [Biała plansza. Pośrodku czarny napis prostą czcionką: Jak wspomina Pan swoich współpracowników?] Zawsze byli fajni ludzie, naprawdę. Szczególnie w tych pionach takich – kostiumy, scenografia. To byli świetni ludzie, naprawdę bardzo zdolni, z którymi naprawdę świetnie się współpracowało. Pracowałem z bardzo różnymi, także nie chcę wymieniać tutaj z jednego filmu, a tymczasem ja tych filmów zrobiłem 19. Krótkie i długie. Prawdę mówiąc to, Edward Kłosiński był jedynym operatorem, z którym ja dwa razy pracowałem, a nawet dwa i pół, bo jeszcze w takim filmie Solidarność, Solidarność, w tym byliśmy razem, ale to taki krótki film, ale też bardzo mi pomógł. Właściwie z nikim więcej, a pracowałem z najlepszymi operatorami, z Sobocińskim, ze Zdortem. Ale tak się złożyło, że po prostu… Może dlatego właśnie, że Kłosiński był człowiekiem, który był wymagający bardzo od reżysera. Nie tylko robił dobre zdjęcia, ale zawsze się jeszcze czepiał scenariusza: „No, co tu jeszcze poprawić, co tu jeszcze poprawić?”. No i dzięki temu powstawały dobre filmy. [Biała plansza. Pośrodku czarny napis prostą czcionką: Czy Pana filmy, np. Był jazz, były realizowane w łódzkich lokacjach i w Wytwórni?] To były wszystko zdjęcia z natury. To znaczy ulice, wnętrza. No właśnie, tutaj już nie pamiętam, kto ze mną robił scenografię, ale w każdym razie znali fantastycznie te wnętrza i one były różne. Jedne były takie bardziej wyszukane, jak tutaj w pałacu, a inne takie bardziej proste, takie socrealistyczne, bo i takie były. I także tutaj myśmy obfotografowali Łódź i to dosyć mocno, prawdę mówiąc. Ale ja tutaj miałem w tej Wytwórni, miałem kilka produkcji, ale to nie znaczy, że robiliśmy… Znaczy, miałem i dwa telewizyjne filmy. Nie, przepraszam, telewizyjny film jeden zrobiłem. Produkcję miałem szansę tutaj, ale robiliśmy w Krakowie. Taki film Obok, to był telewizyjny film, to robili w Grandzie. To było zabawne, dlatego że to był godzinny film, ale tam był jeden obiekt. Myśmy z operatorem – Kaliciński był operatorem, który asystował, zawsze asystował Kłosińskiemu, ale tutaj akurat on sam robił. I było tak, że w Grandzie on mieszkał w jednym pokoju, ja mieszkałem w drugim pokoju, a po środku był główny obiekt, gdzie robiliśmy zdjęcia. Oczywiście w tym Grandzie. Robiliśmy jeszcze w różnych miejscach, ale to były takie zabawne. Śmieliśmy się, że w kapciach idziemy na plan. Chyba tak, chyba rzeczywiście tak było.

    [Biała plansza. Pośrodku czarny napis prostą czcionką: Kiedy został Pan wykładowcą Szkoły Filmowej w Łodzi?] To był taki późny czas już stanu wojennego, a właściwie już nie było stanu wojennego, i Karabasz właśnie – ten Karabasz, na którego tak żeśmy narzekali, on był dziekanem wtedy i przypomniał sobie o mnie i mnie zaprosił, żebym na etat przyszedł do Szkoły Filmowej. Ja uczyłem ich, jednego roku uczyłem scenariopisarstwa, a inny rok reżyserii. Mieliśmy takie zajęcia z kamerą, aktorzy z wydziału aktorskiego u nas grali. I to były bardzo, bardzo sympatyczne ćwiczenia. Tylko myśmy wtedy rotacyjnie, to znaczy ja przejeżdżałem raz w tygodniu, czy raz na miesiąc, już nie pamiętam, a w innym tygodniu prowadził Morgenstern i jeszcze w innym Kawalerowicz. Ale te same grupy. Czasami jakoś żeśmy się spotykali wszyscy razem i wracaliśmy nawet pociągiem z Kawalerowiczem, Morgensternem. Ja już nie pamiętam, jak to było zorganizowane, ale w każdym razie pamiętam, że oni też. A potem zmarł szef studium scenariuszowego, które było przedszkołą filmową, [Lesław] Bajer. No i padła propozycja, żeby Has był wtedy rektorem. I tak szczerze mówiąc, to Has mnie chyba nie lubił, bo na różnych spotkaniach, na radach to ja zawsze coś innego mówiłem niż on by chciał, żebym mówił, więc chyba za bardzo mnie nie lubił i chciał się mnie pozbyć. No i się pozbył w ten sposób, że zostałem na miejsce Bajera szefem studium scenariuszowego i potem byłem już jakieś 27 lat, aż do skasowania. [Biała plansza. P{ośrodku czarny napis prostą czcionką: Jak wspomina Pan realizację filmu Komornik?] Udało mi się, przede wszystkim co mi się udało, miałem szczęście, ponieważ miałem najwcześniej dostęp do tego scenariusza, bo to scenariusz napisał Grzegorz Łoszewski, obecny prezes Stowarzyszenia [Filmowców Polskich], które organizowało konkursy i były nagrody. No i ja byłem w tej komisji i miałem okazję przeczytać i od razu go zaklepałem. No i ponieważ to już zaklepałem, to już potem zacząłem walczyć o niego w telewizji. Dzięki temu właśnie, że ja się zapoznałem wcześniej z tym scenariuszem, to już go trzymałem i potem walczyłem, potem zacząłem go poprawiać, tam troszeczkę włożyłem swoich uwag. No i dzięki temu zrobiłem.

    [Biała plansza. Pośrodku czarny napis prostą czcionką: Co Pan sądzi o swojej drodze zawodowej?] Generalnie jestem zadowolony z mojego życia. Generalnie. Mimo, że jakieś choroby przychodziły, mimo że jakieś różne inne problemy, ale generalnie tak. Oczywiście, jeśli chodzi o to, że wybrałem tą drogę twórcy filmowego, to uważam, że to był los na loterii, wygrałem go. To jest tak, że można robić też dobre filmy, ale też nie zawsze ma się szczęście. Bo oczywiście pewnie bym mógł zajść dalej, bo na przykład Wodzirej, którego władze nie puściły, bo mógłby się znaleźć jako kandydat do Oscara. Dlaczego o tym mówię tak nieskromnie? Dlatego, że byłem potem w Los Angeles i pokazywałem ten film ludziom z Akademii. Duża część z nich się dziwiła, że nie był zgłoszony kiedyś. A za to bohater roku już był. No ale Bohater roku to był „sequel”, który był oczywiście mniej. W Moskwie dostał ważną nagrodę, ale to wiadomo, że Moskwa… Chociaż to był taki festiwal gorbaczowski, wtedy to był bardzo ważny festiwal, ale wiadomo, że tam nagrody nie cieszyły się specjalnie jakąś taką radością. Tak jak mówię, trzeba mieć też trochę szczęścia i trochę, nie wiem, umieć też się kręcić wokół pewnych tematów. Ale generalnie jestem zadowolony. Udało mi się zrobić kilka dobrych filmów. Ja również pracowałem w telewizji, pisałem sztuki. Przez 10 lat miałem swoją firmę z kolegami. Właściwie dotknąłem niemal wszystkiego, czego można było dotknąć. Jestem zadowolony.

    Zadanie Powiększenie kolekcji nagrań audiowizualnych oraz zwiększenie dostępności Archiwum Historii Mówionej zostało sfinansowane przez Unię Europejską NextGenerationEU.