Transkrypcja rozmowy w formacie.docx
Gabriela Muskała. Aktorką, scenarzystką, od niedawna też reżyserką, jeszcze autorką sztuk teatralnych. Jakoś tak kino mnie chyba przywołało. Często się nad tym zastanawiałam, bo nie było takiego momentu jednego, kiedy ja zobaczyłam jakiś film czy spektakl. Pierwszy taki spektakl w profesjonalnym teatrze zobaczyłam będąc w trzeciej klasie szkoły średniej we Wrocławiu, ale już wtedy od dawna chciałam być aktorką. Oczywiście, oglądałam w mojej rodzinnej miejscowości – Ołdrzychowicach Kłodzkich w Kotlinie Kłodzkiej – filmy. Ale nie pamiętam, żeby to był właśnie film. Najczęściej tak jest, że jakiś film, jakiś aktor, aktorka inspirują nas do tego, by samemu być aktorem czy aktorką. U mnie to się po prostu pojawiło. Ja miałam chyba taką ogromną potrzebę przepoczwarzania się, naśladowania wszystkiego, co mnie na drodze mojej w dzieciństwie spotykało. I ta potrzeba zmieniania się, bycia ciągle kimś innym, wpasowywania się w jakieś inne osobowości była dla mnie tak rajcująca, że kiedy zrozumiałam, że to się wiąże z aktorstwem, to wiedziałam, że to jest moja droga. Także to samo przyszło. Oczywiście, nie jest tak do końca, że przyszła do mnie myśl o kinie, o tym, żeby być aktorką, żeby w ogóle związać się z kinem, z aktorstwem, z teatrem. Oglądałam film. Ja pamiętam taki film, który bardzo… Film, autor właściwie, który chyba bardzo podświadomie też wpłynął na to, jak ja postrzegam w ogóle swoją pracę, był Charlie Chaplin. Myśmy w ogóle oglądały z mamą bardzo dużo. Z rodzicami, ale z mamą szczególnie, w Starym Kinie. Tam były głównie polskie stare filmy, ale pamiętam filmy Charliego Chaplina, które były gdzieś w telewizji pokazywane i teraz dopiero przypominam sobie, że ten jego perfekcjonizm, o którym czytałam później – to, że on jedno ujęcie powtarzał kilkaset razy, osiągając takie mistrzostwo, jakie w rytmie, w choreografii, w precyzji ruchu, gestu, spojrzenia, często we współczesnym świecie nawet komputery nie pomogą tego osiągnąć. I to było coś, co myślę, że ten Chaplin pomógł mi też w takim bardzo perfekcyjnym podchodzeniu do tego, co robię. Bo też nauczyciele, których miałam okazję spotkać… Mój pierwszy reżyser, jeszcze jak byłam amatorką, Marian Półtoranos, który też był perfekcjonistą, robiliśmy monodramy i on właśnie mówił, że ten każdy gest, każde słowo jest ważne. To myślę, że te pierwsze spotkania tych idoli kina, takie jak właśnie Charlie Chaplin, czy właśnie pierwsi nauczyciele uczą nas tego, jak patrzeć na ten zawód miłości do kina i tego, jak sami postrzegamy swoje istnienie przed kamerą.
Najpierw była wielka próba dostania się do Szkoły. Próby, które pełzły na niczym, bo odrzucono mnie dwa razy w Krakowie. Ale w tym samym czasie dostawałam wszystkie możliwe nagrody na festiwalach teatrów jednego aktora amatorskich, gdzie mówiono, że właściwie jestem gotową aktorką. I to mi dawało taką siłę i dawało mi wiarę w to, że jednak warto dalej próbować, Dla mnie zmianą, przede wszystkim… To znaczy, jak dostałam się do szkoły, to za trzecim razem – do trzech razy sztuka, Przyjęłam to z ogromną radością, jakoś tak wierzyłam, że to się kiedyś nastąpi. Dla mnie największą zmianą i najtrudniejszą było zmiana środowiska. Z tych Ołdrzychowic cudownych, sielskich, anielskich, ten beton tutaj łódzki, który później bardzo pokochałam… Ale to było dla mnie najtrudniejsze. Brakowało mi tlenu po prostu. Ja wychodziłam ciągle z bólem głowy i jakoś ten huk, ta intensywność, również zajęć w szkole, działała na mnie jako na taką dziewczynę, która właściwie oglądała sobie przez całe życie ten najważniejszy film, czyli taki film tej przyrody, która mnie otaczała. Ja na początku… Pierwsze marzenie moje to było rzeczywiście marzenie o tym, żeby być reżyserką, ale filmów przyrodniczych. Ponieważ tam mieszkałam na wsi, gdzie obok było ogromne gospodarstwo mojej sąsiadki, gdzie były wszystkie możliwe gospodarskie zwierzęta, gdzie były lasy, łąki, pola. Naprawdę ta Kotlina Kłodzka nie bez powodu jest takim miejscem, gdzie przyjeżdżają reżyserzy i szczególnie tam właśnie chcą kręcić filmy. I dla mnie tak naprawdę… Ja dosyć późno zaczęłam filmy oglądać, ale teraz wiem, że to było dlatego, że ja ten najważniejszy, najpiękniejszy film miałam wokół siebie. Wystarczyło wyjść na podwórko, do lasu czy do sąsiadki. Ale miałam mówić o Szkole. Ja tak troszkę zbaczam z tematu, mam nadzieję, że jakoś to Pani ułoży. Dwa lata, które straciłam przez to, że nie mogłam się dostać do szkoły… Właściwie nie straciłam, bo robiłam kolejne monodramy i zdobywałam kolejne nagrody, ale i gdzieś tam się aktorsko już kształciłam, nadrobiłam po drugim roku studiów. Wygrałam casting na rolę Ani z Zielonego Wzgórza i zaczęłam od trzeciego roku studiów, właściwie byłam na, przeszłam na indywidualny tok studiów i zaczęłam grać już w teatrze. A później również w filmie, ale film przyszedł troszkę później. Również z tego powodu, że jakoś przez długi czas wydawało mi się, że prawdziwą rolę, uczciwą rolę można stworzyć tylko w teatrze. Po tych trzech miesiącach prób i grając historię danej postaci od początku do końca. Natomiast film, gdzie graliśmy najpierw coś, co się dzieje w środku filmu, potem coś co się dzieje na końcu, potem… Pomyślałam, jak przeprowadzić te emocje. Oczywiście, nic bardziej mylnego. Pierwszy film, który z taką… Dużą rolę, którą zagrałam główną u Mariusza Grzegorzka w Królowej aniołów, no tam złapałam takiego niesamowitego bakcyla. Zrozumiałam, że wszystko zależy od tego, czy wcześniej, podczas prób czytanych, prób z partnerami, przed kamerą, wszystko sobie w głowie ułożymy. Wtedy możemy sobie te kawałeczki wyciągać i grać niechronologicznie.
Ja powiem szczerze, bardzo tak uczciwie, że ja w ogóle te czasy Szkoły Filmowej pamiętam jak za mgłą. To były dwa lata i oczywiście profesorzy byli bardzo różni. Ja pamiętam, że przede wszystkim, no bardzo źle wspominam fuksówkę. Troszkę o tym opowiadam w moim filmie Błazny. To jest taki poboczny wątek, ale myślę, bardzo dobitnie pokazujący ten czas, kiedy ja studiowałam. Bo studenci, którzy grają w Błaznach jeszcze ich dotknęła fuksówka, ale w zupełnie inny sposób, łagodniejszy. Natomiast ja w tym filmie pokazuję też te czasy, kiedy ja studiowałam i myśmy akurat fuksówkę mieli hardkorową. Wszystko zależy od ludzi. My trafiliśmy na dość takich kolegów, którzy mieli jakąś potrzebę wyjątkowego dręczenia nas, więc myśmy fuksówkę przerwali. Ale pamiętam, że ja się rzeczywiście w Szkole czułam już troszkę gotowa. Czułam, że tak naprawdę wielu rzeczy się uczę oczywiście. Pamiętam wiersz, spotkanie z panem Józefem Parą i zajęcia z panem Benczakiem też. Zajęcia z wiersza, gdzie kłóciłam się, że najważniejsze są emocje. Jak można matematycznie traktować wiersz? Jak można myśleć o oddechu po danym słowie, kiedy ja chcę wziąć oddech wtedy, kiedy chcę i tę średniówkę sobie zrobić wtedy, kiedy chcę. Ja jestem człowiekiem, ja gram człowieka i ja tutaj przekazuję emocje i będę mówiła tak, jak chcę. I pamiętam, że pan profesor powiedział: „Ale Gabrysiu, spróbuj raz, znasz już ten wiersz na pamięć, powiedzieć go jednak z tymi średniówkami i z tymi oddechami, kiedy one są tam, gdzie są wyznaczone”. Ja mówię: „Dobrze, jako eksperyment”. I nagle kiedy musiałam ten oddech wziąć w tym momencie, w którym ten wiersz nakazuje, okazało się, że to mi daje nagle jakąś nieprawdopodobną siłę interpretacji, że to jest cała moc tego wiersza i tak naprawdę, jak wpadnę w ten rytm mówienia to emocje i tak nie będą mi w tym przeszkadzać, a te średniówki i te oddechy po prostu są ułożone tak, a nie inaczej. Można zrobić swoją interpretację, można pokazać swoje emocje, ale rytm i jakby całą jakość mówienia tego wiersza wyznaczają te oddechy. To pamiętam, to było niesamowite odkrycie. Po raz pierwszy uwierzyłam w technikę, bo ja zawsze byłam przeciwniczką techniki. Zawsze tylko człowiek i emocje i prawda i to, co się wydarza tu i teraz. Okazało się, że ta technika w połączeniu z naszymi prawdziwymi emocjami to jest coś niesamowitego. Także to pamiętam, że były niesamowite zajęcia.
Pamiętam taniec z panią Janiną Niesobską, która później była choreografką w moich przedstawieniach pierwszych właśnie, gdzie grałam Anię z Zielonego Wzgórza, w tych musicalach, czy Dorotkę w Czarodzieju z Krainy Oz. W tych dwóch przedstawieniach spotkałam się z panią Janiną, która była niesamowita. Ona mi dała taki pamiętam, pierwszy na egzaminach wstępnych, kiedy mieliśmy jakieś tam zajęcia z ruchu i z rytmu. I pamiętam, że jakieś ćwiczenie trzeba było wykonać. Myśmy to grupowo wykonywali na drugim, chyba, etapie egzaminów do szkoły. I pamiętam, jak pani Janina przerwała właśnie i podeszła i tak rękę wyciągnęła moją do góry i powiedziała, że to jest wspaniała dziewczyna. I pamiętam, że po tych dwóch niezdanych egzaminach to, co wtedy… to wyróżnienie mnie przez panią Janinę było fantastyczne. I rzeczywiście później dużo pracowałyśmy razem. Oczywiście, byli też profesorowie, których mniej miło wspominam, zwłaszcza jeden, ale jakby nie chciałabym tego tematu ruszać. Myślę, że wiele z takich rzeczy, na które pozwalano kiedyś, które w ogóle nie podlegały dyskusji, a które teraz po rewolucji, zwłaszcza sprzed trzech lat, na które już profesorowie bardzo zwracają uwagę, za moich czasów miały miejsce i wtedy to była rzecz normalna. Wtedy mówiło się o hartowaniu, mówiło się o tym, że aktor, który wychodzi ze szkoły musi mieć, oprócz wrażliwości motyla, również skórę słonia i być przygotowanym na to, że ten zawód jest okrutny i jeżeli będziemy studentów pod kloszem trzymać przez całe 4 lata, będziemy ich tylko głaskać po głowie, to wyjdą nieprzygotowani do życia. Jest w tym trochę prawdy, ale myślę, że jeżeli będziemy myśleli o tym, że ta… Nie wiem, przekraczanie granic, mobbing, to jest coś, co po prostu jest, istnieje i trzeba się do tego przyzwyczaić – jeżeli zakładamy coś takiego, to znaczy, że wydajemy zgodę na to, żeby to istniało w środowisku. Pięknie, że tak się stało, że teraz tego już nie ma, a jeżeli jest, to jest natychmiast wyciągane, piętnowane i myślę, że ci którym wydaje się, że można iść na skróty w pracy z aktorami, w pracy ze studentami, w pracy z ludźmi, którzy są nam podlegli, że można iść na skróty – bo przemoc to jest pójście na skróty, to jest ułatwienie sobie pracy, żeby osiągnąć emocje, wystarczy krzyknąć, huknąć na kogoś i ten słabszy natychmiast się rozpadnie, a z tego rozpadnięcia się można wyciągnąć coś dla siebie do roli – to jest droga na skróty i to ma bardzo krótkie nogi i wynika nie tylko z frustracji ludzi, którzy to robią czy robili, ale również z lenistwa. To jest moja diagnoza tego zjawiska i bardzo się cieszę, że tego już po prostu nie ma.
Ach, w ogóle, ja pamiętam, że jak przyjechałam do Łodzi na studia, to pierwsze kroki skierowałam na róg Kościuszki i Próchnika. Czy dobrze mówię? Tam było kino, w którym był kręcony film, właściwie uważam ten film za mój ukochany polski film, film Wojciecha Marczewskiego Ucieczka z kina Wolność. Kino Capitol, ono jeszcze było chyba za moich czasów. Ja w 1990 roku zdałam do Szkoły. I pamiętam, że dla mnie to było coś, po prostu, niesamowitego, spotkanie z tym miejscem. Tak, ten film jest moim ukochanym filmem. W jakiś taki magiczny sposób właściwie opowiada o wszystkim, jest tak niesamowicie pojemny. Ale nie o tym. Rzeczywiście już od studiów grałam w różnych szkolnych etiudach. Pierwsze spotkanie z Mariuszem to była ta króciutka, króciutki epizodzik właściwie, w tym jego filmie, Rozmowa z człowiekiem z szafy. Byłam wtedy chyba na drugim roku studiów. Niestety wielu ludzi powtarza, że to był mój debiut. Ja nie mogę tego nazwać debiutem, bo to było nawet mniej niż statystowanie. Byłam panią z dzieckiem, której główny bohater zabiera pieluszkę. I ona patrzy na niego ze zdziwieniem. Ale rzeczywiście tam się z Mariuszem spotkaliśmy po raz pierwszy. Potem Królowa aniołów kręcona właściwie w 90% w takim pałacyku w Bełdowie, pod Łodzią. Ale też w parku graliśmy tutaj przy Sienkiewicza parę scen. Ostatnio kręciłam tutaj przecież, zresztą w Muzeum Kinematografii, oraz w Pałacu Poznańskiego. Kręciliśmy film Spadek w reżyserii Sylwestra Jakimowa, który będzie już niedługo miał premierę na Netflixie. Pamiętam, ostatni raz, parę lat temu też kręciłam w Łodzi film. O Jezus, to teraz nie, to zostawmy, wytnijmy, bo nie pamiętam reżysera, nie pamiętam. To był krótkometrażowy film, nazwiska reżysera zapomniałam. No, ale ostatnio, no dla mnie najważniejsze spotkanie, pierwszy właściwie debiut mój reżyserski – film Błazny, który za chwilę w tym miejscu, za godzinę czy za pół godziny będzie miał pokaz specjalny przy okazji Festiwalu Szkół Filmowych. Moi absolwenci, którzy tutaj grają, to jest ich dyplom filmowy. Ale oni skończyli szkołę już jakieś dwa czy nawet trzy lata temu, więc to jest pokaz specjalny, nie uczestniczący w konkursie. Ale bardzo się cieszę i bardzo się cieszę, że w tak niesamowitym miejscu, tutaj w Muzeum Kinematografii.
No, ten film to jest cztery lata, ostatnie cztery lata mojego życia. Właściwie pięć, bo zaczęliśmy pracę w 2019 roku. Kiedy przyszła pandemia, ja miałam już materiały zebrane z improwizacji aktorów i mogłam pisać scenariusz. Pod tym względem pandemia – to było jedno z niewielu plusów pandemii, że miałam czas, żeby usiąść i napisać ten scenariusz. Cały film powstał właściwie w Szkole Filmowej i w Łodzi w wielu obiektach. Tutaj kręciliśmy, przejeżdżaliśmy dzisiaj, w bramie na ulicy Targowej przy Muzeum Kinematografii, w Parku Źródliska tutaj. No to jest niesamowita przygoda i bardzo się cieszę, że zrobiłam ten film ze studentami, że mogłam opowiedzieć o ich życiu, o tym takim zderzeniu ich marzeń z rzeczywistością, ale też o aktorstwie. Bo to jest film opowiadany przez nich, ale też przeze mnie. Przez nich jako młodych, którzy wchodzą w aktorstwo i przeze mnie jako tą, która jest w tym zawodzie już ponad 30 lat i która opowiada też o swoim doświadczeniu. Filtruje ten młody świat aktorstwa przez siebie. I ten film jest taką mieszanką wspomnień, teraźniejszości, refleksji młodych ludzi i mojego doświadczenia. I bardzo się cieszę, że on się spotyka z takim niesamowitym odbiorem, że ludzie nie z branży odbierają go fantastycznie. I mimo, że tam jest wiele metafizyki i takich środowiskowych też tekstów i historii to widzowie z zewnątrz odczytują to wszystko i rozumieją. Tym bardziej się cieszę, bo tym filmem chciałam też opowiedzieć, jak trudny mamy zawód. Że ten zawód jest przepiękny. Ja po 34 latach już teraz, od początku studiów. Kiedy jestem w tym zawodzie, mam w sobie nadal takie spojrzenie na aktorstwo tych młodych ludzi i to mnie bardzo cieszy, że we mnie się nic nie zmieniło. Dla mnie cały czas każda nowa rola tak samo mnie fascynuje, tak samo mnie cieszy i każda przy 150-tym przedstawieniu kwestia to jest walka o to, żeby nie ulec rutynie i żeby usłyszeć partnera po raz pierwszy i siebie po raz pierwszy. Wymyśleć tę kwestię, którą już znam od iluś lat po raz pierwszy. To jest… No aktorstwo jest, po prostu, takim tematem, który jest ze mną od wielu, wielu lat, jest gigantyczną częścią mojego życia. I bardzo się dziwię, że tak mało filmów powstało. W Łodzi powstał przecież wybitny film Agnieszki Holland Aktorzy prowincjonalni. Ale filmów o aktorstwie jest niewiele. Ja tego nie mogę zrozumieć, dlaczego tak mało. To jest temat rzeka, bo przecież film o aktorstwie, to jest film o człowieku, też o tych granicach, które sobie wszyscy ludzie stawiamy między kreacją. Wszyscy coś kreujemy w życiu, udajemy, gramy, różne role, wchodząc do różnych obiektów użyteczności publicznej, które mijamy i które są nam gdzieś tam potrzebne w życiu i niezbędne by coś załatwić, gramy jakieś rolę. Natomiast, aktorstwo to jest oczywiście trudny temat, bo to jest wielopoziomowa historia. Być – grać, ile możemy w aktorstwie dać siebie, gdzie możemy te granice postawić. Ta rozmowa, która się toczy od paru lat o granicach dotyczy przecież też naszego zawodu sensu stricte, bo nasz zawód jest też autoprzemocowy. Nie zagramy kobiety, która została zgwałcona, a wcześniej wymordowano jej rodzinę na jej oczach. Nie zagramy tego, nie obarczając się doświadczeniem takich kobiet. I pod tym względem, w ogóle, dyskusja na temat przemocowości w tym zawodzie jest bardzo trudna, dlatego że zahacza o przemocowość, która jest wpisana w ten zawód. Już wpisana. Tym bardziej niepotrzebna jest w pracy nad rolami, które same w sobie niosą już przemocowość. Ale to znowu zaczynamy jakąś dyskusję większą.
Niespodzianką dla mnie najważniejszą, największą, kiedy przyszłam tutaj jako wykładowca, kiedy zdecydowałam się być wykładowczynią też, w szkole, niespodzianką byli studenci. Bo ja sobie jakoś pamiętałam te czasy studenckie moje i bardzo się jakoś tak bałam, że jak to – im jesteśmy starsi, tym bardziej mówimy: „Ach ta dzisiejsza młodzież”. Tak sobie myślałam, jaka ta dzisiejsza młodzież będzie. Wydawało mi się, że to będą ludzie, dla których priorytetem jest Instagram i Facebook. Którzy gdzieś tam może ten zawód bardziej zawodowo traktują, nie jako sztukę. Ja zawsze aktorstwo traktowałam i traktuję jako zawód, który może być sztuką. I spotkałam nagle cudownych, niesamowitych, inteligentnych, wrażliwych, dobrze wychowanych ludzi, którzy są bardzo dojrzali. Myślę, że dojrzalsi niż ja byłam i wielu moich kolegów w latach dziewięćdziesiątych. Którzy są świadomi, którzy są świadomi tego jak się czas zmienił, jak się rzeczywistość w Polsce zmieniła. Czego ten zawód wymaga. na ile nie możemy sobie pozwolić w tym zawodzie, jak musimy być przygotowani do każdego castingu, do każdej roli, bo rozszerzyła się tak możliwość, prawda. Za moich czasów to były tylko filmy i teatr. Teatr telewizji również. Teraz są seriale, telenowele, są przecież – Boże, zapominam zawsze tego słowa – platformy streamingowe. Jest tego mnóstwo. Kiedyś się robiło 10 filmów rocznie, teraz się robi ich kilkadziesiąt. I ci studenci dobrze wiedzą, jak rozkładać tę swoją energię, energię młodości z energią profesjonalizmu, zawodowstwa. Oni są niesamowicie przedsiębiorczy. Zakładają swoje agencje, pracują, piszą sztuki. Do czego ich też od początku namawiałam, żeby nie czekali na role. Nie ma nic gorszego niż czekać na rolę. niż być zależnym. Ja zawsze całe życie walczyłam o swoją niezależność. O to, żeby nie czekać, tylko żeby po prostu, jak będzie jakaś przerwa w graniu, nie będzie dzwonił telefon, to żebym sobie coś pisała. Nigdy mnie to nie spotkało, ten telefon zawsze dzwonił i ten mój zawód jakoś tak odwzajemnił moją miłość, na szczęście. Ale i tak zawsze wiedziałam, że jedyne, czego nie chcę w tym zawodzie, to czekać, aż ktoś mnie zaprosi do pracy. Że muszę mieć jakąś alternatywę i taką alternatywą stało się najpierw pisanie, teraz też reżyseria. Jakoś tak przyszło samo.
Ta różnica i to, co mnie zaskoczyło bardzo pozytywnie, to są ci studenci. I też po dziesięciu latach pracy w szkole, przy tej cudownej wymianie – bo ja nigdy nie nazywam, właśnie nie czuję się mentorem, nawet nie chciałabym – ja po prostu dzielę się z nimi swoim doświadczeniem. Tak nazywam tę pracę z nimi. Przychodzę z tym, co mnie spotkało w tym zawodzie i opowiadam o moim doświadczeniu, zastrzegając cały czas, że oni, przede wszystkim, wiedzą, co jest dla nich priorytetem w tym zawodzie, jaką ścieżkę chcą wybrać i w jaki sposób ten zawód traktować. I to trzeba uszanować. Kiedyś wychodzili ze szkół sami Zapasiewicze, Łomniccy, prawda. Bo jakoś pozwalano im wpatrywać się w te gwiazdy i próbować ich naśladować. Ja uważam, że to jest błąd, bo jest jeden Zapasiewicz – był i jest, został na ekranie, chociażby i we wspomnieniach – jeden Łomnicki, jeden Englert, jedna Janda. Ale każdy z tych studentów przynosi ze sobą do szkoły coś, czego nie ma nikt inny. I moim zadaniem najważniejsze, co szkoła powinna robić, to pielęgnować ten skarb w nich, tą oryginalność, niepowtarzalność i coś, co ich wyróżnia z tłumu. Coś, dlaczego zostali przyjęci właśnie oni, wśród tych tysięcy, którzy startują. Praca pedagoga, według mnie, powinna również polegać na tym, żeby oni sami uwierzyli w to, że przynieśli ze sobą jakąś niesamowitą wartość. Bo później wyjdą ze szkoły wykształceni, ale kolorowi ludzie. Ludzie, którzy mają w sobie wiele światów, którzy są różni i którzy mogą tym bardziej opowiedzieć o tym, jak różny jest świat, jak różni są ludzie na świecie. Jeszcze jedną rzecz powiem na koniec. Patrzę tutaj na kotki. Kot Filemon to jedna z moich ukochanych bajek z dzieciństwa. I to też piękne, bo Przygody kota Filemona były jedną, obok Krecika, jedną z ukochanych moich bajek z dzieciństwa. A później, po latach, spotkałam głos tej bajki, czyli panią Basię Marszałek. Grałyśmy razem w teatrze. To są takie niesamowite spotkania. czy właśnie maszyna, projektor z filmu mojego ukochanego Ucieczka z kina Wolność. I można by tak dużo jeszcze opowiadać.
