Transkrypcja rozmowy w formacie.docx
Po wstępnej naszej rozmowie chciałem wam przekazać, jak kiedyś ja zaczynałem pracować. To było 40 parę lat temu, konkretnie pracowałem 41 lat w zawodzie. Zaczynałem w 1974 roku. To jest takie urządzenie, gdzie się robiło wybuchy. [Mężczyzna pokazuje drewnianą listwę z wbitymi pionowo gwoździami oraz czarnym kablem] Podłączało się do tego kable, i to był jeden wybuch, 2, 3, 4. Serie z kolei – czy z ckm-u, czy rkm-u, to gwoździkiem się przesuwało tak, i odpryski takie były. To jest unikat, takich rzeczy się nie stosuje. [Mężczyzna pokazuje metalową płaską puszkę ze śladami czarnej sadzy w środku] Tutaj mamy taką puszeczkę, którą się sypało proszek. Nie był to przyjemny zapach, ale musieliśmy wszyscy w pomieszczeniu być i wąchać to, ale mieliśmy takie warunki, jakie mieliśmy. To był proszek produkowany w zakładach chemicznych. Nazywał się pod fajnym tytułem „proszek teatralny”. Był specjalny pan, który zajmował się nami tzn. oddziałem pirotechnicznym, i on nam sprowadzał wszystkie materiały pirotechniczne, wybuchowe. Jeden człowiek oddelegowany był do nas. [Mężczyzna pokazuje prostokątną płytę owiniętą sznurkiem] To jest coś takiego, jeszcze stara taśma jest, nazywała się lasotaśma. Zerwę sznurek, który był potrzebny do zamocowania aktorowi bądź kaskaderowi na pierś, lub na plecy, na nogę. To jest dość ciężkie. Tu był jeden odprysk, później koszula na to szła i prezerwatywa z zapalnikiem. To się rozrywało, rozrywało koszulę i krew szła. Natomiast jak większa była płytka, gdzieś montowałem trzy zapalniki, to już taki człowiek nie musiał grać – on to odczuł tak, że ledwo się podniósł po tym. To się nazywa płytka ołowiana do odprysku na ciele. Tu jeszcze mamy po dawnej krwi. Pamiętam kiedyś, to było przy Akcji pod Arsenałem, to mój pierwszy film samodzielny był, gdzie miałem dość taką dużą płytkę, i oczywiście dużo produkcja nam musiała pomagać. Trzeba było krew załatwić. Przywieźli w kance końską krew z jakimiś farfoclami jeszcze, to było przerażające. Musiałem to nalewać do prezerwatywy, później zapalnik do środka, wkładać, i tu montować. Tu są pozostałości po oryginalnej krwi, bądź krwi charakteryzatorskiej, jak mieliśmy do niej dostęp. Przedtem było ciężko o wszystko. Były takie czasy, gdzie wszystko za dolce kupowali, charakteryzator dostał krew, to też z nami nie chciał się podzielić, a my nie mogliśmy sobie zamawiać, także to była współpraca z charakteryzacją. [Mężczyzna pokazuje składany nóż z czarną rękojeścią] Tutaj mam nóż pamiątkowy Gerlacha. Tu np. był taki nóż, którym robiłem w petardzie otwór, zapalnik zakładałem. To były dobre noże. Za komuny też miałem niektóre rzeczy dobre. To też tutaj zostawiam.
No i dla mnie chyba najcenniejsze rzeczy, które tutaj mam, które przechowałem. [Mężczyzna pokazuje małą metalową pieczęć z brelokiem] Tak się złożyło, że zostało mi. To m.in. referentka, którą dostałem w 1974 roku, gdy się zatrudniałem, z numerem 267 Wytwórnia Filmów Fabularnych w Łodzi. Ta referentka służyła nam wszystkim, każdy miał coś takiego, do plombowania magazynów. Mieliśmy swoje magazyny i w Wytwórni Filmów Fabularnych, gdzie mieliśmy swoje boksy, gdzie przygotowywaliśmy film, to trzymaliśmy tam broń, i musieliśmy to plombować, że jak ktoś się dostał, a przyszedłem rano, i byłaby uszkodzona plomba, to musiałem zgłaszać już to na milicję. Bądź na planie zdjęciowym, gdzie przechowywałem samochód, drzwi plombowałem. Mieliśmy różne magazyny przy filmie, gdzie plombowaliśmy celem bezpieczeństwa mojego, żeby nie było włamania. Jak było włamanie, to wtedy wiedziałem. To była podstawa bytu, takiego bezpieczeństwa. Jakoś przechowało się do dzisiejszych czasów. [Mężczyzna pokazuje dwie prostokątne niebieskie okładki z dokumentami] Następną rzeczą jest książeczka, którą dostałem też w 1974, jak zacząłem pracować, na potrzebę pracownika, co mnie się należało z Wytwórni Filmów Fabularnych jako pracownikowi. Beret, czy ubranie ochronne, rękawice skórzane – to też jest unikatem. Następną historią jest migawka, która upoważniała mnie do tańszych przejazdów z miejsca zamieszkania do Wytwórni Filmów Fabularnych. Dwoma tramwajami musiałem z Dąbrowy dojeżdżać: 14 i 20. Jest pieczątka Wytwórni Filmów Fabularnych, że jestem uprawniony do tańszych opłat za tramwaj. Tu jest legitymacja pracownika z literką „S”, gdzie to jest do specjalnych pomieszczeń dostęp. Specjalne pomieszczenia to jest magazyn broni szczególnie, magazyn materiałów wybuchowych. Magazyn broni mieliśmy na ul. Kopernika przy Lipowej w Komendzie Miejskiej Policji w pomieszczeniach piwnicznych. Tam dzierżawiliśmy od nich te pomieszczenia. Kiedykolwiek chcieliśmy się tam dostać, musieliśmy najpierw iść na dyżurkę policji, tam zdeponowane mieliśmy klucze. Oni nam dawali klucze, my wtedy sobie wybieraliśmy broń potrzebną nam do filmu. To była książeczka, którą musieliśmy zawsze okazywać, że jesteśmy pracownikiem Wytwórni Filmów Fabularnych, stanowisko służbowe i ta literka „S”, że mamy prawo wstępu do tego wszystkiego. Tutaj jedna z przyjemniejszych rzeczy dla każdego pracownika. Po jakimś czasie przepracowania w Wytwórni Filmów Fabularnych dostałem 22 lipca 1981 roku – to było kiedyś święto państwowe – Srebrną Odznakę Pamiątkową Wytwórni Filmów Fabularnych, że byłem już taki zasłużony pracownik. Po jakimś czasie – mam tu też łącznie z odznaką – to był też 22 lipca, rok 1985, Złotą Odznakę.
Pamiętam, jak przyszedłem w 1974 na jesień po służbie wojskowej. Kto tam trafiał do nas? Jakie kryteria były? Przede wszystkim wojsko, bądź milicja. Ludzie, gdy byli żołnierzami zawodowymi, i z jakichś powodów opuszczali wojsko, trafiali też do nas. W większości to byli ludzie tak, jak ja, którzy trafiali po zasadniczej służbie wojskowej w charakterze sapera, gdzie byli w wojsku. Ja byłem pirotechnikiem w wojsku, służyłem na poligonie, wysadzałem niewybuchy i niewypały dwa lata. W ostatnim roku służby, gdzie wychodziłem w październiku, miałem urlop we wrześniu. Przyszedłem do Wytwórni Filmów Fabularnych do działu kadr, i spytałem, czy jest takie miejsce, bo jestem pirotechnikiem, saperem, wysadzam niewybuchy i niewypały-czy w razie czego by było miejsce, jeszcze jako żołnierz. Tym samym zaklepałem sobie miejsce, że jak wyszedłem z wojska, od razu przyszedłem. Tak trafiłem do Wytwórni Filmów Fabularnych, gdzie wtedy było nas 11-12. Zatrudniał mnie bezpośrednio kierownik Wydziału Inscenizacji. Wytwórnia była podzielona na segmenty jak Wydział Budowy Dekoracji, czy obróbka taśmy, czy dźwięk. To był dość duży Dział Inscenizacji, bo tam byli rekwizytorzy, kostiumy, charakteryzatorzy, i my byliśmy, pracownie krawieckie – także to był olbrzymi dział. Kierownik tego działu bezpośrednio zatrudniał ludzi. On dał akcept tego wszystkiego. Jako pirotechnik nie byłem zaangażowany w umowie o pracę jako asystent, czy coś-nie. Ja byłem zatrudniony jako pirotechnik. Jako młody człowiek oczywiście nic specjalnie nie umiałem poza wojskiem z tym, że się znałem na materiałach wybuchowych. Ale to była dobra podstawa z wojska, bo miałem już obycie z tymi materiałami. Natomiast kino to była inna bajka, i musiałem się jakoś wdrożyć w to. Pierwszy film, który robiłem, to zostałem oddelegowany do kolegi na jakiś czas do Polskich dróg. On tam musiał coś gdzieś załatwiać, to ja wtedy byłem na planie, opiekowałem się bronią. On zaczął robić wybuchy, ja podpatrywałem to na początku wszystko, pomagałem mu, przynosiłem, i to były takie początki.
Taka segregacja była, że ja byłem pirotechnikiem, a jeszcze wyżej był starszy pirotechnik. W zależności kto ile pracował lat, to w angażu dostał, że jest starszym pirotechnikiem. Nie wiem, czy to była satysfakcja, bo nigdy na to nie zwracałem uwagi. Następnym filmem, w którym brałem udział jako obserwator czy asystent, to był W te dni przedwiosenne. Reżyserował to Andrzej Konic. Obserwowałem te wszystkie wybuchy, uczestniczyłem w zakładaniu wybuchów. Wtedy nie było czegoś takiego jak materiały miękkie czy efekty specjalne. Wtedy się robiło trotylem, amonitem. To był materiał dość niebezpieczny. Był wypadek lekki na planie. Założyliśmy wybuchy. Kolega, który prowadził pirotechnikę w tym momencie mówił: „Proszę odsunąć się na odległość taką a taką, bo tu będą wybuchy, ktoś może kamieniem zarobić”. Każdy dostał hełm. Reżyser bardzo nie był zadowolony, że musiał chodzić w hełmie. To były hełmy wojskowe, ciężkie, takie toporne raczej. Nastąpił jeden wybuch, drugi, trzeci. Koniec wybuchów, rzucił hełm. Ostatnim kamieniem, który leciał, dostał w głowę. Jeszcze tutaj muszę dodać, że po tym filmie pierwszy film, jako już młody człowiek trochę zapoznałem się z bronią filmową. Byłem o tyle ciekawy, że poprosiłem starszych kolegów, jednego szczególnie, który czuł bluesa do broni, żeby mi pokazał, jak to się rozkłada, jak trzeba wyczyścić. Tak z dnia na dzień, z miesiąca na miesiąc to wszystko jakoś przyswajałem do siebie, i niedługo po tym filmie, który robiłem na poligonie jako jeszcze bardzo młody człowiek, bo miałem 23 lata, nie że dostałem propozycji. Wtedy się nie dostawało propozycji, teraz się je dostaje. Wtedy to było tak, że masz robić film, i jesteś oddelegowany do filmu. Właściwie ja nie miałem nic do gadania, i właściwie kierownik produkcji, czy reżyser, który wtedy robił, też specjalnie nie miał wpływu, jakiego człowieka dostaje, tylko po prostu masz robić ten film, jesteś pracownikiem Wytwórni Filmów, i robisz to. I co mi się tutaj podoba, że nikt nie był zainteresowany tym, żeby np. lewe ręce mieć do roboty. Każdy to robił z pasją. Obojętnie czy był pirotechnikiem, rekwizytorem, w kostiumach, w jakimkolwiek innym dziale-to było dla mnie fenomenem, bo ja przed wojskiem liznąłem trochę fabryki i wiem o tym, że każdy szukał tam jakiegoś cienia-tu nikt nie szukał jakiegoś cienia, każdy grał ochoczo robił to, co lubił-pracę w filmie, każdy robił to, co kochał. Do dziś dla mnie fenomenem jest. Wtedy po dwóch latach niecałych, miałem 23 lata, dostałem propozycję robienia Akcji pod Arsenałem samodzielnie. Gdy przyszedłem do produkcji, przyjechałem do Warszawy na rozmowy wstępne, scenariusz, to jak mnie zobaczył kierownik produkcji, to nie miał za wesołej miny, a jak mnie zobaczył reżyser, to prawie że się przeżegnał. Bardzo młodo wyglądałem, ja robię poważny film, i co wy chcecie. Przemilczeli to jakoś. Skończyliśmy film. Wszystkie następne filmy Jana Łomnickiego ja już robiłem, i ja też go bardzo lubiłem. To był wspaniały człowiek, i jakoś egzamin mi się udało zdać z tego wszystkiego.
To był taki lekki koszmarek komunistyczny, ale to trzeba było przeżyć. Jestem pracownikiem Wytwórni w dziale pirotechnicznym. Moim obowiązkiem było przyjść do pracy na godzinę 8:00, i pracować 8 godzin do 16:00. Ja nie miałem co tam robić, bo magazyny były zaplombowane, materiałów wybuchowych przecież człowiek nie musi się tykać, wszystko było na półkach poukładane. Także my musieliśmy siedzieć od 8:00 do 16:00 w tzw. dyspozycji. Gdy byłem oddelegowany do filmu, już nie musiałem podpisywać listy, i wtedy już nie musiałem się nikomu tłumaczyć, tylko już byłem w kontakcie z Kierownictwem Produkcji Filmów i wtedy byłem w ich dyspozycji i już się z nimi umawiałem. Ja natomiast z Wytwórni Filmów brałem wszystkie materiały, co były potrzebne, urządzenia. Tutaj zaczyna się następne opowiadanie, bo w 1980 robiłem jeden z większych filmów robionych w Europie i Stanach, Mur. Robili to Amerykanie. Mieliśmy zdjęcia na terenie Oświęcimia. Wtedy przyjechali Niemcy, i z nimi musiałem współpracować, bo oni nie mogli wwieźć na teren Polski materiałów wybuchowych, jaki im był potrzebny, i broń. Więc ja musiałem zaopiekować się bronią, w sensie że obsłużyć broń na planie, i materiały wybuchowe. Zobaczyłem wtedy po raz pierwszy na dużą skalę to, co oni mają. Dla mnie to był kosmos. Jak oni zobaczyli co my mamy, i mówi: „Wy robicie filmy?” – „Tak”. Pamiętam jak dziś, miałem Syrenkę, a on miał Volkswagena. Jak ja przyjechałem Syrenką, to popatrzył tylko: „Gut maszyna”, ale jak pokazał mi Volkswagena z elektroniką, to nawet nie zdawałem sobie sprawy, że może być taki samochód. Takie porównanie dałem, dlatego że jak oni wtedy byli, zobaczyłem tak naprawdę, jak można pracować, i że my robiliśmy w tych latach, że cokolwiek robiliśmy w Polsce, to było jakimś fenomenem nie do opisania. Nawet teraz nie umiem sobie wytłumaczyć, jak ja robiłem te filmy. Bo później miałem samochód, już od lat dziewięćdziesiątych, w pełni wyposażony, prywatny oczywiście, w narzędzia, we wszystko, warsztat, gdzie mogłem wszystko naprawić-broń, która się zacięła, wszystko. Osobne szafki na zapalniki, na to, na tamto. I że my kiedyś robiliśmy te filmy, ale robiliśmy i były piękne. I chyba z tego należy się cieszyć, że udało nam się zrobić te filmy. To we wszystkich dziedzinach, nie tylko pirotechnicy. Muszę tutaj dodać dlaczego ten oddział powstał. Poznałem pirotechnika, gdzie ja przyszedłem, to on jeszcze pracował 4 czy 5 lat, nazywał się Henryk Piotrowski. On robił Zakazane piosenki, i on mi opowiadał o tym wszystkim, jak to wszystko powstało. Robili pierwszy polski film, i nagle okazuje się, że na planie zdjęciowym musi być broń, materiał wybuchowy, żeby zrobić jakiś wybuch, dym, efekt pirotechniczny. Nagle o wszystkich pamiętano – o kamerze, o wózku, drabinie – ale zapomniano o nas, pirotechnikach, że taki zawód też istnieje. Wtedy poprosili wojsko. Ten chłopak był w zasadniczej służbie wojskowej i obsługiwał film Zakazane piosenki. Po tym filmie zainteresowała się nim nasza dyrekcja, czy kierownictwo Wytwórni, które powstało. On był jako pierwszy pirotechnik, i zaczęli organizować nasz dział. Oczywiście to był zapomniany dział, dlatego że mieliśmy co prawda magazyny broni, pirotechniczne, ale nie mieliśmy nigdy warsztatu rusznikarskiego, gdzie mogliśmy przebywać tam, naprawić coś. Wszystko na planie się naprawiało, bądź zlecało się komuś. Nie do końca to było wszystko przemyślane, ale jakoś to działało. W Polsce zawsze słowo „jakoś”. Jakoś to działało. Nie chcę porównywać do naszych obecnych czasów, ale jakoś wtedy to działało i jakoś to wychodziło, czasami nawet dobrze wychodziło.
Mieliśmy dość sporo czasu, bo musieliśmy być od 8:00 do 16:00, i raczej nie bardzo można się było wymknąć wcześniej. Jakieś głupie uwagi były, bądź można było stracić premię kwartalną. Rozrywką były dwa bary, jedna jadłodajnia, czy stołówka. Bar przede wszystkim „Tramwaj” słynny, gdzie grupy produkcyjne, aktorzy przesiadywali, my często byliśmy, kaskaderzy tam niedaleko popłynęli, także my też zajmowaliśmy jakieś stoliki. Zawsze można było rano wypić ciepłe mleko, czy zjeść bułkę z jajkiem. Był też bar w dźwięku, przesympatyczna osoba, gdzie zawsze chodziliśmy na kawę, herbatę, bądź jakieś drugie śniadanie. Czasami dokuczała mi taka bezczynność, to brałem kolegę, gdzie otwierał mi magazyn, tam mieliśmy jeden magazyn broni niestrzelającej w Łódzkim Centrum, gdzie mi pokazywał, jak się rozbiera, ale to rzadkością było, bo to było wszystko pod plombą, wszystko było zamykane. Natomiast zostałem prawie że, nie chcę się chwalić, ale nie byłem czempionem, orłem, ale jednym z lepszych graczy w szachy. Było nas ileś osób na przestoju, więc musieliśmy coś robić. Alkoholu nie piło się, ale graliśmy w szachy. Do Wytwórni szło się na godzinę 8:00, przychodziło się – w moim wypadku – do Działu Inscenizacji i podpisywało się listę. Niewskazane było się spóźniać, bo to było źle widziane to raz, a dwa, że każdy pracownik jak my, pirotechnicy – każdy miał jakąś pensję i premię kwartalną, to zawsze można było uciąć. My zawsze byliśmy na pensji przy filmie. Przyjeżdżając do filmu nie miałem jakiejś umowy zlecenia, czy umowę o dzieło. Dostawałem pensję z Wytwórni, i byłem pracownikiem Wytwórni. Moim dodatkowym zarobkiem było to, że miałem godziny nadliczbowe. Przy filmie nie sposób mieć godzin nadliczbowych, bo skoro jechałem rano do Warszawy, i później byłem na planie, to musiałem mieć jakieś tam godziny. Jak miałem 2-3 godziny dziennie godzin nadliczbowych, to w miesiącu mi się zebrała druga pensja. Dla mnie to był dość spory zastrzyk finansowy. Jak porównam dzisiaj, to mój zarobek oscylował w średniej krajowej, jak nie lepiej w tamtych czasach, oczywiście przy godzinach nadliczbowych, także opłacało mi się wyjeżdżać. Natomiast ludzie, którzy pracowali na stałe w Wytwórni – stacjonarnymi pracownikami ich nazywaliśmy – to oni mieli może odrobinę wyższe pensje od nas. Ale my jeszcze mieliśmy nagrody od filmów. Jak robiłem jakiś film, to później ten film przelewał Wytwórni jakieś tam pieniądze, i jeszcze dostawaliśmy jakieś nagrody od filmu. Tak to wyglądało od strony pracownika. Dostawaliśmy jeszcze, tutaj książeczkę pokazywałem, co nam się należało każdej grupie zawodowej. Do tego do obsługi nas, pirotechników, było zatrudnione ileś tam osób. Było tam trzech dyrektorów, kierownik, zastępca kierownika wydziału, zaopatrzenie, gdzie musieli nam kupować to, co zamawialiśmy jako materiały pomocnicze do filmu. Grono osób brało udział w tym wszystkim. Po 1990 roku okazuje się, że ja mogę być dla siebie dyrektorem, kierownikiem, zaopatrzeniowcem, pracownikiem, sprzątaczką, i jeszcze miałem luz czasami. Takie zmiany nastąpiły.
Przedtem mieliśmy opiekę milicji. Zanim trafiłem w ogóle na plan filmowy, to Wytwórnia wystosowała pismo do Komendy Wojewódzkiej Milicji Obywatelskiej na Lutomierskiej, czy taka osoba może być zatrudniona jako pirotechnik i mieć dostęp do materiałów wybuchowych i broni. Oni robili wywiad środowiskowy i po jakimś czasie, chyba trzy miesiące to trwało, sprawdzali niekaralność, wszystko – wydali decyzję, że mogę pracować. Natomiast milicja później, co jakiś czas robiła na mój temat wywiad środowiskowy. Pytała o sąsiadów, były takie momenty. Raz miałem taką przygodę, że w jednej posesji mieszkała też osoba o tym nazwisku, i mówi: „Czy znacie państwo takiego i takiego” – „Tak, a to pijaczek taki trochę”. Okazuje się, że to jest sąsiad z dołu. To nie tylko tamte czasy, bo te czasy też, lata 2000, do Bitwy warszawskiej chociażby robiłem, gdzie brałem dość dużo mocnych materiałów wybuchowych – też policja przychodziła. Gdzie mieszkam teraz, już poza Łodzią, i też wywiad środowiskowy robiła, czy wszystko ok. Także nie były to tylko tamte czasy, że nas tak sprawdzali. Kierownictwo produkcji składało zamówienie na usługę. Wspólnie na podstawie scenopisu scenariusza z drugim reżyserem, bądź produkcja po rozmowie z drugim reżyserem czy reżyserem, robiła spis rzeczy, które chciałaby mieć u siebie. Wykaz broni potrzebnej i przewidywana ilość amunicji. Później efekty pirotechniczne, na której podstawie ja już robiłem wykaz – co ja bym chciał mieć, żeby uzyskać taki efekt. Składałem takie zamówienie do Wydziału Inscenizacji, pisaliśmy to na piśmie, np. 10 sztuk, to 10 numerów broni. Pisało się takie pismo do Komendy Wojewódzkiej Milicji Obywatelskiej chyba w 6 egzemplarzach, i oni za 3 dni nam dali odpowiedź, że się zgadzają na wywóz broni od-do w dniu tym i tym do tego dnia do miejscowości takiej. Odpowiedzialny z ramienia Wytwórni jest Kazimierz Wróblewski, odpowiedzialny z ramienia kierownictwa jest kierownik produkcji, nazwisko i imię, bądź drugi kierownik produkcji, gdzie on zobowiązany jest się mną zaopiekować od początku do końca z materiałami.
Wtedy przyjeżdżałem do Warszawy. Brałem samochód z Łodzi, który był dostosowany, jak miałem większy film, i z kierowcą, bądź samą broń, to dostawałem samochód z Warszawy, czy z Wrocławia, bądź samochód przez nich wynajęty. Musiałem podać też numer samochodu w zezwoleniu – tu musiało wszystko być dokładnie wypisane: nazwisko kierowcy, wszystko. Tą broń albo deponowałem gdzieś do magazynu, który był specjalnie dla mnie wynajęty, i później właśnie referentka, plombowałem magazyn, żeby nikt nie wchodził. Miałem też wiele razy takie coś, że wynajmowali ochronę, stawiałem samochód, i on pilnował całą noc samochodu na terenie zamkniętym. Procedura wydawania broni była taka, że na planie miałem książkę wydawania broni, i zawsze to powtarzałem kierownikowi produkcji, że nieważne, czy to jest aktor pierwszej półki, ostatniej, czy statysta – ma pokwitować broń. Nie pokwituje, nie wydaję, bądź niech wynajmą człowieka, który opiekuje się aktorem i bierze odpowiedzialność za broń. Zawsze mówiłem – z artykułu takiego i takiego za zaginięcie broni grozi ileś tam lat. Dużo osób się burzyło, ale zawsze było ok. Miałem ostatnio taki incydent w Karbali. Gwiazdorzy? Nie ma gwiazdorów – kwitujemy, ja nie będę odpowiadał za to, że ktoś zostawił. Za wszystko ja odpowiadałem, i jak ktoś czegoś nie dopilnował, ja bezpośrednio ponosiłem odpowiedzialność karną za broń i materiały wybuchowe. Trzeba było podpis, ktoś zdaje broń, też podpis, zdał broń, i wszystko jest rozliczone w dniu dzisiejszym. Codziennie taka procedura istniała. Był taki moment, że robiłem film Polonia Restituta, gdzie dziennie musiałem wydać około 300 sztuk, także musiałem trochę wcześniej przyjeżdżać, i nie było zmiłuj się – trzeba było procedurę całą wykonać. Przedtem zaginięcie broni, i teraz, było czymś niewłaściwym, karalnym. Mamy przepisy a propos broni, jaką mamy, i musimy się do nich stosować.
Zawsze się śmieję, czasami, że jak ktoś pytał o dawniejsze czasy, o grę aktorską. Wcześniej aktor właściwie nie musiał grać, jak były efekty pirotechniczne – musiał uciekać i tą ucieczką grał z przestrachem na buzi. Później zdarzyło mi się powtórzyć taką akcję, bo w latach siedemdziesiątych-osiemdziesiątych robiliśmy dużo filmów wojennych i wtedy robiliśmy dużo wybuchów. Wtedy to nie było nic śmiesznego, tylko naprawdę to były rzeczy poważne, i jak były wybuchy, to każdy naprawdę się krył, i każdy musiał uważać na siebie, czy to aktorzy, statyści, czy kaskaderzy, nawet ekipa. Pamiętam wysadzałem Fort 13, taki film robiłem, oryginalny fort betonowy. Pamiętam, jak musiałem oceniać odległości, które będą bezpieczne dla wszystkich. Reżyser, zresztą bardzo przesympatyczny, Grzegorz Królikiewicz, uparł się na to – on chce pokazać ten fort, który wylatuje w powietrze. To był jeden z ostatnich dni zdjęciowych. Wszystkie materiały wybuchowe, które miałem, przeznaczyłem na to, żeby wysadzić ten fragment fortu. Usunęliśmy wszystko, oddaliliśmy się w jakiejś odległości. Niedaleko był jakiś budynek. Milicja nam zabezpieczyła teren, mieszkańców tego budynku na chwilę wyprowadzili, i nastąpiła detonacja. Była tak silna, że kamienie, które poleciały, to trochę dachówek zleciało z tego domu – oczywiście wszystko uregulowali, bo powiedziałem, że jest taka możliwość. Co reżyser chciał tym osiągnąć? On myślał, że na koniec realizacji filmu dostaniemy się do ukrytych magazynów z I wojny światowej, i tam może będzie jakieś wino, napoje alkoholowe. Gdy podbiegłem jako pierwszy, za mną jakiś milicjant i jeszcze ktoś z filmu, odkryliśmy, że tu jest szambo. Byliśmy bardzo niepocieszeni. To był jeden wypadek, a drugi wypadek – robiłem film Trójkąt bermudzki, Wojtek Wójcik był reżyserem, i finałową sceną jest wysadzenie schroniska w Dolinie Kościeliskiej. Też dostaliśmy zgodę na to, gdzie później okazało się, że to był jeden z punktów spornych całej naszej akcji. Oczywiście reżyser chciał podejść jak najbliżej, więc zabezpieczyliśmy to podkładami kolejowymi. Kamera obudowana, on blisko tego budynku. Całą noc minowałem to wszystko. Rano wstrzymany był ruch w górach. To było naprawdę bardzo duże przedsięwzięcie. Nagle jesteśmy na radiu – wybuch. Oczywiście trzy kamery. Reżyser był tak podniecony tym wszystkim, że nie schował się. To wszystko poszło w górę. Dach był ze sklepek takich, to jak motyle latało to wszystko. To było coś fantastycznego. Udało mu się przeżyć to, ale ja takich momentów w życiu naprawdę miałem dużo. Dlatego może już nie pracuję. Takich przeżyć, jak to, niebezpiecznych, to miałem właściwie co film. Powiedziałem o grubszej trochę sprawie, że on zapomniał się schować. Jakby dostał taką belką. Nie sposób każdego uwiązać.
Powiem o takim pierwszym stresie. Jestem na planie zdjęciowym, mam pistolet, ma parę razy strzelić. Robiłem też Kryminalnych chociaż przy tym filmie. A to się wczuwa w akcję, gra, strzela. Ten pistolet naprawdę strzelał. Daje energię. Oczy inaczej grają, jak jest prawdziwy strzał. I nagle się zacina, a mnie serce już tak. Chyba najgorsze przeżycie, jakie miałem w życiu z bronią, to było przy Pianiście. To była nieopisana historia, nie wiem, czy nie odchorowałem tego. Był taki moment w filmie, że niemiecki oficer dobija jeńców, przykłada pistolet do głowy, i strzela mu w głowę z parabelki. Tam efektami pirotechnicznymi, bronią w Niemczech zajmowała się ekipa niemiecka, do Polski na większość filmu też część ekipy od nich przyjechała, ale bronią w Polsce zająłem się ja, i byłem asekuracyjnie z efektami pirotechnicznymi, miałem też wszystkie materiały w razie czego. Kierownikiem produkcji był pan Michał Szczerbic, i on zawsze się zabezpieczał na wszelkie sposoby, żeby mieć zdublowane wszystko. Producentem był słynny Lew Rywin. Kierownik produkcji mnie poprosił – ja później dopiero zrozumiałem, dlaczego Niemcy to nie chcą robić, po prostu łatwiej im było scedować na nas, na Polaków, a konkretnie na mnie, że ja się zgodziłem – żeby zrobić pistolet taki, żeby strzelił w głowę, łuska wylatywała. Trzeba było specjalnie przerobić pistolet, specjalnie dobrać proch, żeby cała maszyneria w pistolecie działała. Operatorem był Paweł Edelman, mówię do Pawła Edelmana: „Może zróbmy to na dwa razy, czy coś” – „Reżyser tak chce, żeby siedem strzałów było, i żeby wszystko działało”. Zrobiliśmy ujęcie, poszło, padło siedem strzałów. Najszczęśliwszy z ludzi byłem wtedy do momentu, gdy reżyser powiedział: „Robimy dubel”. A to była tak skomplikowana rzecz wtedy. Zrobiliśmy wtedy 3 czy 4 duble, i bez żadnej awarii. A serce miałem na ramieniu. To było chyba moje największe przeżycie z bronią, gdzie chodzi o stres oczywiście. Stres powiązany był cały, zresztą nie tylko u mnie. Każdy, kto wykonywał ten zawód, przeżywał to samo i miał ten sam stres. Moi koledzy, którzy odchodzili na emeryturę, bądź nie odeszli, bo nie zdążyli, bo przedwcześnie zmarli – nikt nie dożył chyba więcej, niż 60-parę lat, jeden dożył 72, to był wyjątek. Reszta nas jakoś tak szybko się zwijała.
Parę było takich filmów, gdzie byłem zadowolony. W ogóle byłem zadowolony prawie z każdego filmu, z którym się znalazłem. Spotkałem mnóstwo wspaniałych ludzi, twórców. Nie wiem, czy możecie Państwo wyciąć, co powiem. W każdym bądź razie jak zaczynałem pracować w latach siedemdziesiątych, to ci twórcy, i zaraz po wojnie ci twórcy, którzy byli wtedy jak Konic, Kawalerowicz, Has, Wajda – przecież oni w Wytwórni – widziałem to jeszcze w latach siedemdziesiątych. To oni byli bogowie. Do nich normalny człowiek nie mógł podejść bez kija. Oni stworzyli sobie warunki bogów. Operatorzy może nie byli tacy bogowie, ale prawie. Później dość długo pracowałem po latach siedemdziesiątych-osiemdziesiątych, gdzie spotkałem później reżyserów wspaniałych – młodych ludzi, którzy kończyli naszą łódzką Szkołę, wspaniałych ludzi, operatorów, gdzie nie byli bogami, tylko normalnymi ludźmi, z którymi rozmawiałem na równi. Wtedy wspólnie coś robiliśmy, i to było najpiękniejsze, bo wtedy ja mu mogę powiedzieć, co mogę zaproponować. Nie, tamci byli bogowie, do nich się nie zbliżaj. I Smarzowski, z którym robiłem, czy operatorzy – czy Idziak czy ktokolwiek – to niesamowici ludzie, gdzie można normalnie. Były też inne czasy. Te czasy o tyle się różniły od tamtych wytwórnianych, że właściwie nie miałem za dużo nic do powiedzenia, gdzie chciałbym pracować. Jestem po prostu pracownikiem, jestem oddelegowany. Był taki wypadek, że po Akcji pod Arsenałem i jeszcze jakimś filmie, kierownik produkcji tak się starał, żebym ja był przy jego następnym filmie, ale nie. Tutaj w Łodzi powiedzieli nie, może ktoś miał w tym interes, że ja byłem gdzie indziej, a tam odesłali, że zagraniczny był, że to, tamto. Mnie nigdy nie zależało na żadnych apanażach. Dla mnie liczyła się też frajda z pracy. Wszystko było dziełem przypadku. Przedtem zatrudnienia. Później dużo pracowałem w produkcji pana Michała Szczerbica, a on był jednym z wiodących kierowników produkcji. Później po nim przejął to Andrzej Beszta, który do tej pory jest. Robiliśmy Karbalę, gdzie naprawdę to było wyzwanie, żeby zrobić za nie specjalnie duże pieniądze jakiś film, który naprawdę będzie fajny.
Taka niepisana czy pisana definicja, to może jest przynależność grupy zawodowej do jakiegoś działu. Np. w pewnym momencie przy Bitwie warszawskiej podszedł do mnie Sławomir Idziak i mówi: „Słuchaj, ty już nie jesteś w żadnej scenografii, tylko jesteś u mnie w dziale operatorskim”. Wydział Inscenizacji jako całość był wpisany w scenografię. My byliśmy jako to tło scenograficzne i inscenizacyjne. Natomiast operatorka to już bardziej wózkarze, oświetlacze, asystenci, to już trochę inna bajka. Ale zdani byliśmy na współpracę z operatorami, bo bez dobrej współpracy z operatorem, to w ogóle nie ma kina. Jeszcze druga osoba na planie, to jest w zależności, kto jaki ma kontakt z tym drugim człowiekiem, to jest albo reżyser bezpośrednio, albo drugi reżyser, który ma w sobie coś takiego, że „ma jaja”. Spotkałem np. dużo drugich reżyserów, gdzie prowadziło cały plan. Zaczynał teraz tak Marek Brodzki, który jest teraz reżyserem, a on jako drugi reżyser – robiłem z nim usługi zagraniczne i filmy polskie – gdzie on był niezastąpiony na planie. On był alfa-omega, prowadził wszystko, łącznie ja z nim, to wystarczy rękę pokazać, i już wszystko wiedziałem. To były wspaniałe rzeczy bez słowa czasami. Na tym polega fajna praca z kierownikami produkcji o tyle, że kierownik produkcji… Zawsze uważałem, że dobre przygotowanie przed filmem w okresie przygotowawczym, wszystkie materiały, każdy tekst i materiał pirotechniczny do tego, i wszystko mam w segregacji do danej sceny. Okres przygotowawczy to jest pół sukcesu filmu, i zawsze to powtarzałem. Jak się dobrze przygotowuje film, to później jest efekt tego, że szybko idzie, dobrze, sprawnie i nie musimy czekać na nic, i mam wszystko, co potrzeba.
[Plansza z napisem Wybuch na planie filmu „Nic śmiesznego”]
Ta opowieść jest prawdziwa, bo o niej opowiadał człowiek, z którym byłem zaprzyjaźniony, to nie jest żadną tajemnicą. Nazywał się Ryszard Ochocki, i on to robił. To była autentyczna opowieść. Założył na planie ładunki wybuchowe, a ja też niejednokrotnie most wysadzałem, wiem jak to się robi, i fajne rzeczy się robi. On zaminował ten most, wtedy nie było czegoś takiego jak walkie-talkie, tylko wszystko na krzyki, hasła, sygnały dźwiękowe, bądź ruchowe. On się też umówił z reżyserem, czy kierownikiem produkcji, że na dany jego sygnał ma to wysadzić. Przyjechał kierownik produkcji: „Jestem umówiony z reżyserem, mam machnąć ręką”. Machnął ręką, i most walnął, w powietrze poszło. To jest historia prawdziwa, że ktoś jeden drugiemu zjadł nieświeżą kolację tego wieczoru, i często wchodził do toalety tego wieczoru, a toaleta była jeszcze taka witrynka. Petardę położył. Poszła taka mała detonacja. Ale to było z nudów na planie czasami. Nie robiłem żartów pirotechnicznych na planie. Nie mówię, że jestem smutną osobą, bo bardzo lubię się uśmiechać i śmiać. Zawsze uśmiech powinien towarzyszyć człowiekowi, bo wtedy jest przyjemnie pracować, praca się inaczej układa. Ale nie gustowałem w żartach tego typu, tak to powiem.
