Transkrypcja rozmowy w formacie.docx
Czarna plansza. Na górze pośrodku logotyp Muzeum Kinematografii w Łodzi w postaci czarnej taśmy filmowej. Rozwija się od dołu ku górze, do dołu i znów zakręca do góry i do dołu. Tworzy literę ‘M’. Po prawej stronie, wzdłuż litery ‘M’ w trzech rzędach, jeden pod drugim, czarny napis prostą czcionką. ‘Muzeum’, ‘Kinematografii’, ‘w Łodzi’. Pierwsze litery słów ‘Muzeum’, ‘Kinematografii’ i ‘Łodzi’ są wielkie.
Poniżej logotypu biały napis:
Małgorzata Pieczyńska
Aktorka
Plansza znika, na ekranie pojawia się kobieta w średnim wieku, siedząca na krześle. W tle ściany pokryte ciemnym drewnem. Za kobietą, po jej prawej stronie znajduje się przejście do następnego pomieszczenia. Miejsce jest oświetlone w ciepłym tonie. Kobieta ukazana jest od pasa w górę. Ma na sobie białą koszulę. Ma czarne włosy opadające na ramiona.
Małgorzata Pieczyńska, aktor dramatu, nie, magister sztuki, specjalność, aktor dramatu o tak to było.
[Biała plansza. Pośrodku czarny napis prostą czcionką: Jak została Pani aktorką?]
Chyba już od dziecka po prostu wiedziałam, że muszę być aktorką . Chyba tak byłam wtedy wychowana, że to, że nie ma żadnych ograniczeń, że mogę spróbować wszystkiego, że nie ma, nawet nie ma czegoś takiego, że to jest tylko dla dziewczynek albo coś jest tylko dla chłopców, tylko wszystkiego dziewczynka może spróbować i o wszystkim zamarzyć i prawdopodobnie się dużo spełni, więc bez takich ograniczeń z taką z takim imperatywem wewnętrznym postanowiłam zdać do szkoły teatralnej, uprawiając teatr amatorski od pierwszej klasy szkoły podstawowej. I po prostu zdałam. No i zdałam i znalazłam się w szkole teatralnej. Bardzo szybko dostałam propozycję zagrania w teatrze u Zygmunta Hübnera, co było bardzo dużym wyczynem, dlatego, że był Stan wojenny i ta mapa teatralna się bardzo zawęziła. Na przykład Gustaw Holoubek czy Adam Hanuszkiewicz zostali wyrzuceni ze swoich dyrektorskich posad w Teatrze Dramatycznym i Teatrze Narodowym. Ich miejsca objęli jacyś funkcjonariusze i za sobą pociągnęli, za nimi wyszli też aktorzy, razem z nimi, jakby wyszli z tych teatrów aktorzy. To były dziesiątki aktorów, którzy nagle musieli szukać pracy w warszawskich teatrach. Czyli wyobraźcie sobie państwo, czy wyobraź sobie widzu, że nie było miejsca dla debiutujących aktorów, po prostu nie było takiej możliwości, ponieważ wszystkie miejsca na mapie teatralnej Warszawy zajęte były przez aktorów, którzy wyszli z teatru za Hanuszkiewiczem czy za na przykład Holoubkiem także to, że ja dostałam propozycję debiutu w Teatrze Powszechnym u Zygmunta Hübnera było czymś absolutnie wyjątkowym. No i jakoś wykorzystałam tę sytuację. Najpierw zadebiutowałam, a potem po premierze dostałam angaż w tym teatrze. Pierwsza sztuka to było „Mefisto” według Klausa Manna, a w międzyczasie, no to była szkoła teatralna i była propozycja zagrania w Wiernej Rzece u Tadeusza Chmielewskiego. No i to tak, powiedzmy, że byłam zafascynowana teatrem i nie za bardzo mi się chciało grać w filmie, ale pamiętam Aleksandrę Śląską, która zresztą była z Teatru Ateneum w Warszawie. Żona Warmińskiego, bardzo wielka, wielka gwiazda i ona mi powiedziała coś takiego: „Wiesz, Małgosiu, że ekranizację powieści robi się raz na pokolenie, najczęściej. A czasami się po prostu raz robi taką ekranizację i w związku z tym jak masz taką propozycję i uważasz, że ten scenariusz jest dobry, reżyser jest bardzo markowy. No to w takim razie musisz, musisz to zrobić, musisz iść w to, bo inaczej to jest zmarnowane wielka, wielka szansa”. I tak jakoś wolałam, wolałam u Zapasiewicza grać wtedy w szkole Widmo matki na trapezie i naprawdę się wyżywać teatralnie, ale poszłam w to. Pamiętam, że pierwszy dzień zdjęciowy był jakiś potworny mróz, jakaś taka scena była plenerowa, i że tę scenę przekręcaliśmy na koniec filmu, no bo okropnie zagrana przeze mnie, ale nic mi na to nie zwrócił uwagi Chmielewski, powiedział że wszystko dobrze, wspaniale. Tylko nie wiem, dlaczego ją potem przekręcaliśmy? No wiem dlaczego, dlatego, że była okropna, jednak byłam bardzo zestresowana, jakoś podejrzewam, że coś tam źle musiałam robić, a potem, w zasadzie on mnie wszystkiego nauczył i pamiętam, że taka była scena, że trzeba kopać grób dla powstańca. To była taka wielka moja podstawowa nauka aktorstwa filmowego i on powiedział dobra, to będziesz kopała ten grób, to rekwizytorzy wykopią ten grób. Coś tam mówię, nie, nie, ja wykopię ten grób, ja wykopię ten grób, bo jest styczeń, jest zima i ja sama, Salomea miała wykopać grób dla powstańca. W związku z tym ja muszę wykopać ten grób. I on mówi: „Tak? Proszę bardzo, kamera”. Ja wbijam tę kamerę [łopatę] w tę skabaloną ziemię i to po prostu o milimetr nie idzie. I wbijam dalej. I po prostu, a on nic no kamera idzie tak, każdy metr taśmy dolara to nie były łatwe czasy, naprawdę metr Kodaka kosztował dolara, to był majątek, zarabiały się 40 $ miesięcznie, więc naprawdę to był stres. I po prostu zaczął mi łzy ciec po twarzy, że po prostu z tej bezsilności potwornej. I on: „Dobra, kamera stop” i dalszy ciąg sceny przychodzi sługa to grał Franciszek Pieczka i ja po prostu go błagam, żeby on pomógł mi wykopać ten grup. A on nie chciał oczywiście jako sługa tak, nie chciał. I pamiętam, że miałam go uderzyć w twarz i ja mówię, no ale „jak ja mogę pana Franciszka Pieczkę uderzyć w twarz?”, „no masz tutaj kaskadera to teraz walnij tego kaskadera w twarz, tak że prosto z liścia, porządnie”. Na próbę tak po prostu uderzyć człowieka w twarz, nie, „dobra, no to po prostu uderz pana Franciszka Pieczka będzie kamera i pamiętaj, że on nie chce kopać tego grobu. Ty masz go uderzyć w twarz, tylko nie w ucho. Pamiętaj tylko w twarz”. I ja po prostu jak mu odwaliłam w twarz to się prawie zatoczył to było straszne po prostu. ”No amatorka” zaczął za mną wołać, że „gdzie jest ta amatorka” od tego czasu, ale bardzo się kochaliśmy oczywiście, ale po prostu ja to zrobiłam no tak jakbym no tak naprawdę. No i taka była wielka szkoła, że po pierwsze prawda tego oddechu, prawda tego mrozu, prawda tej bezsilności. Tej niemożności wykopania tego grobu, ta jego odmowa i to uderzenie w twarz, które powoduje, że ja zaczynam bardziej płakać niż jego boli, bo ja się przeraziłam, tym co ja zrobiłam i też prywatnie się przeraziłam i to była Salomea i ja wtedy po prostu dotknęłam tego tak naprawdę, że to musi być fizyczne, wiarygodne i że właśnie takie jest, aczkolwiek potem miałam drugą lekcję, też Tadeusz Chmielewski powiedział, że to nie wszystko musi być tak prawdziwie. „Teraz ten grób wykopią, nie myśli, że pan Franciszek będzie kopał ten grób. Chyba zwariowałaś? Będą kopali rekwizytorzy ten grób przecież”. I mówi „a jak myślisz, że Jagnę w Chłopach wywozili na kupie gnoju ze wsi, to że co panią Krakowską posadziliśmy na kupę gnoju, chyba by się zdziwiła” jakby no faktycznie chyba nie. No właśnie tak, że to nie zawsze jest dosłownie tak jak w życiu, ale jak się złapie tę fizyczność, ten jeden moment prawdy, to potem już wiadomo do czego ma się zmierzać i wydaje mi się, że w tym miejscu to była taka moja pierwsza szkoła i w teatrze też. Próbuję, próbuję, próbuję i zdarza się jedno zdanie, jedna scena, jedno spojrzenie, coś jednego takiego prawdziwego i wiem. Aha, to jest ta postać i teraz wszystko inne do tego momentu trzeba dopasować, bo to było naprawdę tak, że takie były te. Nauki.
Jechałam do Łodzi, pociąg siódma rano, 7:00 czy 7:20 były te pociągi, wszyscy, cała Warszawa jechała, wsiadam do przedziału, przyszła i siedziała piękna kobieta w tym przedziale i mówi: „Gdzie jedziesz?”, ja mówię: „No do Łodzi”, „A co masz zdjęcia?”, ja mówię: „No mam zdjęcia”, „A ty?” „Ja mam zdjęcia próbne” – ona mówi, „A do czego masz zdjęcia próbne?” „Do Thais”. Ale to nie była ta dziewczyna, która zagrała Thais. To była prawdziwa tancerka, Małgosia Potocka, która została moją przyjaciółką. To jeszcze muszę to opowiedzieć, bo od tego się zaczęło mój debiut teatralny od tego momentu i mówi: „A co tam będziesz grała?”, „A ja tam gram w Wiernej Rzece”, „A, już grasz? Ja bym chciała zagrać tą Thais, bo to jest tancerka. Ja bym se chciała to zagrać bo ja wiem jak to zrobić. A w teatrze coś robisz?” Ja mówię: „No próbuję”, „Co?” „Taką tancerkę księżniczkę Tebab. Taki taniec erotyczny. Tadeusz Huk gra Mefisto, ja gram taką prostytutkę, czarną. No według Klausa Manna Mefisto adaptacja sceniczna.” „No i co robicie?” „No taki taniec erotyczny robimy” „Jaki taniec?” „No to flamenco, bo to jest najbardziej erotyczny taniec” i ona mówi: „Nigdy w życiu nie zatańczysz flamenco”. Ja mówię: „no ale jak możesz tak mówić? Przecież my to ćwiczymy z takim wspaniałym choreografem” „W życiu nie zatańczysz flamenco, żeby zatańczyć flamenco, trzeba być flamenco. Nie masz szans, ośmieszysz się, ale jak chcesz tanieć erotyczny, to ja ci ustawię.” Ja mówię: „Ale jak?” „No bo ja ustawiam tańce erotyczne na statkach, w Folies Bergère, gdzie chcesz”. No wielka choreografia, specjalistka od takich show, między innymi erotycznych. „Ja mówię: „Ale jak mi ustawisz?” „No ja ci ustawię taniec erotyczny zaproś mnie na próbę, to ci pokażę.” Ja idę do Hübnera, bo to flamenco coś tak wychodziło, ale nie tak, nie powiedziałabym, żeby tak całkiem było, było takie wyćwiczone i mówię: „Panie dyrektorze, bo ja taką dziewczynę poznałam w pociągu i ona powiedziała, że ona by nam może ustawiła taniec erotyczny z Tadziem Hukiem.” „Co?” „No bo ona ustawia tańce erotyczne, gdzieś na statkach i w ogóle Folies Bergère, ma tancerki, prowadzi taki klub tango coś tam.” „Jak chcesz to niech przyjdzie na próbę, zobaczymy.” I ona przyszła i wymyśliła taką choreografię, która mi zrobiła rolę. To był właśnie dokładnie ten moment, kiedy ja wiedziałam, że ja jestem na swoim miejscu, to mi powiedziała ty jesteś tancerką, to jest związek sado-maso, on jest maso, ty jesteś sado, więc czarne skóry, pejcz. I po prostu taniec z pejczem, ale to było nieprawdopodobne ten Tadzio, że on nie oberwał ode mnie tym pejcz to było po prostu cud, ale to było precyzyjnie od pierwszej sekundy na scenie wymyślone z dźwiękiem, był cały dialog prowadzony, jakieś przerzuty, salta. Ten pejcz, to było niezwykłe, zupełnie i oczywiście ja od tego momentu wiedziałam, kim jest księżniczka Tebab. To było trafione w dziesiątkę, dzięki tej Małgosi i no oczywiście potem wszystkie inne sceny były podporządkowane już temu temperamentowi, tym środkom wyrazu to już było trafione w dziesiątkę i dostałam wtedy angaż do Powszechnego, dzięki temu debiutowi i pamiętam, że Kydryński napisał jakąś tam recenzję, pierwsza recenzja i potem w jakichś tam tygodnikach, jakieś moje zdjęcia na pierwszej stronie pamiętam, że jechałam znowu do Łodzi i na okładce, bo ja tak z tą okładką siedzę, żeby wszyscy widzieli, że to ja na tej okładce to ja, ale nikt nie kojarzył, że to ja kompletnie, [śmiech] bardzo byłam zawiedziona, ale to była entuzjastyczna też recenzja, więc to było fajne, to była taka pierwsza szkoła aktorstwa, taka prawdziwa, właśnie dlatego, że szkoły dużo nie zaznałam. Co prawda bardzo dużo inspirujących zajęć miałam z [Zbigniewem] Zapasiewiczem i bardzo dobrze wspominam Janka Englerta, on był pierwszy rok wtedy w szkole teatralnej, był nauczycielem i Łomnickiego oczywiście, Łomnicki niezapomniany zupełnie. Także miałam super nauczycieli ja to traktowałam jako inspirację, może trochę techniki wprowadzał właśnie Janek Englert był bardziej taki techniczny. Ja miałam też zajęcia z Aleksandrą Śląską, to była jedyna prawdziwa analiza tekstu. Ona kazała nam na marginesie przy wszystkich dialogach pisać, co tak naprawdę myślę, dlaczego mówię tylko to, co jest napisane, ale tak naprawdę w głowie mam bardzo dużo do powiedzenia, ale mogę użyć tylko tych słów, które są napisane. W związku z tym, co mam do powiedzenia, poza tym, po co weszłam na scenę, w jakim stanie emocjonalnym weszłam na scenę, dlaczego się śmieję albo dlaczego wchodzę z płaczem. No przecież nie dlatego, że mi ktoś dowcip opowiedział w Cubisie albo powiedział, że babcia zmarła tylko co ta postać, ten cały background tej postaci. To była taka pierwsza prawdziwa analiza tekstu to było wspaniałe, ona to robiła bardzo precyzyjnie wymagała tego na piśmie od nas i nie wiem czy wszyscy z tego skorzystali, ale ja się tego uczepiłam i to właśnie taki ten podtekst to, że mówi się tylko tyle ile jest napisane, ale znaczy to dużo więcej ma szansę, jeżeli się ma wyobraźnię, jeżeli się popracuje nad tym, to ma szansę znaczyć więcej.
[Biała plansza. Pośrodku czarny napis prostą czcionką: Jak wspomina Pani Łódź i pracę w Wytwórni Filmów Fabularnych?]
Więc Łódź, boże, ten mój to była siermiężna Łódź, sama ta Łódź Fabryczna ten dworzec to już było coś okropnego. Ja w ogóle nie wiedziałem jak się na tym odnaleźć . W ogóle nigdy pociągiem nie jeździłam, zawsze jeździłam samochodem z rodzicami i pamiętam Michał Szczerbic, który był producentem Wiernej Rzeki mówi, bo ja takie pytania zadawałam. Właśnie jak ja sobie dam radę na tym dworcu i te perony i tak mówi: „Słuchaj, wejdziesz na ten dworzec, tam będą takie domki na kółkach, to jest pociąg się to nazywa i ty wsiądziesz do tego pociągu i pojedziesz, a potem wyjdziesz z dworca i tam już będzie taksówkarz.” No i dobra, no przyjechałam i ta Łódź wydawało się, że to będzie coś takie HollyŁódź, ale to była taka właśnie nie Hollywood, tylko taka HollyŁódź i pamiętam Ela Radke, która teraz jest wybitną kostiumografką. Oczywiście ona nazwaliśmy ją „Ela Czarodziejska Szuflada”, bo ona była jedyną osobą, która miała coś do jedzenia tam naprawdę, bo tak naprawdę w bufecie to był łańcuch, na łańcuchu łyżka przy tym taka papierowa torebka z cukrem, na przykład i taką herbatę jakąś z wiadra chyba nie wiem co albo kawa to taka plujka oczywiście, po turecku to się mówiło, no i to trzeba było posłodzić pani wyliczała te łyżki cukru. Trzeba było pomieszać jeszcze przy niej i trzeba było, parzyło palce trzeba odejść. Poza tym coś było, to jeszcze było potem w czasie Komediantki Reymonta, to był czas, kiedy rozpętała się epidemia AIDS i w wytwórni zapanowała paranoja, że my wszyscy się pozarażamy, że my się całujemy, że my blisko jesteśmy ze sobą, że nikt nie wie, że my gryziemy to samo jabłko. Na przykład „daj gryza, daj gryza, kanapkę”, to się skończyło, zapanował blady strach. To pamiętam, że to w wytwórni to huczało zupełnie o tym AIDS i o tym przede wszystkim, taka dyscyplina erotyczna się zrobiła niesamowicie, wszyscy się potwornie przestraszyli. Jakie mogą być konsekwencje jakieś, no to, niesamowite, to było wrażenie, ale pierwsze w tej Wiernej rzece to byłam zdziwiona, jak bardzo to jest siermiężne. Ja grałam skromną panienkę z dworu w jednej tam czarnej sukienniczy nie, niby jakieś miałam te biżuteria żelazna powstańcza, więc to okazało się, że to jest wszystko projektowane, że to, są kopie prawdziwej biżuterii powstańczej, nawet nie mogę na pamiątkę dostać takiego krzyżyka, a kupić to mnie nie stać, żeby to kupić dlatego, że cała moja gaża za Wierną Rzekę to wystarczyła na serwis do kawy, który mam do tej pory, jeden serwis do kawy kupiłam za całą gażę. Takie były gaże, no dla studentki to były takie widełki, to nie były jakieś dyskutowane gaże, że można było, nie, tam nie było żadnych agentów, ani żadnego dyskutowania. Po prostu studentka miała studencką gażę i to wystarczyło na serwis do kawy i koniec było dyskusji. Nie stać mnie było nawet na ten krzyżyk żelazny. Potem gdzieś pamiętam, że w czymś tam jeszcze grałam i że przynieśli mi z magazynów tę czarną sukienkę, to byłam bardzo wzruszona, że ta sukienka jeszcze gdzieś tam funkcjonuje, że jej nie wyrzucili, że była w magazynach, taka moja ulubiona czarna, skromna sukienka. Ale okropnie siermiężnie, okropnie w Hotelu Grand, na który nas nie było stać, tylko no mieszkaliśmy tam, no bo płacił producent, ale tak naprawdę nie było nas na to stać i w związku z tym nie mogliśmy korzystać z restauracji, gotowało się po kątach, gdzieś tam po szufladach ludzie mieli pochowane jakieś maszynki do gotowania i gotowali jakieś kalafiory. Smród był na korytarzu niesamowity, ten personel nie zwracał na to uwagi. Pamiętam, że miałem jakiś dzień wolny i przyszła sprzątaczka i mówi:, „A, bo pani nie ma dzisiaj zdjęć? A co by pani chciała?” „Chciałabym sobie pomalować raz w życiu paznokcie na czerwono, ale nie pomaluje, bo nawet nie mam lakieru.” „Ja pani przyniosę.” No i za chwilę jest. Mówię: „No chociaż na ten jeden dzień wolny, żebym sobie pomalowała paznokcie na czerwono.” No i ona przychodzi za chwilę i ma ten lakier „Boże to jest po prostu niesamowite. Skąd pani ten lakier wzięła?” „Od gościowej” Po prostu z pokoju obok wzięła, powiedziała gościowa, ma od gościowej. Więc po prostu to były takie relacje zupełnie niesamowite. No i oczywiście to gotowanie tych kartofli młodych, kalafiorów. Jedyny rynek, który wtedy się nie zapadł to był rynek warzywny, czyli ta buda z pomidorem i z burakiem zawsze funkcjonowała ten tak zwany badylarz, ja byłam wegetarianką, więc mi to bardzo odpowiadało, pasowało, ale no gdzie kasze ugotuje? Na maszynce? No było to straszne, naprawdę także tam troszeczkę tak przymieraliśmy, powiedzmy głodem, ale wszyscy byli szczęśliwi. I miałam cudownego nauczyciela i taką bratnią duszę w postaci Ola Łukaszewicza, on mi na przykład pamiętam pokazywał różnicę w ostrzeniu wzroku. Ja tego sobie nie zdawałam sprawy z tego, ale on mówi tak: „Że albo masz taki ostry wzrok i patrzysz, jesteś skupiona, mówi, a jak na przykład ja jestem nie za bardzo przytomny, to wzrok jest rozmglony i wzrok gdzieś ostrość tego wzroku jest.” Nie wiem czy to widać na tej na tej kamerze, ale że oni na to zwrócił uwagę, że można. Że można ten wzrok, tak po prostu coś takiego zrobić nieobecnego, to pokazał mi jak to się robi. To było fantastyczne. W ogóle był niesamowicie wspierający. Ja pamiętam też, że zaprzyjaźniałam z Kaliną Jędrusik przy Barytonie, no to też nie byłam konkurencją. Taka chyba różnica pokolenia i ona mnie traktowała jak jakąś córkę, jakieś dziecko i po prostu też absolutnie otwarte serce na dłoni, zapraszała mnie do domu. Już nie rzuca się dygat, ale tam się odbywały takie różne ekskluzywne kolacje, właśnie Łapicki i Holoubek, Tadeusz Konwicki to byli przyjaciele i tam się odbywały takie kolacje, to było naprawdę zupełnie niezwykłe i byłam tym bardzo zaszczycona i bardzo wyróżniona, ale też myślę, że może i nie doceniałam tego, bo miałam to od początku od początku, gdzie nie wdepnęłam czy w teatr czy film to zawsze trafiłam na gwiazdy na wspaniałych, wspaniałych ludzi. Także wytwórnie to Ela Radka ratowała nas mówiliśmy „Ela Czarodziejska Szuflada”, bo ona otwiera szufladę a tam kanapeczki z pomidorkiem i miała herbatkę prawdziwą. Nie wiem skąd po prostu to było coś wspaniałego, zresztą to jest kobieta o złotym zupełnie sercu. Barbara Ptak narysowała kostiumy, ale naprawdę Ela zrobiła te kostiumy od a do z i była wielkim, wielkim wsparciem i my tam z Olem koczowaliśmy po prostu u niej od szóstej rano, bo Olo o piątej rano już te blizny tam, kleił te blizny półtorej godziny, no a ja. Liner’y, make up’y, włosy. No też tam miałam swoje zajęcia, bardzo długo trwały te charakteryzacje, te przygotowania.
[Biała plansza. Pośrodku czarny napis prostą czcionką: Jak wyglądała praca przy filmie Komiediantka?]
Komediantka to już rzeczywiście, nie pamiętam dokładnie, bo jeszcze zrobiłam kilka w tamtym okresie filmów, ale również i ekranizacji. Wydaje mi się, że Iwaszkiewicza 3 młyny Młyn nad Kamionną, Utratą, Lutynią, że to jest też coś, co zrobiłam chyba przedtem pamiętam, że jak skończyłam w ogóle Wierną Rzekę, to miałam wrażenie, w ogóle płakałam, że to się skończyło, bo uważałam, że to już nigdy mnie w życiu nic tak pięknego nie spotka, że już nigdy w życiu mi nikt nic nie zaproponuje, że jakby przyszedł wtedy, nie wiem, [Bohdan] Poręba z czymkolwiek to bym też zagrała. I oczywiście Michał Szczerbiec, który był producentem Komediantki, powiedział: „Słuchaj, jak chcesz grać w zespole X, to nie możesz grać tam. Generalnie zadzwoń i zapytaj się.” Więc wtedy pamiętam, że były przeróżne produkcje ale na przykład nie można w nich było grać, ponieważ ten świat filmowy był niezwykle podzielony, było czarne i białe i jeżeli się zagrało u [Andrzeja] Wajdy, to już się nie grało u Poręby albo u innego [Czesława] Petelskiego albo odwrotnie, jak się tam zagrało, to już na pewno się nie zagrało u Wajdy. W związku z tym trzeba było bardzo uważać, czerpać wiedzy to tylko trzeba było mieć przyjaciół, trzeba było mieć do kogo zadzwonić i się zapytać, bo tak naprawdę nie było Internetu i nie było, nie można było sobie doktora Googla się zapytać. Tylko po prostu trzeba było mieć łeb na karku i przyjaciół, więc to było jedno. A jak przyszła propozycja Komediantki, no to ja już tak mniej więcej tak okrzepłam już w tym środowisku już miałam przyjaciół, miałam dosyć duże to środowisko i w sumie Hübner nie bardzo chciał mnie puścić, dyrektor teatru, ale no znowu taka motywacja, że to jednak jest ekranizacja, że to się robi raz na pokolenie, że może to jest szansa poza tym. On mówi: „A ile zarobisz w tym?, (bo on uwielbiał samochody.) Zarobisz na jakiś porządny samochód?” Ja mówię: „Tak, panie doktorze, na pewno, (bo ja jeździłam małym fiatem), na pewno sobie kupię wtedy lepszy samochód.” Strasznie nie podobał się mu ten mój mały fiat. „Tak na pewno sobie na samochód zarobisz takim jednym serialem.” Mówię: „O tak, tak, tak na pewno” no i jakoś tam mnie puścił do tego jeździłam czasami, po nocy, po zdjęciach wieczorem, znaczy po południu, żeby zdążyć na spektakl. To były karkołomne jazdy zupełnie, taksówkami się jeździło i potem w nocy po spektaklu jechało się do hotelu o piątej rano się wstawało. Był cały dzień zdjęciowy i znowu taksówka, żeby zdążyć na spektakl, to było naprawdę czasami karkołomne i czasami się źle kończyło. Bywały wypadki. W każdym razie to było okupione niesamowitym wysiłkiem, ale byłam bardzo młoda, więc strasznie silna, więc jakoś tak mnie to… Jeszcze pamiętam wtedy też był wybuch elektrowni w Czarnobylu, był wypadek w Czarnobylu i to też się tak położyło takim cieniem. Ja na przykład dostałem jakiegoś uczulenia niesamowitego, miałam zdjęcia i ja byłam niesamowicie zsypana, miałam wysypkę z tego powodu, nie wiedzieliśmy wtedy z jakiego powodu, bo to był poniedziałek. Ten wybuch był pewnie w sobotę czy w niedzielę ja przyjechałam, ja byłam cały dzień w plenerze byłam. Z resztą w ogrodach Andrzeja Jaroszewicza. Żuławski był i była Sophie Marceau i naprawdę było takie fantastyczne jakieś towarzystwo i chodziliśmy po jakiejś działce, po jakimś lesie, a na drugi dzień ja jechałam na zdjęcia i byłam cała w wysypce, ale nie wiedziałam dlaczego dopiero po kilku dniach powiedzieli w radiu czy gdzieś w telewizji, że był wybuch tego Czarnobyla. Ja jakoś to tam zamalowywaliśmy, dostałam jakieś tam lekarstwa i jakoś to przeszło, ale to pamiętam z tego właśnie, że to były takie coś takiego strasznego jakby się stało dla aktorki. Nagle byłam jakby zupełnie kimś innym. Nagle przyszłam na te zdjęcia charakteryzatorka zbaraniała zupełnie jak mnie zobaczyła ja mówię: „Nie wiem co się stało, nic nie jadłam takiego, nie wiem co się stało.” To właśnie był ten Czarnobyl. To było jedno i dwa ten AIDS, wtedy też w międzyczasie gdzieś ten AIDS się rozszalał i tak wszyscy stanęli na baczność i była trwoga w środowisku, trwogą zawiało zupełnie. No i nie było nic do jedzenia oprócz tego nie wiem pomidora i jakieś tam jabłka i marchewki. Sławek Foid, z którym się bardzo zaprzyjaźniłam, też cudowny człowiek. Mówi „to ja cię to ja ci”… przynosi mi jabłka codziennie przynosił mi jabłka na plan. Mówię: „Sławek, no może ty byś zjadł jabłko?” „Nie, z jabłek to calvados najwyżej.” Ja mówię: „Ale tak ze wszystkich owoców to co byś wybrał?” „Ratafię”. Więc po prostu nie. Ale potrafił pójść ze mną do kosmetyczki, naprawdę to było coś niesamowitego. Szliśmy razem do kosmetyczki, on się kładł na jednym łóżku ja na drugim. Jakoś cierpiał chyba katusze jakieś, ale pozwolił sobie kłaść maskę i co tam gadaliśmy u tej kosmetyczki, no po prostu było niezwykle dużo serdeczności i przyjaźni wtedy.
[Biała plansza. Pośrodku czarny napis prostą czcionką: Jak wyglądała współpraca z Januszem Zaorskim?]
Współpraca z Januszem Zaorskim to w ogóle zaważyła na moim życiu. Po pierwsze on poszedł do Teatru Powszechnego i zobaczył mnie w tym Mefiście, gdzie grałam ten z pejczem tę księżniczkę Tebab. No i w związku z tym to oczywiście wzięłam udział w zdjęciach próbnych, zaproponował mi rolę w Barytonie, gdzie grałem żonę Zapasiewicza, który był moim nauczycielem akademickim wtedy, więc musiałam się zapytać: „Panie profesorze, czy ja mogę tak? Czy ja mogę tak? W łóżku jakiejś sceny. Panie profesorze?” No okropne to było, w każdym razie. A kochankę Fronczewskiego, taka była zdrada tam i to była osoba Sophie Taviatini i to była osoba, no grałam ragtime’y zresztą grałam na pianinie, sama grałam te ragtime’y jako bunt przeciwko temu, co Zapasiewicz, czyli ten baryton śpiewał te arie, jakieś operowe, a ja tam ragtime’y wywijałam, czyli zupełnie jakby buntując się i to było właśnie po zdjęciach próbnych u Zaorskiego i on jakby uwierzył we mnie. Potem na przykład rola w Jeziorze Bodeńskim, która była następna. Czyli była to kompletnie inna rola na antypodach. On miał niesamowitego czuja, że nie szufladkował aktorki, tylko jak widział jakiś taki potencjał, widział to we mnie, no to było na antypodach, to nie można było aż uwierzyć, że on do tego stopnia mógł zobaczyć w tej samej buntowniczce taką Suzanne z Jeziora Bodeńskiego, albo na przykład z Piłkarskiego Pokera taką łapówkę, że on potrafił tak różne postaci zobaczyć. Ale a propos Jeziora Bodeńskiego, to było niezwykłe, bo to w zasadzie zaważyło na moim życiu. Ten film zdobył „Złotego Lamparta” w Locarno. I byliśmy zapraszani z tym filmem do różnych krajów. Zwiedziliśmy pół świata, byliśmy w Kanadzie, naprawdę w różnych miejscach, między innymi dostaliśmy zaproszenie do Sztokholmu do „Svenska Filminstitutet” do Sztokholmu, no i no dobra i on mówi: „Wiesz co?” A ja akurat byłam po rozwodzie, wtedy i on mówi: „Słuchaj, a tam poznasz takiego mojego kumpla z młodości. On też jest akurat po rozwodzie. Także uważaj.” Mówię: „A fajny jest?” „Bardzo fajny” „A przystojny?” „Bardzo przystojny” „No to ciekawe, no to pokażesz mi go” „Dobra, poznam cię z nim.” I jest projekcja filmu, potem siedzimy w restauracji, pamiętam to była chińska knajpa, wchodzi facet i ja po prostu zamarłam i mówię do Janusza: „Ty to ten?” a on mówi: „Tak, ten, uważaj Pieczara reżyseruję twoje życie prywatne.” I on podchodzi, ten facet podchodzi i mówi tak prosto, idzie przez całą knajpę, idzie prosto na mnie i podchodzi i mówi: Pani grała Suzanne, prawda?” Ja mówię: „Tak.” „Jeżeli zestarzeje się pani tak jak Susanne, będzie mi się pani podobać całe życie.” No jesteśmy 40 lat ze sobą, więc chyba coś jest na rzeczy, ale Suzanne właśnie ona się starzała w tym filmie, bo ona była najpierw dziewczyną z tego obozu dla internowanych, a potem spotykała się z głównym bohaterem, którego cudownie zresztą grał Krzysiek Pieczyński i spotkali się po 25 latach. Nam się wydawało 25 lat, no to będzie stara baba, jakaś siwe włosy, gruba 10 par rajstop, nogi żeby pogrubić coś ten i tak nam się to wydawało. Oczywiście wydaje mi się, że wyglądam lepiej, teraz chyba niż ta postarzona wtedy Suzanne. Ale no zbajerował mnie jednak, to trzeba przyznać, że bajer facet miał i ma dalej. Także Zaorski, to nie dość, że właśnie wierzył w aktora, że potrafił taką mieć wyobraźnię, żeby zobaczyć te różne postaci no a dwa, że przyjaźnił się z Gabrysiem i że poznał nas ze sobą, to jego duża zasługa.
[Biała plansza. Pośrodku czarny napis prostą czcionką: Jak rozpoczęła się Pani kariera aktorska w Szwecji?]
Historia jest dosyć, ja wiem skomplikowana albo nie. W każdym razie na pewno nie jestem emigrantką, nigdy nie byłam emigrantką. Nigdy nie byłam zdesperowana, nigdy nie musiałam palić mostów, sprzedać, nie wiem mieszkania, samochodu, wyrzucić kwiatków z parapetów, no po prostu. Nie, po prostu wiedziałam, że mam swoje życie w Warszawie i swoje życie w Sztokholmie. To było bardzo trudne i w sensie ekonomicznym, bo każdy bilet lotniczy to kosztował pół pensji. Za każdym razem trzeba było dyrektora poprosić o urlop bezpłatny, mimo że się miało wolne, że wiadomo było, że się nie jest w repertuarze. Jednak bez tego poświadczenia urlopu nie dostało się paszportu, paszportu się nie miało w domu, właścicielem paszportu było państwo polskie, a nie obywatel. W związku z tym szło się na ulicę Kruczą do wielkiego komisariatu. I tam się ustawiało w 1000-osobowej kolejce, żeby złożyć podanie o paszport i tam ktoś dał ten paszport albo nie. No i oczywiście były różne propozycje nie do odrzucenia. Mój ojciec pamiętam, zawsze mi powtarzał: „Pamiętaj, tylko niczego nie podpisuj, niczego nie podpisujesz rżnij głupa, niczego nie podpisuj nigdy i w ogóle nie rozmawiaj albo mów głupoty, opowiadaj mu, że nie wiesz.” No bo za każdym razem był rodzaj szantażu, że on jeździ na Zachód i ma duże kontakty w emigracyjnym środowisku. W związku z tym oczywiście jest może idealnym materiałem na jakiegoś nie wiem donosiciela albo coś takiego, no więc to na szczęście ojciec mnie instruował, jak się wymiksować z tego w każdym razie to było naprawdę nie było proste te jazdy. My potem postanowiliśmy mieć dziecko, więc wiadomo było, że będę rodzić w Szwecji, ponieważ w Polsce to było no to grozili śmiercią lub kalectwem, no to było to były straszne czasy. Dobrze no to będę rodzić w Szwecji no w Szwecji no to zacznij się może uczyć szwedzkiego. Na szczęście już byliśmy kilka lat razem, ale ja się tego języka nie uczyłam, bo uważałam, że to jest bez sensu, że ja w ogóle nigdy w życiu nie zagram niczego w Szwecji i to jest w ogóle niemożliwe. To jest bardzo dziwny język, a już zrobić karierę, grać w Szwecji. No to jest po prostu niemożliwe. No okazuje się, że wszystko jest możliwe. I że wygrałam zdjęcia próbne, zaczęłam grać w Szwecji film pierwszy, który zrobiłam, dostał Britannia i po prostu od tego się posypały propozycje. Zagrałam główną rolę w teatrze jedenastozgłoskowcem jakimś tam białym wierszem coś, no po prostu naprawdę bardzo poważne wyczyny. Uważam, że to są w ogóle moje najpoważniejsze wyczyny zawodowe, to jest to, co zrobiłam w Szwecji i to jest granie w obcym języku. Nikt, kto nie grał w obcym języku, nie rozumie tego stopnia trudności tej niemożności improwizacji, tej niemożności poradzenia sobie z tekstem w razie jakichś tam wpadek i po prostu. To jest bardzo trudno zrozumieć, ale to jest bardzo, bardzo, wysoki stopień trudności. Takie wgranie na twardy dysk, na przykład dialogu teatralnego, no gdzie no nie ma dubla tak nie ma dubla to po prostu jest tu i teraz i wydarza się na scenie i musi być i prawdziwe, i wyartykułowane, i dobre, i tak dalej i także to było bardzo, bardzo, trudne. A w Polsce, no wydaje mi się, że to mi bardzo zaszkodziło szczerze mówiąc. Dlatego, że zniknęłam, nie ma ludzi niezastąpionych w żadnej branży, tylko cmentarze są pełne ludzi niezastąpionych, a tak naprawdę to bardzo łatwo te miejsca gdzieś wypełniają się, nie ma próżni i po pierwsze zniknęłam, a po drugie taka fama poszła, że ta Pieczyńska to ona nie potrzebuje, bo ona coś tam ma męża milionera, co jest kompletną bzdurą, oczywiście totalną bzdurą, ale taka jakaś fama poszła to mi bardzo źle zrobiło, że tak powiem na karierę, bardzo. Natomiast, zaczęłam grać w Szwecji i potem na przykład zrobiłam taki serial Innan vi dör – zanim umrzemy, gdzie grałam, w ogóle gram bardzo ciekawe role mocnych kobiet. Uważam, że w ogóle, jeżeli ktoś chce się dowiedzieć, jaka jest pozycja kobiety w społeczeństwie, to niech zapyta dojrzałej aktorki. Jeżeli ma rolę, jeżeli są role, to znaczy, że jest pozycja wysoka, to znaczy, że są wystarczająco krwiste i interesujące postaci dyrektorki banków, funduszy, szefowe, nie wiem mafii albo policjantki albo nie wiadomo co w każdym razie kobiety, które są ważne w społeczeństwie i wtedy będzie odzwierciedlało się to w scenariuszach dla nich. Jeżeli kobieta jest miałką postacią, kobieta dojrzała, bo kobieta bomby tak zwana czyli amantka, to ma zawsze miejsce w scenariuszu u boku mężczyzny gdzieś. Natomiast chodzi o to, żeby to była rola wiodąca tak jakaś interesująca. No to bardzo rzadko są takie role coraz częściej, ale rzadko dlatego, że po prostu te kobiety nie występują w życiu, natomiast tam są. W związku z tym na przykład zagrałam taką szefową mafii. Akurat po szwedzku, bo gram też tam po rosyjsku i w takich oczywiście szwedzkich produkcjach. No to było tak zwane Cristallen, czyli Kryształowa kula, najlepszy serial kryminalny taki w Skandynawii, no to bardzo prestiżowy, To wspaniałe przeżycie i naprawdę z takim dużym, dużym, szacunkiem, wspaniała zupełnie produkcja, albo taki Johan Falc absolutnie kultowy serial, gdzie ludzie mnie nie wiem, do tej pory zaczepiają na lotnisku czy gdzieś, że właśnie, a to ja grałam w Falcu, to ja grałam tą Rosjankę albo coś tam, a w tym ja grałam w tym Innan vi dör czyli zanim umrzemy. No to miałam takie fory na lotnisku po prostu ci policjanci wszyscy dosłownie baczność robili i się pytali, co tam będzie w następnym odcinku, co tam będzie, żebym ja koniecznie powiedziała, czy on przeżyje, że on nie przeżyje, co tam się będzie działo, także widziałam, że to naprawdę jest ogromny oddźwięk i czegoś takiego dawno w Polsce nie zrobiłam. Wydaje mi się, że tak to, no po prostu to jest, bardzo mało ciekawych ról dla dojrzałych aktorek, dlatego, że takie są scenariusze, takie jest życie, takie jest życie. Znaczy jest bardzo mało takich Gronkiewicz-Waltz i takich Biejat i takich po prostu kobiet, które naprawdę mają jakiś power coś chcą zrobić i po prostu jest ich tak mało, że te wszystkie postaci grają mężczyźni, bo najczęściej w życiu też to są mężczyźni.
[Biała plansza. Pośrodku czarny napis prostą czcionką: Czy jest Pani zadowolona ze swojej kariery aktorskiej?]
Uważam, że to jest przepiękny zawód. W tej chwili bardzo mylony z byciem celebrytą i to jest wielkie nieszczęście młodych adeptów, którzy mi się wydaje, że właśnie będą robić karierę vide pieniądze. Bardzo podziwiam też młodzież aktorską, która jest ambitna i inaczej to traktuje to znaczy traktuje tak, jak myśmy traktowali jako młodzi aktorzy, że to jest właśnie spełnienie marzeń i wielki repertuar dramatyczny i wielka literatura dramatyczna. W tej chwili są niesamowite możliwości. Jak słyszę, jak oni jeżdżą na jakieś kursy, jeżdżą na kursy do Nowego Jorku, do Londynu, w Polsce też są organizowane takie zgrupowania, bo oni pracują na przykład grupowo nad jakimś tam monologiem romantycznym w całych grupach. No to jestem pełna zupełnie podziwu, a z drugiej strony jest cała plejada aktorów, którzy po prostu nie mają co do garnka włożyć i marzą o tym, żeby zagrać w serialiku jakimś albo najchętniej w reklamie, żeby po prostu zaistnieć, albo najchętniej, żeby po prostu zaistnieć po to, żeby na Instagramie zrobić reklamę i skasować coś, więc to wydaje mi się, że jest, jest bardzo, bardzo różnie w tej chwili. Jak ja byłam młoda nie było tego, więc miałam szczęście nie mieć tych pokus i nie mieć tej pustki w głowie, bo nie było na nią w ogóle miejsca i jedyną ambicją był rozwój osobisty i poszukiwanie bardzo trudne nie było doktora Google’a i nie było YouTube‘a, więc to było naprawdę prawdziwe poszukiwanie. To było szukanie jakichś skryptów Grotowskiego, jakieś ćwiczenia ze Stanisławskiego, które robiliśmy sami jako taka grupka, na przykład przyjaciół w gronie młodych aktorów i to była szansa na rozwój, to była szansa na ciekawsze życie niż to, które było na ulicy. Jak się wyszło z teatru, jakby obuchem w łeb. Ta szarzyzna, ten terror. Ja pamiętam, że na przykład moje motto życiowe to jest Helmuta Kajzara, dramaturga, literata i poety. To jest fragment Manifestu Teatru Meta-Codziennego. „Postaraj się z codziennego krojenia chleba uczynić krojenie tortu urodzinowego” i to był …, czyli to była przyjaźń z Helmutem Kajzarem, czyli ta sztuka otwierała prawdziwe drzwi do rozwoju osobistego, do czegoś, co było prawdziwą życiową szansą. Także wydaje mi się, że jestem bardzo spełniona i mam zero frustracji, mimo, że uważam, że mogłabym jeszcze zagrać dużo ciekawych, ciekawych, wspaniałych ról i stać mnie na to w sensie emocjonalnym i mentalnym, ale nawet gdyby tak się już nie działo, to mam taką zgodę na swoje życie i poczucie, że jestem na takim miejscu na jakim powinnam być i zrobiłam wszystko, żeby to miejsce było piękne i było zawsze jakimś etapem rozwoju i żeby było piękne, to życie, przede wszystkim życie prywatne, również, że to mi się udało zrobić, że mam wspaniałą rodzinę, wspaniałego syna, wnuczkę i w tym, że to udało mi się to pogodzić. A największym sukcesem zawodowym to tak jak powiedziałam, że to uważam, że to jest to granie w obcym języku. A jeśli chodzi o życiowe to jest wychowanie syna na człowieka, który codziennie samodzielnie nadaje sens swojemu życiu. Wydaje mi się, że pod tym względem jestem spełniona.
