Transkrypcja rozmowy w formacie.docx
Czarna plansza. Na górze pośrodku logotyp Muzeum Kinematografii w Łodzi w postaci czarnej taśmy filmowej. Rozwija się od dołu ku górze, do dołu i znów zakręca do góry i do dołu. Tworzy literę ‘M’. Po prawej stronie, wzdłuż litery ‘M’ w trzech rzędach, jeden pod drugim, czarny napis prostą czcionką. ‘Muzeum’, ‘Kinematografii’, ‘w Łodzi’. Pierwsze litery słów ‘Muzeum’, ‘Kinematografii’ i ‘Łodzi’ są wielkie.
Poniżej logotypu biały napis:
Maria Pakulnis
Aktorka
Plansza znika, na ekranie pojawia się starsza kobieta siedząca na krześle z podłokietnikami. W tle znajdują się ściany sali balowej pałacu Karola Scheiblera, bogato udekorowane złotymi ornamentami oraz bordowym materiałem. W tle również gablota z kostiumem filmowym – czerowna długa sukienka, oraz jasnobrązowa drewniana posadzka. Kobieta jest pokazana od kolan w górę. Ma krótkie blond-siwe włosy oraz granatowy garnitur.
Maria Pakulnis: Dzień dobry wszystkim, albo dobry wieczór. Nazywam się Maria Pakulnis. Jestem aktorką, byłą pielęgniarką. Tyle. [Biała plansza. Pośrodku czarny napis prostą czcionką: Jakie są Pani pierwsze wspomnienia z kina? Kto towarzyszył Pani w odkrywaniu tego świata?] Z mamą i z babcią nie chodziłam, bo babci nie miałam koło siebie nigdy, a mama z nami też nie chodziła. Ale miałam koleżankę w dzieciństwie, bo wracamy do wspomnień z dzieciństwa. Miałam koleżankę, która mieszkała nade mną i tak się szczęśliwie złożyło, że jej tata był kierownikiem słynnego kina Fala na Mazurach, w Giżycku. To było słynne kino, jak na tamte czasy, doskonale zrobione. Pamiętam te czerwone, pluszowe krzesła. Dla mnie to było magiczne, absolutnie miejsce. Więc z racji tego, że nikt mnie nigdzie nie prowadził, więc jak koleżanka zaproponowała, że tatuś nas wpuści na jakieś projekcje, jakieś tak zwane poranki, to zabrała mnie wtedy. I wtedy pierwszy raz byłam w tym pięknym dla mnie magicznym miejscu, w kinie. Pamiętam to kino również z tego, że tam przyjeżdżali różni ludzie, którzy z dawnych, starych takich artystów, którzy… To znaczy wtedy oni nie byli starzy, ale to było tak dawno temu, Różni artyści, którzy na tle tego ekranu… Ludzie walili drzwiami i oknami, kupowali bilety, bo przyjeżdżał pan, który śpiewał Cicha woda brzegi rwie i ludzie byli szczęśliwi i tam się odbywały również tego typu koncerty. Ja nie bywałam na tych koncertach. Raz tylko właśnie byłam i słyszałam, jak ta piosenka akurat leciała. A w kinie, jak się znalazłam pierwszy raz w tym kinie, to byłam na… Oczywiście, co nam wtedy puszczano? Ruskie bajki, które były doskonale w ogóle zrobione, bo były, można by powiedzieć, kopiami amerykańskiego, prawda, stylu. Więc była to na pewno jakaś ruska bajka, światowa bajka, ale tworzona przez Rosjan ze Związku Radzieckiego. No pamiętam to jako ogromne po prostu przeżycie. Pierwszy raz widziałam coś takiego, a takie rzeczy się pamięta. Ale co to było dokładnie, nie wiem. Nie pamiętam tego.
[Biała plansza. Pośrodku czarny napis prostą czcionką: Czy pamięta Pani tytuł, który po raz pierwszy zobaczyła Pani świadomie? Być może w Kinie Fala lub innym?]
MP: Ja ogólnie mieszkając tam, to nie chodziłam specjalnie do kina, bo nie miałam za co chodzić do kina. Więc byłam świadkiem pojawienia się na naszej ulicy pierwszego telewizora małego. Był wtedy jeden program. Przez ileś godzin tylko był ten program, więc wszyscy skupialiśmy się. Ci, którzy nie latali do kina, bo nie było za co, to się człowiek skupiał na tym, że oglądał tych wybitnych artystów wszystkich, wspaniałych. Ale to też było cudowne, zobaczyć ich w Teatrze Telewizji, na żywo, czy w Kabarecie Starszych Panów potem. Ja w ten sposób kontaktowałam się ze sztuką. W ten sposób, w żaden inny. Do mojego zupełnie niespodziewanego wyjazdu na studia aktorskie do Warszawy, które też sobie nie wymyśliłam, że chcę zdawać. W ogóle my, dziewczynki, w tamtym okresie mojego dzieciństwa, myśmy nie marzyły o tym, żeby zostać na przykład aktorką. Myśmy nie miały takich marzeń. Jestem pierwszym pokoleniem urodzonym w Polsce. Moja cała rodzina przed ruskimi uciekała z Litwy, ze strony ojca i matki. Ojciec mój odnalazł swoją rodzinę, w jakimś prawda, nieznanym Giżycku, na Mazurach. Matka wylądowała z jakąś szczątkową rodziną swoją w Jeleniej Górze. Zresztą do dzisiaj tam jest bardzo dużo ludzi pochodzących z Litwy. Nie tylko z Litwy, ale i ze Lwowa i tak dalej. No i ja jestem tym pierwszym pokoleniem urodzonym w Polsce. Moje dzieciństwo to jest nasze podwórko, to są nasze zabawy, to są bardzo skromne zabawy, bo to były czasy, gdzie niczego nie było, byliśmy wszyscy biedni. Byliśmy zdani w pewnym sensie na siebie, na naszą dziecięcą wspólnotę na podwórku, na ulicy. Nie mieliśmy zabawek, nie mieliśmy niczego, nie mieliśmy żadnych przedmiotów zabawowych, tak to określę. [śmiech] Ale za to, może, mieliśmy ogromną wyobraźnię. Mieliśmy piękną przyrodę wokół nas, bo wtedy jeszcze dziką, nie tak bardzo zorganizowaną, jak to teraz jest obecne na tych ziemiach. Nie było wtedy marin, nie było jachtów, nie było tego wszystkiego. Ktoś, kto lubił żeglować, przyjeżdżał z jakąś łódeczką swoją lub kajaczkiem i były przede wszystkim dzikie plaże. To jest moje dzieciństwo. Zabawy na podwórku. Zabawy… Wymyślaliśmy te zabawy. Pamiętam, jak zobaczyliśmy… no Rudego 102 w telewizji, to tym czołgiem stał się stos drzewa opałowego, który leżał za naszymi blokami. No i tam bawiliśmy się w Czterech pancernych. Ja byłam oczywiście Marusią. Tak. Czasami się trafiało w telewizji zobaczyć jakiegoś Winnetou i tak dalej, czyli takie kino, że są biali i Indianie. I ja pamiętam na naszej górze piaskowej niedaleko… To było takie miejsce też naszych zabaw, naszej… Budowanie mojej wyobraźni nieprawdopodobnej. I ja wtedy byłam jakąś białą taką dziewczyną, która była porwana przez Indian. Zdarzało się, że chłopcy mi tam przywiązywali mnie do jakiegoś pala i w swoich zabawach bardzo intensywnych zapominali, że mnie przywiązali na przykład. [śmiech] Ja zostawałam bardzo długo tam, aż przypomniało im się, że trzeba mnie rozwiązać. Także to był mój świat dzieciństwa. Co jeszcze wpływało na moją wyobraźnię, budziło moją wyobraźnię? Jak w Giżycku, w tym małym wtedy, takim przecież w tamtych czasach małym prowincjonalnym mieście, przyjeżdżał raz do roku cyrk. To też był dla dziecka moment magii, nieprawdopodobnej magii. To było coś ubłagać, ubłagać o 50 groszy, żeby gdzieś na jaskółce, na tej drewnianej ławce usiąść, zobaczyć te gasnące, przygaszane światła. I te kostiumy, i ten błysk. To były jak sceny z filmu. To działało na wyobraźnię. Czy raz do roku wtedy przez moją ulicę przejeżdżał tabor cygański. Prawdziwy, oryginalny tabor cygański. Kolorowe wozy, te dziewczyny poprzebierane w te stroje, korale. Podglądało się ich przez kawałeczek firanki, bo mówiono, że Cyganie porywają dzieci. Więc z jednej strony był strach, a z drugiej strony jaka ogromna ciekawość. To były moje filmy. Podglądane przez dziurkę, zza firanki. Z zafascynowaniem ich oglądałam przez trzy dni. Spać nie mogłam. I to były moje wyświetlane filmy. Zapamiętałam to na całe życie. To na pewno musiało pracować na moją wyobraźnię. Książki pierwsze, które się gdzieś czytało, a potem w ogrodzie, nie potrzebowałam już nikogo. Wystarczała mi moja wyobraźnia. Bawiłam się w statek podwodny, bawiłam się w różne dziwne rzeczy, które potem, po latach, po latach zobaczyło się potem w filmach. Więc moje pierwsze filmy to były filmy proste, ale fascynujące obrazy, magiczne, które potem widziałam, jak już byłam dorosła, że już chodziłam do kina. Więc nie mam czegoś takiego, że taki był punkt, że to był ten pierwszy. Dla mnie to były pierwsze filmy wyświetlane w mojej głowie, które zostały na całe życie. One mnie formowały. One budziły moją wyobraźnię, która potem na pewno bardzo mi się przydała w moim zawodzie.
[Biała plansza. Pośrodku czarny napis prostą czcionką: Skąd pomysł na podjęcie studiów w Szkole Teatralnej w Warszawie?]
MP: To, że zostałam aktorką, to nie był mój pomysł. Jak mówiłam, nie marzyłam nigdy o czymś takim. Ja w ogóle nie miałam zielonego pojęcia, że jakaś Szkoła Teatralna w Warszawie istnieje. Ja miałam szybko dorosnąć, nie miałam szansy, żeby pójść do liceum ogólnokształcącego, tylko usłyszałam, że muszę szybko zdobyć zawód i się usamodzielnić. Zresztą i tak myślę, że byłam bardzo samodzielnym człowiekiem od małego dziecka. Więc to nie była dla mnie żadna nowość i żaden szok. Ja wiedziałam, że tak będzie. Na szczęście w tym wtedy małym Giżycku była szkoła, szkoła pielęgniarska. Pielęgniarska szkoła z dyplomem i z maturą. Pięcioletnie liceum, które dawało konkretny zawód, przygotowywało. Ja myślę, że wszystko, co się stało czy w moim dzieciństwie, czy w moim dorastaniu i w tym, że właśnie w pewnym sensie miałam szczęście, że się urodziłam w takiej, a nie innej przestrzeni, prawda? I przez to, że byłam dosyć samotnym dzieckiem, że może to spowodowało, że jak zawsze o sobie mówię, że ja jestem, urodziłam się już stara. Bo więcej widziałam, więcej odczuwałam, więcej rzeczy przeżywałam, bo to nie było beztroskie dzieciństwo. To było dzieciństwo naznaczone i samotnością i różnymi dziwnymi widokami. Więc ta szkoła pielęgniarska też się przyczyniła do tego, do mojego rozwoju jako człowieka. Ja się życia i siebie uczyłam w takich okolicznościach, a nie, że ktoś mi coś powiedział, co warto, a co nie warto, a jak to powinno być w przyszłości. Myślę, że wszystko to się stawało po coś w moim życiu. Po to, żeby przejść taką, a nie inną drogę. Jak mówiłam, nigdy nie marzyłam o tym. Myśmy nie marzyły, żeby zostać aktorką. Bo w ogóle inne słowa w ogóle nie istniały, jak związane z dzisiejszymi czasami, prawda? Czyli nie wiem. No dziewczynki teraz małe oglądają filmy, oglądają telewizję, oglądają filmy na różnych platformach, oglądają niezliczoną ilość gazet, mają sprzęty medialne same. Mają telefony, tablety, mają Internet, mają wszystko, a myśmy nigdy tego nie miały, niczego nie miałyśmy. Więc one teraz marzą o tym, żeby zostać aktorką w różnych chyba kategoriach, bo zdarza się, że podobno zdają dziewczynki do szkoły aktorskiej i na pytanie, dlaczego chcę zostać aktorką, one w dzisiejszych czasach odpowiadają, że bo chcą grać w serialach. Że to na tym kariera w dzisiejszych czasach polega, albo na tym, że widzą na Instagramach, widzą filmiki różnych pań, które dla nich są jakimiś chyba aktorkami. Myślę, że to są tak dwa różne światy, że mnie czasami samej aż trudno uwierzyć, że ja w moim życiu byłam świadkiem narodzin całej tej technologii i tego wszystkiego. I tych pierwszych Internetów, i tych pierwszych telefonów i tak dalej. Więc jak… jak moja nauczycielka języka polskiego zaproponowała mi po skończeniu szkoły pielęgniarskiej, zostałam dyplomowaną pielęgniarką. Uczyłam się przez pięć lat. Byłam z ludźmi. Miałam praktyki przez pięć lat w szpitalach. Przeszłam przez wszystkie oddziały. Robiłam przy człowieku wszystko, co tylko można sobie wyobrazić. Byłyśmy przygotowywane do tego, żeby służyć ludziom, czyli zawód publiczny w pewnym sensie, służący drugiemu człowiekowi, prawda? To też wpływało na to, na mój rozwój, na to, kim się staję. Czy jestem empatyczna, czy mam refleksję, czy… To mnie rozwijało. Czyli los był dla mnie łaskawy, że mnie stykał z takimi momentami w moim życiu. I kiedy moja profesorka od języka polskiego na koniec, po tym odebraniu już ostatniego dyplomu, ona mi proponuje, że może zostałabym aktorką i poszła zdawać do Szkoły Teatralnej w Warszawie, to dla mnie był kompletny szok. Ja nie miałam pojęcia, że istnieje taka szkoła. Ja się nigdy tym nie interesowałam. Ja nie miałam takich marzeń. Ja miałam inne marzenia. żeby poprawić swój los, żeby dostać jakąś pracę teraz gdzieś w jakimś szpitalu. Martwiłam się, gdzie będę mieszkała, co mam zrobić dalej ze swoim życiem. I tu raptownie moja nauczycielka proponuje mi coś takiego. A ja wcześniej nigdy nie dawałam żadnych oznak, że mogłabym coś innego robić. Ona musiała mnie obserwować. Ja się nigdy nie wychylałam. Ja się nigdy nie rwałam do tego, żeby grać, żeby występować, żeby być na scenie, żeby mnie ktoś podziwiał. Nie miałam takich pragnień w ogóle. Nie miałam śmiałości nawet tak pomyśleć.
MP: Więc jak ona mi to zaproponowała, to byłam wręcz przerażona. A w jaki sposób ja mam jechać do jakiejś Szkoły Teatralnej w Warszawie? Za co? Gdzie? Kiedy? W jaki sposób? To było dla mnie jakimś wydarzeniem nieprawdopodobnym. A ona tak jakby czytała sobie moje myśli i mówiła: “O nic się nie martw. Mój syn zdaje do Wyższej Szkoły Muzycznej, a ty będziesz zdawała do szkoły aktorskiej. Pojedziesz z nami, będziesz spała u mojej kuzynki, ona cię nakarmi, da ci bilet i pokaże, jak dojechać na Miodową, a potem my z moim synem będziemy po ciebie przyjeżdżali i będziemy razem. Nie będziesz tu sama. Będziesz zaopiekowana, będziesz nakarmiona”. No i ona w tym momencie stała się pierwszym człowiekiem, który rzucił do mnie swoją nitkę dobra. Który podarował mi, jakieś inne… Że mogę zobaczyć jakieś inne życie, że może to jest możliwe. Oczywiście bardzo racjonalnie mnie przygotowała, żeby udoskonalić moje mówienie. Żebym nie zaciągała z litewska, żebym nie mówiła miękko, tylko żebym mówiła pięknie, dobrze po polsku. I powiedziała z uśmiechem: “Ja nie wiem, czy ty się nadajesz na aktorkę. Ja też nie wiem, czy mój syn się nadaje do tej szkoły, Wyższej Szkoły Muzycznej. Ale tam i u ciebie i u niego będą ludzie, którzy będą o tym wiedzieli, czy ty się nadajesz. Ja się na tym nie znam. Potraktujmy to jako przygodę. A zawód masz w ręku. W każdym szpitalu w całej Polsce cię przyjmą”. I ona się stała moją mamą. Ona mnie zabrała do Warszawy. Ona była przy moich egzaminach. Ona była ze mną i nigdy w życiu nie obudziła we mnie chorych ambicji, że ja muszę zostać aktorką. Nigdy. Więc jak były momenty podczas egzaminów takie, że… że właściwie chciałam już wracać do domu. Myślę sobie, mam zawód. Po co mi to wszystko? No ale stało się tak, że zostałam przyjęta. No i tym sposobem w wieku dziewiętnastu dopiero lat, bo ja kończyłam pięcioletnie liceum, więc byłam rok starsza od moich kolegów, którzy zdawali. A myślę, że byłam już bardzo dojrzałym pod różnymi względami, bardzo dojrzałym człowiekiem, więc w ten sposób narodziłam się na nowo. W ten sposób się stało to, że… że trafiłam do tego świata. Magicznego świata, który… nie wyobrażałam go sobie tak, jak potem to zobaczyłam. Ale namiastka tego wszystkiego już była. Więc… no tak zostałam aktorką.
[Biała plansza. Pośrodku czarny napis prostą czcionką: Pamięta Pani swój debiut jako aktorki? Jaki był Pierwszy film w jakim Pani zagrała?]
MP: I moim pierwszym filmem, czy można sobie wymarzyć lepszy debiut, u samego pana Tadeusza Konwickiego? W Dolinie Issy. To było, to jest moje piękne wspomnienie. Na początku oczywiście tragiczne, bo poszłam na zdjęcia próbne, myślałam, że będę musiała coś mówić, prawda i tak dalej, a chodziło tylko o to właściwie… A byłam dziewczyną z warkoczem i Jurek Łukaszewicz, operator, kazał mi tylko gdzieś tak zza węgła coś tam, że wyglądam, że patrzę, że tak patrzę i tak na ten sposób. I to było wszystko. To były całe moje zdjęcia próbne. Ale to jest właśnie przerażające, bo jak wychodziłam z Chełmskiej, to raptownie widzę, że pan Konwicki idzie w moim kierunku. I on do mnie podchodzi i wita się ze mną po litewsku. A moi rodzice nie nauczyli nas tego języka, nawet jak się mówi “dzień dobry”. Przeżyłam horror wtedy, bo ja nie zrozumiałam, co on do mnie mówi. Domyśliłam się, że coś no wita mnie i ja nie umiałam mu odpowiedzieć. Byłam tak przerażona wtedy. Ale on zobaczył, że ja nie znam tego języka i tak, jak to pan Tadeusz, tak minął i pokazał, że nie ma problemu. Wszystko jest w porządku, nie ma problemu. I odszedł. Ja wsiadłam do autobusu i się rozryczałam jak dziecko, bo ja myślałam, że to jest koniec, że ja się nie dostanę do tego filmu, bo nie umiałam powiedzieć “dzień dobry” po litewsku. No ale szczęśliwie się złożyło, że dostałam tę rolę. I to była też przecież moja pierwsza nauka, pierwsze doświadczenie z kamerą. I pamiętam po pierwszym ujęciu już, na planie kręciliśmy tę Litwę na Suwalszczyźnie. Ta Suwalszczyzna przypominała panu Konwickiemu Litwę, za którą on całe życie tęsknił, tak jak wszyscy ludzie, którzy stamtąd przyjechali do Polski, uciekając przed Ruskimi. I pamiętam to moje pierwsze ujęcie, że tylko tak miałam iść, taką polną drogą, z drzewami. Takie cienie były, migotały one na mojej na pewno twarzy. I miałam iść zrozpaczona, że ten bohater, którego grał Jerzy Kamas, że mnie nie chce. I ja musiałam zagrać to idąc w tej zapasce takiej wiejskiej. I tak zagrać z tym warkoczem, że cierpię. No i tak parę dubli kazali mi powtórzyć. Starałam się tak odczuwać i grać, tak jak pan Konwicki mi kazał. I potem on powiedział, że to wystarczy, że dziękujemy, że koniec. A ja tak stałam, pamiętam, na tej drodze i tak patrzyłam takimi tęsknymi oczami za nim, czy szukałam potwierdzenia, czy on jest zadowolony, czy ja dobrze to zrobiłam. I pan Tadeusz Konwicki tak przeszedł koło mnie i powiedział do mnie w oczy: “Czujesz kamerę”. I poszedł. Więc taki miał, miałam mój chrzest filmowy w takiej okoliczności.
[Biała plansza. Pośrodku czarny napis prostą czcionką: Czy pamięta Pani plany filmowe w Wytwórni Filmów Fabularnych w Łodzi?]
MP: Ja pamiętam tę Łódź właśnie z takiej dziwnej okoliczności, bo wtedy, mówię szczerze, nie pamiętam dlaczego byłam w Łodzi. Nie pamiętam w jakich okolicznościach, ale dostałam telefon, że muszę wsiąść w pociąg w Łodzi i pojechać pociągiem do Włocławka po odbiór nagrody, bo ich DKF przyznał mi nagrodę za Obywatela Piszczyka. I miałam jechać odebrać tę nagrodę. I oni tam pokazywali ten film. I dla mnie Łódź się będzie zawsze kojarzyła z tym, że ja wsiadłam, miałam parę groszy na ten pociąg, pojechałam do tego Włocławka, dostałam… Teraz żałuję, że to gdzieś podczas moich kolejnych przeprowadzek, że to gdzieś zaginęło. Możliwe, że zostało to zbite, bo to dopiero dzisiaj byłaby wartość, bo Włocławek jest teraz uznany za coś wyjątkowego, prawda? A ja dostałam taki dzban. Ogromny, taki dzban. To było moje. I to było bardzo zabawne, bo następnego dnia rano ja z tym ogromnym dzbanem musiałam wrócić do Łodzi. No i jednocześnie wjechały dwa pociągi. Jeden pociąg i drugi. I ja na jednym widziałam Warszawa-Łódź i na tym widziałam Warszawa-Łódź. Zdurniałam, nie wiedziałam w ogóle, do którego mam pociągu wsiąść. A miałam tylko na powrót pieniądze na bilet powrotny do Łodzi. I wsiadłam. Wydawało mi się, że to dobry. Wsiadam i tam pytam ludzi. Ale nie, nie, to do tamtego trzeba wsiadać. Ja jak w momencie, kiedy się przedarłam z tym dzbanem ogromnym i wyskoczyłam z tego pociągu, już prawie w biegu, no to ten pociąg prawidłowy do Łodzi już zobaczyłam, jak tył tańczy. I zostałam z tym dzbanem, bez kasy, głodna i miałam wrócić do Łodzi. I musiałam przez parę godzin czekać na kolejny pociąg do Łodzi. Pamiętam, jeszcze kiedyś byłam na zdjęciach próbnych jakichś, ale tam już z góry było wiadomo, że tam już jest obsada, więc my pewnie ściągnięte byłyśmy dziewczyny młode ze szkoły. Może w ten sposób też tak nas rejestrowano już i byliśmy jakoś dokumentowane, jakie jesteśmy. No i Pożegnanie jesieni.
[Biała plansza. Pośrodku czarny napis prostą czcionką: Na czym polegała Pani rola w filmie, kręconym w Łodzi – Biały Mazur?]
MP: Ja nie wiem czy w ogóle do tego wracać, bo myśmy były wtedy na czwartym roku. I tajnie, żeby rektor się nie dowiedział, statystowałyśmy gdzieś. Robiłyśmy jakieś już rzeczy z ogromnym strachem, żeby nie zostać wyrzuconym ze szkoły. Bo kiedyś nie można było grać. Potajemnie żeśmy to robiły, żeby parę groszy zarobić, prawda? No bo początki… No trudne były. Ja nie miałam rodziny, która mnie wspierała, prawda? W sensie takim, że szukało się okazji i się nadarzyła okazja, że były potrzebne dwie młode dziewczyny jako tam jakieś córki, które podsłuchują gdzieś na schodach coś. Myśmy nawet nie wiedziały do końca w ogóle o czym jest ten film i co to w ogóle jest. Więc nie uznałabym tego za mój debiut filmowy. [Biała plansza. Pośrodku czarny napis prostą czcionką: Jak wspomina Pani czas studiów i pierwsze lata po studiach? Czy miała Pani stypendium? Gdzie Pani mieszkała?] Dla mnie szczęśliwie się złożyło, że dostałam dziekankę, tak zwany, no dziekanka, czyli akademik na Krakowskim Przedmieściu, prawda? No i tam to był taki ogromny akademik, bo tam i ludzie, którzy studiowali na Akademii Sztuk Pięknych i ludzie, którzy studiowali również w Wyższej Szkole Muzycznej. Więc no tam był niezły tygiel. A my jako studentki miałyśmy swoje osobne poddasze. To było poddasze, na którym było tylko i wyłącznie pięć pokoi i mieszkałyśmy po dwie. Dopiero już jak ktoś był na ostatnim roku studiów, no to wtedy miał te jako już jedynkę, prawda? Ale tak to na początku, czyli co, no, dostałam stypendium, więc byłam szczęśliwa. Dałam sobie radę na studiach, bo dostałam stypendium. Jako dziewczyna urodzona w biednej rodzinie dostałam dziekankę i tak żyłam przez cztery lata, mieszkając tam, radząc sobie. Obok mnie mieszkały wtedy między innymi Joasia Pacuła, która karierę potem wyjechała, uciekła i zrobiła sobie tam karierę w Ameryce. Ale pamiętam nasze początki. Miałyśmy jeden palnik na korytarzu, jeden palnik, jedną patelnię. I tam się smażyło cebulkę z koncentratem pomidorowym, prawda? Jakiś makaron i tak się żyło. Tak się żyło cztery lata. Oczywiście dla mnie najważniejsze, dla mnie najważniejsze były te wszystkie zajęcia w szkole. Ze szkoły się nie wychodziło przez… Od rana do nocy się siedziało w szkole. Ćwiczyło się sceny. Na wykłady się chodziło. Myśmy nie wychodzili ze szkoły. Pamiętam nawet, jak żeśmy już te sceny próbowali, prawda, dobieraliśmy się z kolegami, z kim się gra, to się wychodziło i przed dwunastą w nocy ze szkoły. Więc tak wyglądały te lata. To nie znaczy oczywiście, że nie było czegoś innego, ale głównie ja byłam bardzo na tym skupiona. Bardzo. Myślę, że też dla mnie to było takie nobilitujące, bo na początku, no przecież intuicyjnie działałam. Wiedziałam, że przyszłam się uczyć. Więc czasami jakieś różne dziwne rzeczy się działy, jakiś etiudy żeśmy wymyślali dziwne i tak dalej. Oczywiście profesorowie nam uświadamiali, że to nie ta droga. Więc były momenty załamania i płaczu w poduszkę, że może trzeba jednak tam wracać, nie dam rady, ja nie umiem, nie wiem czy ja dam radę. Każdy z nas miał momenty załamania. No ale brnęliśmy, a ja nie bardzo miałam dokąd wracać i niechętnie bym wracała. Zdarzało mi się, że zostawałam w ogóle w tym akademiku na cały okres, wakacyjny nawet. Więc… Ale miałam wspaniałych kolegów na roku, którzy zapraszali mnie czasami do siebie. Widziałam… Poznawałam ich rodziców, poznawałam ludzi, którzy byli zainteresowani swoimi dziećmi. I to było coś. Dali czasami fajny obiad zjeść, więc… No wszyscy jakoś tak, nie wiem, no… Myśmy pomagali sobie nawzajem. Bardzo żeśmy się wspierali.
MP: Pamiętam oczywiście takie momenty, gdzie zadanie aktorskie jest. I moi koledzy niektórzy pytali mnie, jak ja to widzę. Więc… no wsiąkałam w to środowisko, wsiąkałam w ten świat. I tak naprawdę to był mój wtedy jedyny świat. Taki prawdziwy mój świat. Świat zaczarowany. Świat, który odkrywam. Świat, w którym mam być. I chcę dać z siebie wszystko. Chcę być dobra. Chcę się uczyć tego. Więc… Bo nic więcej nie miałam. Więc byłam bardzo, bardzo w to zaangażowana. Bardzo. A potem się tak złożyło, proszę nie zapominać, w jakim czasie ja kończyłam szkołę. Ja kończyłam Szkołę Teatralną w 1980 roku. W roku, w którym już wszyscy wiedzieli, że będzie źle. Była bieda totalna. Było bardzo ciężko i była ta świadomość taka, że, że jak to, my młodzi ludzie chcemy pracować, chcemy kręcić, chcemy grać, chcemy uprawiać, chcemy się uczyć dalej u mistrzów. Wszyscy czuli wtedy, że coś się złego stanie. I w tym czasie się tak złożyło, że dyplom z nami robił reżyser Grzesiński, który zrobił z nami Sen nocy letniej. I on taką grupę stworzył, z którą pracował, i mówi: “Słuchajcie, Maciej Prus wraca z teatru ze Słupska, ja tam jadę, jedziemy razem, zrobimy teatr. Będziemy kontynuować dzieło samego pana Macieja Prusa”. I namówił nas. Pojechaliśmy do Słupska robić teatr. Oczywiście to był teatr dalej taki w pewnym sensie trochę studencki. Ale widzieliśmy ten upadek w tym kraju, tam. Już wiedzieliśmy po jednym sezonie, że trzeba stamtąd uciekać. I uciekliśmy wszyscy. Dostaliśmy szansę powrotu do Warszawy. I tak naprawdę, jak teraz tak patrzę na to doświadczenie tego jednego sezonu w teatrze w Słupsku, a tak się złożyło, że, że jak już byłam namówiona z kolegami, że jedziemy robić razem teatr, to wtedy przyszła propozycja z Teatru Współczesnego w Warszawie. I [śmiech] ja do dzisiaj nie mogę tego pojąć, że ja to zrobiłam. Że ja powiedziałam, że ja nie mogę, bo ja już przysięgłam i że jadę tam z kolegami i złożyłam przysięgę. Oni popatrzyli na mnie jak na niespełna rozumu osobę. Ja tu mam propozycję grania, nowa premiera, a ja jadę grać do Słupska. I dopiero potem sobie uzmysłowiłam i wróciłam do akademika. Co ja zrobiłam? Wpadłam w czarną rozpacz. Myślę, że to jest koniec mojego życia. To jest koniec. Ale był telefon po jakimś czasie z sekretariatu Teatru Współczesnego i tam usłyszałam, że mogę wrócić. Że mogę wrócić. Ulga była. Dyrektor Englert powiedział, że rozumie moje działanie, bo kiedyś sam był w podobnej sytuacji, więc mogę wrócić. I z takim nastawieniem pojechałam tam, ale już po paru miesiącach wiedziałam, jaki błąd straszny zrobiłam. Bo mogłam już się uczyć dużo więcej od tych mistrzów. Bo młody człowiek, który wchodzi w zawód, potrzebuje mistrzów obok siebie. Ja nie ujmuję absolutnie nikomu tego, że tam było parę fantastycznych aktorów, którzy po prostu tam byli. Tak los zrządził. Ale ja czułam, że potrzebuję czegoś innego. Okoliczności polityczne spowodowały to, żeśmy się szybko spakowali wszyscy. I szczęśliwie nie tylko ja zostałam przyjęta, ale zostali przyjęci również moi koledzy. Więc byliśmy dalej razem w Teatrze Współczesnym, wśród pełną gębą profesjonalistów. I tam się zaczęło znowu wszystko od nowa. Ale za sekundę przecież był stan wojenny. I znowu wszystko runęło. I znowu nie można było grać. I znowu było… To znaczy znowu, no zamknięto nam teatry. Nie wiedzieliśmy, co dalej. Więc to był trudny bardzo start w ten zawód. W takich okolicznościach. Więc, no cóż można powiedzieć. Ile na pewno straciliśmy my, młodzi ludzie, którzy powinni w tym czasie grać, kręcić filmy piękne, rozwijać się, dojrzewać aktorsko. Mieliśmy, no, podcięte skrzydła. Ale w tym wszystkim pozytywem takim wielkim, największym było to, że w tym lęku tego stanu wojennego, w którym ja byłam straszliwym, bo nie byłam z Warszawy. A wtedy był nakaz powrotu tam, do miejsca zameldowania. Marysia Mamona, koleżanka jeszcze ze studiów, bo pamiętam ją, jak ona kończyła wcześniej i potem w Teatrze Współczesnym, zatrudniła mnie jako niańkę do swojego dziecka, żebym mogła mieć ten meldunek w Warszawie. Więc to wszystko było takie niesamowite. Z jednej strony. takie podcięcie nam skrzydeł, ale z drugiej strony mieliśmy to swoje miejsce. Mieliśmy Teatr Współczesny, w którym nie mogliśmy grać, bo nam zakazano, ale mogliśmy próbować. I przygotowywaliśmy naszą premierę. Cały zespół był zatrudniony do tej Pastorałki Schillera, żebyśmy mieli wszyscy poczucie, że dalej, że robimy. Że próbujemy, że robimy, że kiedyś przyjdzie ten moment, że powiedzą: “no dobra, to dajecie premierę”, prawda? Więc takie były moje początki, bardzo trudne, bardzo trudne. To nie znaczy, że potem było łatwo. [śmiech] Po prostu ja się z tego śmieję, wspominam dobrze, widocznie to mi było pisane. I nie ma co narzekać. Ja tam jestem codziennie wdzięczna za to, że właśnie tak było. Że tak się stało, tak miało być. Ale dzięki temu jestem tutaj. Jestem. Jestem teraz z wami tutaj. Przecież nie zaprosilibyście mnie inaczej, prawda?
MP: Więc jestem wdzięczna za wszystko. Jestem wdzięczna za to, że kiedyś robiło się, jak byłam młoda, robiło się filmy rzadziej. Było nas aktorów mniej, mniej filmów się tworzyło. Było trudniej zdobyć pieniądze na to. Była cenzura wtedy, ale szczęśliwie się z drugiej strony składa na to, że robiono filmy na podstawie fantastycznej literatury. I jednak pracowaliśmy. Robiliśmy mniej, ale pracowaliśmy. Mieliśmy teatr też. Więc to się wszystko wolno tak toczyło. No oczywiście nie tak jak teraz, bo teraz młodzi ludzie zupełnie inaczej startują. Ale czy im zazdroszczę? W ogóle nie. Nie, bo moim zdaniem wtedy było ciekawiej, bardziej interesująco. Bo wtedy reżyserzy filmowi chodzili do teatru, oglądali nas. Szło pocztą pantoflową, że a ktoś taki młody fajny się pojawił, że może warto go wziąć i tak dalej, popróbować. Więcej wiedzieli o nas, ale byliśmy mniejszym środowiskiem. Potem były trzy szkoły tylko. A teraz? W dzisiejszych czasach są różne prywatne szkoły, jakieś studium ktoś kończy, tak, tak. O wiele większą mają między sobą konkurencję. Myśmy tego aż tak strasznie nie odczuwali. Było nas mniej. Było nas mniej. Robiliśmy wolniej, a poza tym wtedy ja też byłam nauczona, to są słowa, pamiętam od Krzysia Kieślowskiego: “trzeba umieć zawsze czekać”. Trzeba czekać, coś się wydarzy ważnego na pewno w twoim życiu. Trzeba umieć czekać. I ja całe życie czekałam. Zdarzały się różne cuda, wspaniałe spotkania z reżyserami wspaniałymi. Każdy film dla mnie, w tamtych latach młodości, był ogromną przygodą, wspaniałą przygodą. Tak samo jak takim wielkim wyróżnieniem wtedy było to, jak zadzwoniono z Festiwalu Filmów Fabularnych, które się wtedy odbywały jeszcze w Gdańsku. Jak zadzwoniono do sekretariatu i powiedziano, że mam wsiąść do pociągu i przyjechać i zgłosić się. A wtedy pokazywano parę moich filmów. I wtedy po raz pierwszy utworzono nagrodę za rolę drugoplanową. Tak że jestem matką chrzestną tej kategorii. Bo sam Zygmunt Kałużyński, którego żeśmy się wszyscy cholernie bali, jego oceny, on do mnie wtedy powiedział, jak ja tak przyjechałam z tą torebeczką jakąś małą, w dżinsikach i w jakimś sweterku, i zobaczyłam go, on mnie zobaczył i takim ostrym tonem do mnie powiedział; “No i co ja mam teraz z panią zrobić”? Ja nie wiedziałam, o co mu chodzi, byłam przerażona. No ale wtedy właśnie dostałam. Utworzono tę nagrodę drugoplanową. Więc mam piękne wspomnienia. Mam również i smutne wspomnienia. Bo mogłam zagrać w filmie Andrzeja, pana Andrzeja Wajdy, w Kronice wypadków miłosnych. I w tym nie zagrałam. A mogłam zagrać. Ale to nie była do końca moja decyzja. Ale nie będę o tym mówiła dzisiaj. Może kiedyś o tym napiszę. Ale bardzo tego żałuję i myślę, że może w ogóle wszystko inaczej by się też filmowo mi potoczyło. No i że nie zagrałam w Wiernej rzece. Ale no tak widocznie miało być.
[Biała plansza. Pośrodku czarny napis prostą czcionką: Jak Pani odbiera filmy, w których przyszło Pani zagrać. Nagrody, które mogła Pani odebrać. Co one dla Pani znaczą?]
MP: Tak, no ja myślę, że w ogóle każda moja… Przecież to były moje małe przygody, ale jak ważne, i ważne to były filmy. Filmy były nagradzane, nie tylko w Polsce, te filmy. Debiuty wtedy, w których zagrałam i Andrzeja Domalika i Mariusza Trelińskiego, to były bardzo wybitne, dwa wybitne debiuty. Wybitne. Więc miałam to szczęście, że zagrałam w nich. Tym bardziej, że debiut, prawda, Zygfryd na podstawie opowiadania Iwaszkiewicza. Wyszedł z tego piękny film. Andrzej zrobił piękny film. Film został nagrodzony nie tylko na festiwalu naszym, ale również w Taorminie. Ja tam dostałam nagrodę międzynarodową za moją rolę, której nigdy oczywiście nie odebrałam. Nie odbierałam osobiście, bo nikt mnie tam nie wysłał. Ale takie były czasy. Myśmy często nie wiedzieli w ogóle, że nasze filmy są gdzieś pokazywane na festiwalach. Nie uczestniczyliśmy. Jechali inni ludzie, ważniejsi. Ja żałuję, że w takich okolicznościach teatru starożytnego, prawda, odbierać nagrodę i twoje nazwisko jest wyczytywane i mnie tam nie ma, ale to nie był czas, gdzie wysyłano, gdzie się dla niego szyło sukienkę [śmiech] ładną i że się reprezentowało nasz kraj. Tak było. Tak było, ale ja się cieszę, że te debiuty były tak postrzegane i tak nagradzane. To znaczy mam poczucie, że zrobiliśmy kawał wspaniałej roboty. Więc wspomnienia mam cudowne. Jezioro Bodeńskie Janusza Zaorskiego, cudowna przygoda. W ogóle praca z Januszem to była bajka. Było cudowne, w ogóle to jak on tworzył, jak tworzy. Jaką on atmosferę robi w ogóle podczas pracy, jak to wszystko jest dopracowane, dopieszczone przez niego. No to myślę, że każdy z nas, a ja w szczególności, młoda wtedy aktorka, rozwijałam skrzydła i poświęciłam swoje włosy blond, naturalne, żeby tą henną mnie tam potraktowali. Miałam być tą rudą Renée, czyli tak zupełnie coś innego. Dla mnie to jest najbardziej fascynujące, że tak różne role mogłam zagrać. Tak jak w Zygfrydzie… Fordancerką byłam w Jeziorze Bodeńskim, a tutaj woltyżerką, że w cyrku. Że pierwsze zetknięcie z Jankiem Nowickim, że z takimi aktorami. I to były przygody. Te zmiany takie, że trzeba było się tak fizycznie zmienić, że zupełnie innych środków jakichś użyć do zbudowania roli. To mnie bardzo wtedy fascynowało, bardzo. Że nie powielałam swojej takiej jednej twarzy, jednego wyglądu do kolejnych produkcji. Dlatego jak mnie dzisiaj ktoś pyta “A który ma pani taki swój ukochany film”? Ja mówię wszystkie. Bo to każdy film to było zupełnie inne spotkanie z wybitnym, nieprawdopodobnie interesującym, cudownym reżyserem i tematem. Więc w tym takim trudnym starcie i tego stanu wojennego i tego wszystkiego i tej biedy gdzieś w pewnym sensie, czuję się szczęściarą, że dane mi było w tym wszystkim być. Robić takie piękne filmy. Czy chociażby potem, jak wybitny debiut, magiczny debiut Mariusza Trelińskiego. I to nasze pierwsze spotkanie, jak… Jak do mnie zadzwonił, telefon do mnie dostał. Przecież były telefony stacjonarne. I że spotkanie… Ja powiedziałam, niech pan przyjdzie do mnie. Na Ursynowie, w moim małym mieszkanku. Otworzyłam, dzwonek zadzwonił, otworzyłam i stał przede mną chłopiec. Myślałam, że ma może 17 lat. Z plecaczkiem. A to był sam Mariusz Treliński. Wybitny, wielki reżyser, który teraz jest jednym z największych twórców opery. I on… fantastycznie, że rozwinął to, swoją wyobraźnię, swoje patrzenie, wizje w ogóle swoje, że przekazuje to tam. No bo może nie umożliwiono mu wtedy… Kto wie, ja nie wiem dlaczego. Nie zrobił następnego wielkiego takiego, prawda, że to nie poszło. Nie wiem dlaczego.
MP: Nie znam historii, nie znam szczegółów żadnych, nie wiem. Ja jestem szczęśliwa, że ja w takim filmie, że mogłam, dane mi było zagrać Helę Bertz. Że dane mi było zetknąć się z moimi wybitnymi samymi kolegami, z którymi grałam. Że dane mi było w tamtych czasach, gdzie było naprawdę bardzo trudno o kostiumy jakieś wyszukane i tak dalej, że takiego cudu dokonała Ewa Krause, która po prostu zdobywała gdzieś te kostiumy, żeby wszystko było z tamtej epoki, żeby było dopieszczone, żeby było z fantazją, z takim szaleństwem. I tak było. Te futra dla Heli Bertz, pożyczane gdzieś w jakiejś wytwórni futer, które chyba szły na zachód tam, były sprzedawane. I było to wypożyczone jako relikwia w ogóle. No i w takim futrze wyjść do sceny, którą kręciliśmy na zamarzniętym Morskim Oku. Na dywanie. Pięknym, czerwonym dywanie na śniegu. Naturalna sceneria. Słońce i góry wokół nas. Mróz, śnieg. Diamenty błyszczą na tym śniegu, od słońca. I my tam gramy, i ja w tym futrze. Dla nas to w tym bajka była, dla mnie. To już była kreacja pod każdym względem. Każda scena, wszystko było kreacją, którą on tworzył. Mariusz Treliński, młody człowiek, który debiutuje. Jego wyobraźnia, jego wyczucie wszystkiego, koloru tego wszystkiego, no budowanie scenografii przecież w Łodzi. Przecież Przedworski tutaj zbudował pałac, mój pałac z basenem. To było, no to było coś nieprawdopodobnego, że dane mi było coś takiego przeżyć. Więc jestem absolutnie szczęściarą. Zetknięcie się w ogóle z taką materią, zagrać Helę Bertz, zagrać to wszystko, wykreować, zrobić… Myśmy się wszyscy stawali tymi postaciami w tym wszystkim. I to jak wszystko to reżyserował, jak kreował ten młody człowiek, to naprawdę było coś. Tak mi się wydaje, że do końca w tamtym czasie nie doceniono w Polsce tego filmu. Tak uważam.
MP: Potem po latach, po latach, kiedy następuje odwilż, rok dziewięćdziesiąty, zaczyna się wszystko zmieniać. Wtedy po raz pierwszy mam propozycje odgórne władz, że jestem zaproszona na Festiwal Polskiego Młodego Kina do Sorrento. I że tam jadę. I tam będzie pokazywany Konsul, film Konsul, i tam będzie pokaz Pożegnania jesieni. To było wydarzenie dla mnie ogromne. Pierwszy raz w życiu jadę na festiwal, a wcześniej moje filmy były na festiwalach. Ale ja osobiście jadę na jakiś festiwal, i to jeszcze Młodego Kina Polskiego, z moimi kolegami, którzy reżyserowali. I wtedy z Krzysiem Kolbergerem, który też pierwszy raz został wysłany. W ogóle okoliczności tego wszystkiego jakieś magiczne były. I ten pokaz, kino full wypełnione, sale wypełnione za każdym razem. I pamiętam ten… Pamiętam jak został przyjęty Konsul, no bo praktycznie ich bohater taki narodowy, czyli uroczy łobuz, uroczy dżentelmen, którego genialnie zagrał Piotrek Fronczewski. Przepraszam, powiedziałam Piotrek, Piotr Fronczewski. Owacja była na stojąco wtedy. To był ten mój pierwszy film. I tak ludzie stali, bili brawo, ja siedziałam między nimi. No wstaliśmy wszyscy i ci ludzie wypatrywali, gdzie to jest ta gwiazda. [śmiech] Gwiazda. A ja… Nie byłam przebrana za gwiazdę. Miałam bluzeczkę w kropeczki, pożyczoną od koleżanki, bo powiedziała, że tak będzie elegancko, bo Włoszki ubierają się w kropki obecnie. Więc po prostu tak wyglądało to wszystko. Ten pierwszy taki festiwalowy występ. A potem był pokazany film Pożegnanie jesieni i tam ludzie też oszaleli. Został przyjęty owacyjnie. Potem biegały za mną jakieś panie, które mówiły do mnie: “Przyjeżdżasz do nas, kręcimy razem na Capri, kręcimy film, przyjeżdżasz do nas”, a ja nie bardzo rozumiałam, co one do mnie mówią. Przyjeżdżaj, a ja pierwszy raz przyjeżdżam gdzieś, prawda? Na festiwal, a one krzyczą ,,że musimy nakręcić razem film, że mają temat, że robimy na Capri, kręcimy film”. A ja się… ,,Czego one ode mnie chcą? Ja nie mogę nigdzie jechać, bo ja mam dziecko, które ma siedem miesięcy”. ,,Ale to nic, to przyjedziesz z dzieckiem, przyjedziesz z całą rodziną, wynajmiemy ci dom na Capri”. A ja to uznałam za żart. Bo byłam z PRL-u. Bo byłam z komunistycznego kraju. Bo nigdy nie byłam wcześniej na festiwalu. Bo uznałam to za żart. Że jak to, że ja w bluzeczce, w kropeczki, że one chcą, żebym ja stała się ich gwiazdą? Ja uznałam to za żart. Więc mam naprawdę piękne wspomnienia. Piękne. I to Pożegnanie jesieni, to było coś. To było coś. Dla mnie to był… Może się ktoś na mnie oburzy, nie wiem. Dla mnie to było coś, co mi przypominało, jak oglądałam filmy Felliniego. Który kręcił przecież w dekoracjach. I tak jakoś tak w głowie, nie wiem, takie obrazy widziałam. A potem te obrazy kreowaliśmy też w dekoracjach. W dekoracjach. Oczywiście trochę było tych scen na zewnątrz, ale większość to było wszystko zrobione w dekoracjach. Pierwszy raz widziałam wtedy tak zbudowaną dekorację. Taki pałac, taką przestrzeń. Pierwszy raz widziałam, uczestniczyłam, oglądałam jako bohaterka, właścicielka tego pałacu. Szaleństwo, że mnie to też bawi, bo to wiadomo, jakie czasy. Jaki to był czas międzywojnia. Tego takiego upadku, takiego poczucia, że już nic nie ma sensu. Że tylko trzeba się zatracić we wszystkim. I wtedy pamiętam, jak on, bo obserwowałam to jako Hela, tak z góry na takiej platformie, niby w tym moim pałacu, jak on reżyserował tą zespołową taką scenę tego szaleństwa. Pod muzykę samego Urbaniaka. Szaleństwo było, jak on to wszystko tam wykreował. I to szaleństwo naprawdę w tym ujęciu jest, było w tej dekadencji, tego końca. Końca świata, że ludzie się bawią, że mogą zrobić wszystko. Dzisiaj mogą zrobić wszystko. I moim zdaniem oddał to genialnie. Wyreżyserował to. Wymagał od tych ludzi, zarażał ich. Świetny był. Marzenie. Taki reżyser, młody, marzenie. Dla każdego aktora. I dla każdego człowieka, który w ogóle miał szczęście w tym grać. Naprawdę. To było coś.
[Biała plansza. Pośrodku czarny napis prostą czcionką: Czy czas dla polskiego kina w latach w 80-tych i 90-tych był trudny?]
MP: No tak. Początek lat dziewięćdziesiątych. Przecież to się wszystko dopiero zaczynało rozkręcać. Ja mówię o takim życiu nas wszystkich, że wtedy się dopiero pojawiali ludzie z różnymi produktami. Ja miałam małe dziecko. Ja pierwszy raz w życiu zobaczyłam wtedy na łóżku składanym pampersy. Wydawało mi się, a sama dostałam wyprawkę, tetrowe pieluszki. I to wszystko takie, to się wszystko tak zaczęło dopiero tworzyć. Potem raptownie, że reklamy. No to jaka była reakcja wtedy naszego środowiska? Przecież to hańba zagrać w reklamie. Niby dlaczego, nie? A teraz to jest normą. Normą, zwyczajną rzeczą. Więc to było bardzo trudne, że z jednej strony jesteś w tym PRL-u nauczona takiej drogi, że wszystko jest jakąś misją, że wszystko to co robisz w teatrze, to co wartości przekazujesz w filmie, to jest takie strasznie coś ważnego. Coś co służyło widzowi. To wspólna droga do wolności była wtedy przecież nasza. Do wolności. Czuliśmy wtedy wspólnotę z widzami. Doszukiwaliśmy się znaczeń. To była nasza droga do wolności, więc mieliśmy też inny stosunek do tego. Nie mieliśmy po prostu… Ja wiem, że tak było. Ja sama miałam moment taki, że… że Jezus Maria, ja się nie będę umiała w tym świecie odnaleźć. Bo raptownie tu, tu, tu, to, to… Jesteś świadkiem tego. Seriale. No to był trudny moment, bardzo był trudny. Sama się zastanawiałam, czy już po prostu zakończyć bycie w ogóle w tym zawodzie. Miałam taki moment. No ale niby jak ja bym zarobiła na życie, prawda? Więc… No, to były trudne czasy, bardzo były trudne czasy. Tym bardziej… No, ja wtedy patrzyłam szerzej. Ja nigdy nie patrzyłam taką swoją ścieżką kariery, że ja muszę jakąś karierę dalej tworzyć, robić coś. To było jakieś obce słowo dla mnie. Ja to traktowałam jako rzecz tak naturalną i normalną, że się coś… Dostajesz propozycję, że to znaczy, że ktoś chce ciebie do tego, że ciebie widzi, że spełnisz jego oczekiwania, prawda? Czyli cały czas jakoś tak misyjnie się na to wszystko patrzyło. A tym bardziej jak miało się dwadzieścia parę lat i się już tak… Było już się tak w tym zawodzie i się było na tajnym pokazie, na tajnym pokazie zakamuflowanym totalnie… I że miałam to szczęście być na pokazie, tajnym, filmu Agnieszki Holand, Kobiety samotnej, to to wrażenie, to to, co zobaczyłam, a sama byłam młoda, był ten stan wojenny. Przeżyłam straszne też rzeczy w związku z tym stanem wojennym. Przeżyłam potworny strach. Pierwszy raz w życiu widziałam pałowanie ludzi. I jeszcze zobaczyłam ten nieprawdopodobny film rozrywający… Nie umiałam się przestawić tak, że teraz idziemy dalej, że jest inaczej, że teraz już będzie inaczej, prawda? Ja po prostu trzymałam to w sobie i było mi trudno, trudno. A potem życie mnie zmusiło do tego, żeby pracować, żeby mieć się z czego utrzymać. Bo ja kręciłam dużo wtedy filmów. Pięknych filmów nakręciłam. Ale to nie było… To się nie wiązało z tym, że twoje życie się polepsza. Prawda? Że idziesz dalej, wyżej. Że jest ci lżej.
[śmiech] Ja pierwszy samochód, tu się przyznam, mój pierwszy samochód… Nigdy nie byłoby mnie stać jeszcze wtedy na żaden samochód. Miałam małe dziecko. Pracowałam, w teatrze pracowałam, chodziłam, prawda, tak jak wszyscy koledzy. Było jak było, ale się szło dalej. I wtedy ja już byłam po Dekalogu. I przyjechał ze Słowacji reżyser Martin Szulik, który jak mnie zobaczył w Dekalogu, to wymarzył sobie, że ja zagram w jego debiucie, w jego filmie debiutanckim. A ja miałam małe dziecko i ja po prostu myślę: “Chryste Panie, ja nigdzie nie mogę jechać. Ja mam małe dziecko. Jaka Słowacja, jaki film? Tu jest ciągła walka o byt. O byt”. Ja nie miałam takiego życia, że jako aktorka, prawda, że myślę o sobie tylko, żeby wyglądać, żeby iść tą drogą luksusu i tak dalej. Nie miałam tego w sobie, nie umiałam tego zrobić w stosunku do samej siebie, bo się zajmowałam wszystkim. Ja się zajmowałam wszystkim naokoło, żeby organizować życie, żeby jakoś to ciągnąć, żeby dawać radę. Nie myślałam wtedy o sobie. I myślę sobie, co zrobić, żeby oni się ode mnie odczepili, żeby mnie do niczego nie namawiali. I myślę, odczepią się ode mnie, jak ja im powiem coś, czego oni nie spełnią nigdy. Jakie ja mam żądania, że oni spełnią wszystko. Tego na pewno nie spełnicie! To zamiast honorarium, zamiast tych koron, to chcę mieć samochód wasz, Skodę. Bo oni produkowali Skodę. I myślę sobie, mam ich. A oni tak popatrzyli, pamiętam na siebie, z tym producentem, i powiedzieli: “przepraszamy”, na chwilę wyszli, widocznie naradę zrobili, wrócili i powiedzieli “dobrze”. [śmiech] Tym sposobem wróciłam ze Słowacji, sama nie prowadząc, tylko ze Zdeną Sisovą, która była ze mną jako tłumaczka cały czas, wspaniałą osobą. I zimą, żeśmy tym samochodem nieubezpieczonym, wracałyśmy. Na parking na Ursynowie za Megasamem, żeby tak stał ten samochód. Który oczywiście tam potem zaczęło wszystko wysiadać w tym samochodzie i tak dalej. Ale no to… Tak, łącznie z tym, że zabrałam na plan dziecko z niańką, dostałam mieszkanie, łóżeczko było już przygotowane, wszystko było przygotowane. I to było trochę głupie wszystko. Trochę głupie. No. Bo tak trudno grać, jak dziecko zostawiasz. Więc ja nie wiem, czy ja do końca się nadaję do tego zawodu.[śmiech] Bo nigdy nie umiałam jakoś do końca myśleć w tym wszystkim tak, że ja muszę zrobić karierę. Chyba tak nie było właśnie, bo dałam się namówić na dwie najgorsze pomyłki mojego życia, że nie zrobiłam tych dwóch filmów, które mogłam zrobić i bym zrobiła na pewno dobrze. Śmiem tak twierdzić. Więc sama nie wiem. Dlaczego ja taka jestem? Nie wiem.
[Biała plansza. Pośrodku czarny napis prostą czcionką: Współpracowała Pani z Krzysztofem Kieślowskim. Jakie to było doświadczenie?]
MP: Kieślowski to było… No to było jedno… Jak wszystkie inne, to było fantastyczne spotkanie z tym reżyserem. Z tak wybitnym reżyserem. Z taką ikoną przecież do dzisiaj. Bo do dzisiaj podobno na uczelniach, na świecie, filmowych ludzie młodzi się uczą na jego filmach reżyserii. Omawiają scenariusze, które on robił. Ja myślę, że on zostanie w naszej pamięci na zawsze. Każdego człowieka, który się zetknął z kinem. Absolutnie był wyjątkowy. Miałam to szczęście pracować z nim dwukrotnie. Jestem szczęściarą. Zrobiłam z nim Bez końca. Pracowaliśmy w trudnym czasie, w tym takim wtedy ponurym bardzo czasie dla nas wszystkich. Ale tam mówiliśmy o wolności, tam walczyliśmy o sprawiedliwość w tym filmie, o wolność, a dla mnie to nie był obcy temat. Więc bardzo żeśmy to wszystko przeżywali. Ja bardzo to wszystko przeżywałam. Ważne było dla mnie to, czy Krzysiek jest zadowolony. Czy spełniam jego oczekiwania. Musiałam spełniać, skoro wziął mnie, zaproponował mi Dekalog. Więc… No to było szczęście. A tym bardziej, mogę to opowiedzieć, dostałam scenariusz Dekalogu III. Wyjeżdżałam na krótkie wakacje pociągiem do Olsztyna. I tam zagłębiłam się w ten Dekalog III. Bardzo. Już byłam tak zafascynowana tym materiałem i tym, co mam tam zrobić. Byłam szczęśliwa. Ale Krzysztof zadzwonił do mnie do Olsztyna na stacjonarny telefon. Przecież nie było innych. I mówi do mnie tak: “Marysia, a może byś zagrała w tym odcinku o miłości?” Mówi: “Słuchaj, wyślę ci przez konduktora scenariusz, przeczytaj jeszcze ten scenariusz”. No i tego dnia, o tej godzinie dostałam wiadomość, że mam na dworcu odebrać egzemplarz. Od konduktora odebrałam, czytam. Fantastyczny. Po jakimś czasie Krzysztof dzwoni, mówi: ”No i co? Co zdecydowałaś”? Ja mówię: ”Krzysiu, a nie można zagrać w dwóch”? Mówi: “Nie”. Ja mówię: “Boże, no taka trudna decyzja, co ja mam zrobić, Matko Święta, jak ja mam wybrać”? Ale potem sobie tak myślę, no dobra, no w tym o miłości, to tam trzeba będzie się rozebrać. Trzeba będzie to… Ale już w tym trzecim, to już tak sobie powymyślałam. I tak… Boże, jaka trudna decyzja. A on mi wtedy nie powiedział, że z tej miłości to będzie film. Nie powiedział mi, nie wiedziałam. No i tak mówię, wiesz, no ja już się tak przywiązałam, tak psychicznie już siedzę w tej trójce, tak mocno emocjonalnie. No to może w tej trójce. Tak mi się wtedy wydawało, że ja tam mam dużo więcej do zagrania. No naiwnie myślałam. Ale z drugiej strony, dlaczego naiwnie? Nie. No i powiedziałam Krzysiowi, że uważam, że powinna zagrać Grażyna Szapołowska. I tak się stało. No, ale tutaj to by można było zagrać w każdym przykazaniu. W każdym. Tam każdy aktor, który zagrał, obojętnie, w której części, miał fantastyczne zadanie aktorskie. Bogate, pełne, ważne. Ważne, z przekazem. Więc w ogóle praca z Krzysztofem była tak samo fascynująca, jak z każdym innym reżyserem. Była wyjątkowa. Pamiętam te nasze pierwsze spotkania u państwa Kieślowskich na strychu. Ten stół drewniany, siedzimy wszyscy z herbatką i Krzysiek opowiada w szczegółach, jak to będzie robione, co jest ważne. Ja słuchałam, chłonęłam wszystko, każde jego słowo. Czyli były spotkania, spotkania, precyzyjne spotkania, rozmowy na ten temat. Przygotowanie było nas wszystkich. Więc, no, tak powinno być. I ja to miałam. Miałam. Miałam. No, jak sobie pomyślę, ile tych wielkich, wspaniałych ludzi, że ja miałam to szczęście, że złapałam od nich ich nitki, nitki dobra. Dobra takiego… Ja jako aktorka, jako człowiek czułam się wtedy potrzebna. Czułam się w jakimś tam stopniu wartościowa. Że tacy ludzie się pochylają nade mną, i że dają mi szansę. Bo jak wchodziłam w ten zawód, to nie miałam takiego poczucia. Głębokiego poczucia własnej wartości. Przez to, jakie miałam dzieciństwo, przez to, co przeszłam, długo tego szukałam. Szukałam.
[Biała plansza. Pośrodku czarny napis prostą czcionką: Co Pani czuje, kiedy patrzy wstecz na swoją karierę?]
MP: Przyszedł taki moment, że ja jestem po prostu wdzięczna za wszystko, co mnie w życiu spotkało. Jestem wdzięczna za każde łzy, za samotność, za cierpienie, za radość, ale na pewno nigdy euforyczną, jakąś taką bezgraniczną. Jestem wdzięczna za każdego człowieka fajnego, którego spotkałam w moim życiu, który rzucił do mnie swoją nitkę i ja na szczęście ją złapałam. Jestem wdzięczna za wszystko i tę wdzięczność wypowiadam każdego wieczoru do dziś. Więc było jak było, jest jak jest. Nie umiałam iść nigdy jak czołg, po swoje. Myśleć takimi kategoriami, że ja muszę zbudować to moje, bo się po prostu do tego zwyczajnie nie nadaję. I nie każdy musi być mocarny w tym zawodzie. Nie każdy musi mieć tę umiejętność przewidywania, kalkulowania, co mi się opłaca, co mi się nie opłaca. Ja nigdy nie umiałam tak myśleć. No i jestem, gdzie jestem. I za to też jestem wdzięczna. Za wszystko jestem wdzięczna. Po prostu jestem, jaka jestem.
