Przejdź do treści
Strona główna » Blog » Mirosław Araszewski – fotografik

Mirosław Araszewski – fotografik

    Transkrypcja rozmowy w formacie.docx

    Wystawy, to ja potem dopiero się zreflektowałam, że to jest równe 60 lat od mojej matury. I później miałem takie spotkanie autorskie z uczniami, bo to tam pan dyrektor mówi: „No to dobrze by było”, bo mam pięć klas foto, to mówię – ich zaproszę, mówię: „To przy okazji, wie Pan, zobaczą pracę, zobaczą autora i jednocześnie absolwenta tejże właściwie szkoły”. Tym bardziej, że szkoła dwa lata temu otrzymała imię Magdaleny Abakanowicz, ponieważ ona również tam kiedyś. się uczyła, potem była w gdańskiej ASP, później się przeniosła do Warszawy. No i do dzisiaj jest to po prostu imienia Magdaleny Abakanowicz. Duża wystawa była. Teraz jest druga taka nieco mniejsza w takim, bo tam są dwie galerie. Jedna galeria to jest „Art 39”, a druga jest „Debiut nad morzem”. Nie wiem, kto zna Orłowo to tam po lewej stronie jest tak zwana Adlerówna, czyli jak gdyby z końcówki XIX wieku taki zabytkowy budynek i tam jest właśnie taka ładna galeryjka. Zacznę od takiej właściwie historii. Żeby się dostać do Szkoły Filmowej w tamtym czasie, trzeba było odbyć taką rozmowę kwalifikacyjną, która polegała na tym, że w Warszawie na ulicy Puławskiej 61 były zespoły filmowe i część tych kierowników również była tu nauczycielami, czyli właściwie profesorami, pedagogami. Trzeba było do nich pojechać z własnym małym portfolio i po prostu, jak gdyby porozmawiać, patrząc sobie face to face, dlaczego ja chcę być w tej szkole, prawda. Czy ja w ogóle bym się nadawał? Czy mam jakikolwiek dorobek, czy się kwalifikuję? I podejrzewam, że większość właściwie decyzji tam zapadała, że później tu już egzamin to był dodatkowym, jak gdyby tylko sprawdzianem czy rzeczywiście ktoś, kto tam się nagadał, nagadał jest wart, żeby zostać tu studentem. No i potem się już rzeczywiście odbywały te klasyczne egzaminy, które miały miejsce tu na Targowej 61/63. Efekt był taki, że rzeczywiście w momencie, kiedy ja tutaj przyjechałem, to nie ukrywam, dla mnie to było pewnym szokiem z prostej przyczyny. To był po raz pierwszy tak zwany rok unitarny, czyli nie rozróżniano, kto jest na reżyserii, kto jest na operatorskim. Czyli wrzucono nas do jednego kotła. A szokiem dla mnie było to, że ja po średniej szkole nagle starłem się z ludźmi już po wyższych studiach. Bo część tych nazwisk to są już ludzie, którzy byli tam po politechnikach, po dziennikarstwie, po tym wszystkim, a ja tu nagle mały groszek się zjawiłem i miałem satysfakcję, zadowolenie, że udało mi się po prostu przejść ten cały, jak gdyby trudny etap. Może pomogła mi w tym właściwie taka historia, że ja nieco wcześniej zajmowałem się filmem amatorskim, no i uczestniczyłem w różnego rodzaju konkursach i tam poznawałem między innymi właśnie Kieślowskiego i Zanussiego, i tych ludzi, którzy też w tym ruchu amatorskim działali. Jak ja się tu zjawiłem, to były jednocześnie takie przeprowadzone testy, czyli przeprowadzenie analizy filmu. No i puszczono krótki fragment takiego filmu pod tytułem chyba Autobusy jak żółwie, to chyba Hena było, już nie pamiętam. Ponieważ ja już wiedziałem co to jest montaż, co to jest oś czasu, jakbyśmy dzisiaj powiedzieli, czyli wszystko to, co my obecnie mamy do obróbki filmu, to myśmy musieli to, jak gdyby otworzyć na sucho, po prostu ujęcie, po ujęciu montaż, też kontrplan, powiedzmy, wyprzedzenie dźwięku, kiedy dialog wchodził, prawda. No ja to dosyć rozrysowałam na takiej długiej taśmie, co potem się okazuje, było właściwie dla nas takim zadaniem między innymi wśród tematów, że musieliśmy taką jakby partyturę filmu rozpisywać. Oczywiście niecałą, bo to zająłby kilometry takich właściwie naszych wypocin, że tak powiem. Ja oprócz tego, ponieważ tak – zajęcia w plastycznym miałem z historii sztuki, więc już też łatwiej mi było. Rysunek też miałem jakieś tego typu. Najgorsze były te historie związane z teorią filmu, bo tu niestety była pewna bariera, dlatego że dla mnie teoria w tamtym czasie była jakąś magią, bo ja cały czas wierzyłem w film to jest film, to jest, jak coś robię, jak kręcę, to są kadry, to oświetlenie jakieś takie różne, fajne rzeczy, a tu się nagle okazuje, że jakieś dywagacje. I nagle między innymi tam wtedy, pamiętam, zajęcia z nami miał – on był dziekanem – pan Bolesław Lewicki i między innymi, do dzisiaj to pamiętam: „To, proszę państwa, ja wam tu napiszę teraz taki wzór na dzieło” – miło. Napisał na tablicy M razy C dzielone przez K, do dzisiaj pamiętam, co to znaczyło: materia razy czas podzielona przez konflikt. Miłe, prawda? Jak to dzieło zmierzyć, jak zapisać? No w teorii wzór jest.

    No i oczywiście parę innych jakiś takich przygód temu towarzyszyło. Między innymi pani nieżyjąca już dzisiaj Maria Kornatowska, bo ona była asystentką. No były dwie takie sympatyczne panie, Ewa Nagórska, to ona była asystentką Toeplitza, bo jak ja przyszedłem, to wtedy rektorem był Toeplitz aż do 1968 roku. Tutaj Kornatowska towarzyszyła panu Lewickiemu. No i efekt był taki, że te przedmioty się odbywały właściwie dla nas wspólne, bo mieliśmy również z tymi, powiedzmy, przyszłymi reżyserami zajęcia ze sztuki aktorskiej, która prowadziła pani Biling. Z kolei tam Leon Wohl prowadził z nami jakieś materiały światłoczułe. Tam Leszka jako asystent, on był z kolei kierownikiem laboratorium Czołówki. Tak Juryszka z kolei, Stanisław Wohl to praktycznie był, jak gdyby profesorem, który później z nami miał zajęcia. Wcześniej to byliśmy wrzuceni do takiego wspólnego właściwie tygla, który troszeczkę przypominał tak zwany zimny wychów, jakbym to dzisiaj nazwał. Otóż pierwszego dnia, kiedyśmy się zebrali w większej sali, chyba to była sala senatu, bo tam z reguły mieliśmy zajęcia z profesorem Toeplitzem z historii filmu. No i kiedy siedzimy wszyscy, wszedł pan Jerzy Bossak i mówi: „Proszę państwa, żebyście nie mieli złudzeń – połowy was po roku nie będzie”. No i tak się stało rzeczywiście. Nastąpiła po prostu tak zwana „wyretniłówka”. I tak się to wszystko później dalej toczyło. Efekt był taki, jak tu wcześniej wspominałem, że z Kłosińskim miałem, jak gdyby jakieś takie związki bardziej towarzyskie, bywałem u niego. Z kolei dzięki niemu później się znalazłem również we Wrocławiu na praktyce tam w wytwórni filmów. Z kolei, a to później właściwie, Marka Koterskiego poznałem, bo on dopiero potem był na reżyserii. Efekt był taki, że wraz z… Aha, no i z Idziakiem żeśmy się spotykali. Tam brakuje mi jeszcze jednego takiego nazwiska. To był Gamba. on był Afrykańczykiem. I myśmy praktycznie, pamiętam, chodzili normalnie do znajomych i tam wśród tych znajomych było jakieś dziecko. No ja to powiem jako pewną taką anegdotę, bo tak – przychodzimy, witamy się, fajnie, fajnie i nagle „To weź się przywitaj z wujkiem”. A to dziecko takie przestraszone patrzy: „To nie wujek, to murzyn”. Oczywiście dzisiaj się już nie używa tego określenia, ale jak to wiemy dobrze z dzieciństwa, była taka czytanka Murzynek Bambo w Afryce mieszka i jakoś nikogo to nie raziło. Tym żyliśmy, do dzisiaj też to pamiętamy, różne takie dziwne rzeczy. Poza tym, co tam jeszcze było ciekawego. Tam był chyba Kaliniewicz – to jest ten z kolei dżentelmen, który po prostu jadąc na jakiś reportaż w góry w Himalajach wypadł z samochodu. Ponieważ on bez przerwy spał, coś tam miał z krążeniem, nie wiem co. On bez przerwy, gdzie nie usiadł. I okazuje się, że też gdzieś na jakieś naczepie, przyczepie, nie wiem jak to się stało. Fakt jest faktem – wyleciał za burtę. Skończyła się jego, jak gdyby kariera cała. Przykra, smutna, ale tak to było. Kłosiński no to wiadomo, można się dużo naczytać na ten temat, bo rzeczywiście on później był asystentem Kurta Webera, który później był moim jak gdyby opiekunem na roku do przykrego tego 1968 roku, gdzie większość niestety tej kadry rozstała się z nami, a Kurt Weber prawie ze łzami w oczach mówi: „No niestety, proszę państwa, musimy się rozstać. Mam bilet w jedną stronę”, bo to był ten sławetny Dworzec Gdański, z którego ci panowie odjeżdżali.

    No i taka była właściwie prawda. Ze Sławkiem Idziakiem się chyba raz widziałem czy dwa, ponieważ on rzeczywiście jakby poszedł bardziej za ocean, niż w Europie. Potem już praktycznie go nie widywałem. Co prawda namawiałem tam jednego z moich studentów, żeby zrobił swój dyplom o rodzinie Idziaków, którzy mieli po prostu w Katowicach swój zakład fotograficzny. Mówię jeszcze o okresie przedwojennym, no to wtedy to była praktycznie elita wśród ludzi tych związanych, powiedzmy, z zawodem fotografa, sztuki, malarstwo, bo tam się wchodziło na piętro, tam był salonik, tam można by było wypić kawę, porozmawiać, a jakże. No i okazuje się, że ja mówię: „To zacznij od czegoś takiego i skończ z wywiadem i rozmową z Idziakiem, żeby zamknąć klamrę, bo on stamtąd wyszedł”. To zresztą tu często opowiadał, bo już tak gdyby to doświadczenie miał z racji tam współpracy z rodzicami w ciemni. Ale okazuje się, że ten mój tutaj z kolei dyplomat dopadł tam siostrę jeszcze, która tam dalej przejęła schedę po rodzicach. No i w rezultacie parę rzeczy się dowiedziałem, jak to funkcjonowało, jak to działało. No i w momencie, kiedy on tutaj się zjawił, to rzeczywiście był chyba jednym z w ogóle najmłodszych chyba studentów w tamtym czasie, bardzo żywiołowy. Tutaj brał najczęściej takie udziały w konkursach tańca. To się działo na Piotrkowskiej pod siódemkami, bo myśmy tam często chodzili. No i efekt był taki, że za każdym razem jakieś zdobywał nagrody, bo to wtedy praktycznie trzeba pamiętać, a to było okres tej muzyki, kiedy był Bill Haley i właściwie kto tam był – Presley, oczywiście, Pol Anka. Potem wszedł twist, Chubby Checker. To wszystko było i to takie właśnie się działo, że jak myśmy to kiedyś nazywali, takie szalone lata sześćdziesiąte. One owszem, były szalone dla nas, a potem się okazało, że jak przyszedł 1968, to one nie były już takie szalone. One były bardzo wtedy szalone, ale zupełnie, jak gdyby w innym wymiarze. No i taka była właściwie cała właśnie ta relacja. Te wszystkie rzeczy, które miały miejsce tam w uczelni, to one było tyle sympatyczne, że nas traktowano, bym powiedział, na pewnym luzie. To nie było niczego takiego, co miało miejsce na przykład na Politechnice czy na uniwerku, że tu nagle, a to prawo, takie prawo, a to jest fizyka, to jest chemia. Nie, nie, były takie rozmowy face to face, że się z profesorem rozmawiało i rzeczywiście to byli ludzie, którzy nas zachęcali do zrobienia czegoś, do szukania czegoś. Nawet był taki moment, który ja później jako belfer przechwyciłem. Mianowicie, kiedy ja miałem pomysł i przychodziłem do profesora i zaczynam mówić, że ja coś chcę zrobić, a oni mi wręcz mówi: „A jak ci nie wyjdzie?”. Ja mówię: „Ale ja bym to tak chciał” – „Ale jak ci nie wyjdzie?” i cały czas mnie tak podpuszczał. Później zrozumiałem, że to był chwyt pedagogiczny, że ja starałem się dowieść, że ja jednak to zrobię. To takie były rzeczy.

    To, co wspomniałem na początku, tak zwany zimny wychów. Ten zimny wychów też polegał, bym powiedział, na czymś, dzisiaj bym powiedział, dosyć perfidnym. Natomiast dla studenta na początku jest to szokujące, bo wchodzę do montażowni i mam kawałek jakiegoś materiału, który został nakręcony od – to Karabasz nam dał. To myśmy wtedy mieli takie wybrane miejsca. Tu była strzelnica na Kilińskiego, potem był z kolei taki bar na rogu Andrzeja i Kościuszki. I to studenci ze starszych lat nakręcili jakiś materiał i każdy dostał ten sam materiał. Teraz Karabasz mówi: „Masz zmontować z tego jakąś opowieść”. No i myśmy zaczęli rzeczywiście coś tam sobie kleić. Z tego samego materiału powstawały różne wersje, takie jak kto miał jaki pomysł. No i efekt był taki, wracając do tego zimnego wychowu, że nagle zapraszam profesora, żeby przyszedł, obejrzał materiał w montażowni, bo cały ciąg montażowni był tam na zapleczu. No i przychodzi profesor, oglądamy: „To jakieś gówno pokazujesz”. Wstaje, trzasnął drzwiami i wyszedł, koniec. To ja się miałem teraz dalej zastanawiać, porozmawiać z kolegami, gdzieś z montażystą później ewentualnie, bo myśmy sami nie kleili, tylko po prostu były panie od montażu i pod nasze dyktando. No niemniej materiał by nasz. I efekt był taki jaki był, człowiek stawał, no i co teraz? Znów coś tam przemontował, wykombinował, zrobił, znów tego profesora trzeba było tam zwabić. I efekt był taki, że właśnie na takich schodach siedzę i wtedy pamiętam, to był taki dziwny okres. Pan Jerzy Mierzejewski był dziekanem dwóch wydziałów: reżyserii i operatorskiego. No i tak przechodzi: „Panie profesorze…”. „Chwileczkę, chwileczkę”. No to ja usiadłem i czekam. Minęło z pół godziny, znów gdzieś przechodzi: „Panie profesorze, mamy…”. „Chwileczkę, chwileczkę”. No ja znowu siadłem i czekam na tych właśnie schodach tu. Wreszcie nie wytrzymałem, on leci gdzieś. Ja już na bezczela wstałem: „Panie profesorze…”. On mówi: „Synu, film polega na czekaniu”. Te teksty, które pamiętam, do dzisiaj je szanuję, bo rzeczywiście ten film, zresztą panu nie muszę mówić, zawsze na coś czekamy – jak nie na słońce, to na chmurkę, jak nie na chmurkę, to na deszcz, jak nie na deszcz, to na aktora, jak nie na aktora, to na aktorkę, prawda? Za każdym razem się na coś czeka i dzień upływa w pięknym stylu. Więc to trzeba mieć naprawdę odporność mamuta wręcz, żeby się bawić w kinematografii. Dlatego między innymi, jak wspomniałem, moja zabawa to był taki krótki romans z kinematografią, dlatego że stwierdziłem w którymś momencie, a stało się, kiedy już pracowałem jako ten starszy asystent, wykładowca, 12 lat przepracowałem w sumie w Szkole Filmowej. Jak się dostałem do związku fotografików, nagle stwierdziłem, że ja mogę robić sam dla siebie samodzielnie, bo film to jest fabryka. Ja jestem człowiekiem do wynajęcia. I taka jest niestety prawda. A tu w rezultacie się okazało, że jak gdyby inną ścieżkę sobie wybrałem i pomaszerowałem, do dziś, żyję w dobrej kondycji. Nie mam kompleksów. Nie jestem z tego tytułu jakby zawiedziony, zrozpaczony, oszukany. Jakoś mówię: „Nie no, tą ścieżkę ja wybrałem”. Mogę zazdrościć tym kolegom, którym się udało, ale jak gdyby oni mieli inną kondycję psychiczną, bo to rzeczywiście wymaga czegoś takiego. To jest tak jak możliwość życia w samotności. Tam trzeba mieć rzeczywiście do tego predyspozycje. Akurat się okazuje, że miałem, jak gdyby troszeczkę w innym kierunku te predyspozycje, to się wdałem z kolei w jakąś pedagogikę, właściwie bycia nauczycielem akademickim, w jakieś tytuły, Bóg wie w co. Gdyby ktoś mi kiedyś powiedział, że się puknij w głowę, gdzie ja będę jakimś nauczycielem? Nie będę nigdy. W sumie 30 lat z tego wyszło, jak się uzbierało, bo 18 lat, w której później przepracowałem, również po sąsiedzku będzie ta Wyższa Szkoła Sztuki Projektowania, gdzie byłem i prorektorem i kierownikiem katedry i w ogóle wszystkim. No ale pomijam. Mile też to wspominam. Skończyło się to pięć lat temu. Nie chcę tam, w tej chwili jakaś efemeryda właściwie funkcjonuje na zasadzie odrywania kuponów od tamtej szkoły, która była. No ale ja nie wnikam, bo to już jakby inna zupełnie historia.

    Wracając z kolei na Targową 61/63, to rzeczywiście to, co od tych wszystkich pedagogów wyniosłem, to inne spojrzenie na tamtą wtedy rzeczywistość, bo trzeba pamiętać, że ten pałacyk Kona był ogrodzony płotem murowanym. I dopiero w 1968 go rozebrano, żeby klasa robotnicza zobaczyła, co ci artyści tam robią. A ja głupi wtedy, znaczy naiwny, bo ktoś mówi: „Po co ten płot rozbierają?”. Mówię: „Żeby czołgom łatwiej było wjechać”, ale do głowy mi nie przyszło, że taki moment kiedyś nastąpi, że czołgi wjadą na tereny jakieś. Ale to takie właśnie były młodzieńcze różne pomysły. No i potem postawili ten płot, który jest dzisiaj, do dzisiaj oglądamy. A wchodziło się wówczas nie tak jak obecna właściwie brama, bo jej nie było. Wchodziło się nieco wcześniej. Tu była po prostu portiernia i nie wolno było, znaczy nie można było wejść na teren, jak się nie pokazało legitymacji studenckiej. Dopiero portier łaskawie mógł wpuścić dalej. I był płot między tym budynkiem, gdzie później ta wyższa szkoła, bo tam był ogólniak i został przekazany później filmówce. Więc ten płot rozebrano na terenie tam, gdzie było nasze takie powiedzmy boisko do kosza. No to za kadencji Henryka Kluby dobudowano tak zwaną elkę. I potem dobudowano te następne rzeczy tam, gdzie są te archiwa w tej chwili, bo myśmy praktycznie zajęcia mieli głównie w pałacyku Kona. Nie było innych, jak gdyby miejsc, bo dźwięk był na piętrze tam, jak gdyby za salą kinową, całe właściwie laboratorium to było w piwnicy. Mówię o fotografii, bo to fotografie wtedy prowadził Zbigniew Pękosławski, jeden z tych założycieli Związku Polskich Artystów Fotografików. Z kolei, co tam takiego jeszcze było ciekawego? No był ten ogródek po prawej stronie w ogóle z tą sadzawką, z fontanną, z tym wszystkim. No było, bym powiedział i uroczo i sympatycznie i bardzo kameralnie. Teren był bardziej, jak gdyby taki wygrodzony, bo on w tej chwili to się po pierwsze rozszerzył o cały budynek następny, bo przeniesiono Wydział Aktorski, który był na Gdańskiej, gdzie szkoła muzyczna i wtedy ich tutaj przeniesiono i otrzymali praktycznie całe jak gdyby piętro, a parter zajęła biblioteka i część tego właściwie laboratorium chemicznego też została przeniesiona do tego budynku. Z kolei w tej chwili to właściwie tak funkcjonuje, bo tam za montażowniami też zostały usunięte, jakieś budynki zostały przeznaczone od strony Kilińskiego, gdzie można było wejść. I teraz też ostatnio się dowiedziałem, że jeszcze jakiś tam budynek przy Kilińskiego został przekazany Szkole Filmowej, ale to są już takie informacje jak gdyby na bieżąco. No ale tak to się właściwie rozrastało. Tak to pączkowało i tak to właściwie mniej więcej wygląda.

    Dobór był taki właściwie towarzysko-koleżeński, że nagle tu jest kolega z reżyserii, prawda, i dlaczego to robiliśmy? Dlatego, że mieliśmy przydziały materiału. Na przykład ja mam 300 metrów materiału i kolega ma 300 metrów materiału – to w związku z tym mamy 600 metrów, czyli można coś nakręcić. No i wtedy rzeczywiście te zespoły dlatego powstawały, żeby jak najwięcej tego materiału kręcić, jak to się mówi, bo będzie z czego coś zmontować. Bo tak normalnie to mógłbym zrobić tak zwane ćwiczenie operatorskie. No ale zawsze to ćwiczenie operatorskie, to ono najczęściej bywa tak – albo bardzo techniczne, czyli pozbawione, jak gdyby tej realizacji takiej reżyserskiej, natomiast jak się z kolegami dochodziło do porozumienia, to on ma pomysł. On ma pomysł i realizujmy jego pomysł. A ja tylko po prostu teraz szukam jakby formy, prawda? Bo on jest odpowiedzialny za treść, a jestem odpowiedzialny za formę, czyli łączymy te dwie nasze wspólne rzeczy i to tak właściwie się działo. I tak między innymi właśnie z Koterskim taki film nakręciłem, o czym już nie pamiętałem, ponieważ okazuje się, że chciałem zeskanować swój dyplom. No i zaczęło się od tego, że znalazłem w Internecie możliwość zeskanowania tych materiałów. Oświatówka ma skaner. Tam wylądowałem w tej Oświatówce to pogadaliśmy, bo ja coś dla Oświatówki też kiedyś robiłem. No i ten człowiek mówi: „Ale proszę pana, Filmówka ma jeszcze lepszy skaner niż my” i dał mi normalnie namiary. Ja dzwonię, a pani tam od archiwum mówi: „Proszę pana, te usługi ma pan u nas za darmo jako były i absolwent i pracownik”. No to jeszcze tam zeskanowałem dodatkowo swoje absolutorium. I efekt był taki, że między innymi jak rozmawiałem z tą panią w archiwum, ona mówi: „Proszę pana, ale pan z Koterskim taki dokument nakręcił jeszcze jako studenci”. Ja mówię: „Co to takiego?”, a ona mówi: „Myśmy to nawet wrzucimy na stronę szkoły. Może pan sobie zobaczyć”. Ja mówię: „Wie pani co, ja naprawdę zapomniałem”. I okazuje się, że rzeczywiście opieką artystyczną był objęty od reżyserii, to był po prostu Majewski, a od operatorskiego Kurt Weber, wspomniany przeze mnie. No i tak to mniej więcej właśnie wyglądały te nasze wspólne działania. A wcześniej z Koterskim myśmy na 16 mm usiłowali jakieś takie dokumenty kręcić. To te o Łodzi, ponieważ on mi wtedy już wykazywał takie, bym powiedział, zacięcie takiego dokumentalisty dociekliwego – co by tu zobaczyć, jak się ludzie zachowują. I myśmy rzeczywiście tego materiału sporo nakręcili. I potem Marek: „Weź coś zmontuj z tego, no bo w rezultacie ty wiesz o, co ci chodzi, bo ja już nie wiem, tylko tu mówisz o tu, tu, tu, tu, tu, tu zrób”. No to robiłem jakąś taką, się mówi – długą rurą. „A to, to, to, to, to jeszcze tam zrób” – to robiłem. No ale prawda była taka, że w rezultacie on był, jak gdyby odpowiedzialny za całokształt i efekt finalny. Nie ja.

    To jeszcze wcześniej wspomniałem – ten Andrzej Jurga. Tak samo z nim się spotkałem i co się okazuje – on z kolei na jakimś festiwalu dostał w nagrodę taśmę filmową Agfa-Gevaert. To była taka koprodukcja belgijsko-niemiecka. I w momencie, kiedy on to dostał, to się tam gdzieś spotkał z profesorem Bohdziewiczem, który był takim człowiekiem bywającym i na wybrzeżu i tu w Szkole i wszędzie. I on mówi: „To słuchaj, wykorzystaj ten materiał, bo normalnie w Belgii tam Knokke le Zoute, to jest takie nad morzem miasteczko, gdzie są konkursy i festiwale filmów eksperymentalnych. Też coś nakręć”. No i ja mam materiał, bo warunek był, żeby na materiale Agfy-Gevaerta, ponieważ po prostu Agfa-Gevaert to sponsorował. No i myśmy rzeczywiście ten film nakręcili w Łebie na wydmach. To była przygoda życia, że tak powiem, bo niewiele myśmy mieli właściwie tutaj w sensie finansowym do powiedzenia. Niemniej zapał, materiał jest, kamerę jakąś pożyczyłem, pamiętam, z Politechniki Gdańskiej, bo tam był taki dział nowych technik nauczania, a nie mieli takiego właściwie pentafleksa. To taka duża, jakbym powiedział złośliwie, kobyła. Ale niemniej ileś dni tam spędziliśmy. I sobie jeszcze Jurga wymyślił, że dobrze by było, żeby tam po prostu albo nadlatuje samolot, coś zrzuca, albo ewentualnie jakaś eksplozja następuje. My: „Skąd my weźmiemy jakiś taki materiał wybuchowy?”, ale wpadłem na pomysł i w tamtym czasie dosyć był popularny tak zwany autostop, więc teraz tym autostopem dojechałem do takiej miejscowości Strzepcz. To było lotnisko marynarki morskiej. I ja tam po prostu przyjechałem i się dostałem na teren jednostki. Mówię, że chciałbym z dowódcą rozmawiać, a mówi: „Komandor Smyk jest w powietrzu”. Ja mówię: „Dobra, to ja tu poczekam”. No i rzeczywiście za chwilę patrzę, że samolot zleciał, jedzie taki w skórze, hełmofon niesie, niski. O co chodzi? Ja tu jeszcze kupę różnych papierków załatwiłem ze Szkoły, że jako studenci, że kręcimy, że to w ogóle tak. Mówi: „No dobrze, no to co?” – „Chodzi nam o jakieś materiały wybuchowe, żeby zrobić tam taką eksplozję”. On tam za telefon: „Dajcie sierżanta jakiegoś. Tutaj w taki pojemnik po masce przeciwgazowej – mówi – zabierze ten trotyl, zabierze to wszystko”. Tylko mówi: „Słuchaj, to jest karygodne, w ogóle kryminał”. No i pojechaliśmy normalnie do tej Łeby, a my w tym czasie wiedząc, że już ten materiał mamy, to w domach chodziliśmy, wybieraliśmy z tak zwanych rewizji kominowych sadze, żeby spotęgować efekt wizualny, bo wybuch to wybuch – to jest głos i dźwięk. Natomiast nam zależało, oczywiście udało nam się, tylko to jak wybuchło, to myśmy pół wydmy na czarno zamienili. Dzisiaj byłoby to niemożliwe, dlatego że tam jest szlak wydzielony i nie wolno w ogóle poza liny wyjść, a myśmy byli w tamtych latach, końcówka sześćdziesiątych. Wolne elektrony zupełnie. Rano wstawaliśmy. Zabraliśmy do rekwizyty, jakaś była kura, tam jeszcze coś. Później tam nagle wpadła, przed samymi wydmami, duża taka leżała opona od traktora i tam kawałek był betonówki, więc można było turlać, ale na piasku się już tego nie da, więc zrezygnowaliśmy później „Już nie bierzemy tego rekwizytu”, bo nam zależało, żeby parę rzeczy.

    I co się okazuje, opowiem dodatkową historię, bo nagle historia cała właściwie polega na tym, że jest taki mały intelektualista, trochę przypominający, jak gdyby z Rejsu tego kulturalno-oświatowego i w okularkach tutaj. I on sobie postanowił tam zaanektować jakieś terytorium. No ale żeby to pokazać na tych wydmach, no to co – trzeba linami to wydzielić. My: „Stary, no liny, no to skąd? No do kapitanatu”. Do kapitanatu portu myśmy poszli: „No dobrze, ale my chcemy go wypożyczyć i je zwrócimy”. Dostaliśmy tam ileś, dziesiątki metrów tej liny. No ale słupki – to do nadleśnictwa, że chcemy te słupki. „Jakie?”. Ja mówię: „Takie co najmniej metr pięćdziesiąt, może trochę wyżej i żeby były trochę zaostrzone”. To nam przygotowano ponad 150 tych słupków do zabrania na to w jakiś wózek, żeby je tam zawieźć, potem przenieść. No i co się okazuje, powbijaliśmy te słupki, linę rozciągnęliśmy to na jednej wydmie, potem tam gdzieś dalej. I to sprawiało wrażenie, że to jest w ogóle teren hoho. Od strony jeziora przypłynął stateczek z turystami niemieckimi. Oni idą z przewodnikiem i patrzą – jakieś słupki, coś tu i pytają: „Co to jest?”. A my mówimy: „Budujemy tutaj drogę do socjalizmu” A oni ha ha ha ha. Oni się tak zaśmiewali, że to przecież taka była wtedy rzeczywistość – tam był zgniły Zachód i jeszcze żelazna kurtyna a my tutaj nagle drogę do socjalizmu budujemy. No ale to już były nasze takie właściwie dowcipy. No i ten film właściwie został zrobiony. O czym wspomniałem wcześniej, ja już ściągnąłem Jurgę w ubiegłym roku, nawet w lutym, właśnie do Oświatówki nie wiedząc, że jeszcze Filmówka ma, jak gdyby lepsze warunki. On to zeskanował i plus jeszcze swoje jakieś filmy miał dokumentalne, jeszcze na VHS-ie coś nagrane. Ja mówię: „Słuchaj no, skorzystaj z tego”. I tak myśmy się przez lata w ogóle nie widzieli. Ale okazuje się, że on również miał zajęcia tutaj na Targowej. A był w ogóle związany z tą katowicką szkołą, bo on tam był nawet chyba dziekanem przez jakiś czas. No i mówi: „A skąd mnie znalazłeś?”. „Słuchaj, ja mam za ścianą sąsiadkę, która pracowała 55 lat, bracie, normalnie w sekretariacie w reżyserii, także wszystkich was zna bardzo dobrze”. Mówię: „Ja się dowiedziałem od niej, jaki twój telefon”. Jego tu ściągnąłem i mówię: „Słuchaj, Andrzej, jest taka okazja, możliwość, bo za chwilę nas nie będzie, a to zostanie chociażby dla dzieciaków, dla wnuków, dla kogokolwiek”. No i był bardzo zadowolony, mówi: „A jak tyś na to wpadł?”. Mówię: „Słuchaj, no też mam swoje lata, siedzę, główkuję, no co mi z tego, że mam takie pudło jedno, drugie, ale tego ani pokazać, ani obejrzeć. Gdzie ja dzisiaj 35 mm obejrzę? No nie ma takiego kina chyba”.

    Dzień roboczy w głównej mierze, oprócz tymi zajęciami planowymi, które wisiały w gablotce, to myśmy głównie siedzieli w sali kinowej. Korzystaliśmy po prostu z filmów i je oglądaliśmy po prostu. A jeszcze była rzecz, tak zwane bezdemity. Czyli to były te filmy, które nam ambasada amerykańska tutaj ewentualnie przesyłała z możliwością jednorazowego wyświetlania. I myśmy wtedy zawiadamiali tu znajomych z miasta, żeby przychodzili, że jest okazja obejrzenia filmu, którego w Polsce nie będzie. No to była następna historia. Także praktycznie to nasze łażenie takie po mieście, one nie było tak właściwie zachęcające, bo nas bardziej interesowała Szkoła i to, co jest w niej do ugryzienia, do zobaczenia, do skonsumowania, do wykorzystania. No jakieś analizy jak myśmy robili, to nie wiem, począwszy od właściwie filmu niemego poprzez te wszystkie czy Chapliny, Lloydy, Bóg wie co, no to nagle tutaj olśnienie dla nas – patrzymy: „O kurczę, ale fajna historia. Obywatel Kane”. No to człowiek patrzy i patrzy i patrzy i patrzy, mówię: „Jak to jest zrobione, jak to jest oświetlone?”. To dzisiaj by było to trudno zrobić, ale dla nas to było fascynujące. A drugą rzeczą to była dla mnie właściwie historia, która – przyznaje się bez bicia – do dzisiaj we mnie została. Mianowicie zjawił się film Felliniego Osiem i pół nakręcony w 1962 roku. Jak myśmy zaczęli ten film oglądać, to na początku nie wiedzieliśmy, o co chodzi. Dopiero potem poprzez taką, jak gdyby dogłębną wymianę zdań i analizy doszliśmy, że jest to pokazanie niemocy twórczej, kiedy my tu coś chcemy zrobić, a tu jest film o niemocy twórczej, że się nie da, że coś się urywa. Więc to też była ta fascynacja. I dlaczego mówię, do dzisiaj ten film we mnie się tak zakotwiczył, tak zakorzenił, że ja pokazywałem to studentom i oni też niczego nie rozumieli. Dla nich ten wątek takiej fabularności, liniowości, tu gdzieś urywa bardzo, są epizody połączone. One w całości stanowią cudowną rzecz. Tylko żeby zrozumieć to, to trzeba mieć trochę doświadczenia też życiowego. Co to jest kochanka, prawda? Co to jest oszukiwanie? Co to jest producent, który tutaj wręcza zegarki, bo uważa, że coś powstanie, a tu nic nie powstaje, tu jakieś koszty, wybudowana jakaś dziwna wyrzutnia rakietowa, Bóg wie czego. I to są te właściwie rzeczy, które do nas docierały. Potem całe właściwie nowe kino francuskie, ta nowa fala to też były takie nasze fascynacje. To łażenie z kamerą po ulicach, pokazywanie – tam był taki ładny film, się nazywał Cleo od 5 do 7, Agnès Varda to nakręciła. I to też się okazuje, bo niby dziewczyna dwie godziny chodzi i nic się niby nie dzieje. I to nas właściwie wtedy też urzekało. Już nie mówię, potem Truffaut, Do utraty tchu i te wszystkie inne. Po prostu myśmy tym żyli, że to była taka historia, która nas napędzała, bo to były takie pewne nasze, bym powiedział, obserwacje, analizy zastanawiania się, podglądania – a dlaczego to tak, a jaką kamerą? A dlaczego czarno-białe? A dlaczego właściwie barwne? Bo to są tego typu rzeczy, jeżeli się chce ten człowiek zajmować.

    Efekt jest taki, że w rezultacie potem też, jak gdyby nie zaszkodziło mi to w przeniesieniu na fotografię, bo tam również to wszystko tak samo funkcjonuje. I także tutaj daleko nie uciekłem, wbrew pozorom. Też świat obrazu, też świat, bym powiedział, pewnej urody tego obrazu i chęci pokazywania czegoś i chęci dzielenia się z kimś. To w końcu się po to robi. Każda wystawa to jest, coś takiego, to jest, jak ja to nazwałem – danie, które upichciłem pozornie dla siebie, ale się chcę z ludźmi podzielić, prawda? Czyli szukam gdzieś możliwości, może jakaś galeria, może gdzieś jakiś pawilon, może gdzieś jakiś pokaz, jakieś spotkanie z ludźmi, mam możliwość porozmawiania. I to też jest tak, że ja tu w tym momencie jestem jedną osobą, natomiast w filmie no niestety, to jest ekipa. I najczęściej jak to się widzi czołówkach, to zawsze kto tam jest pierwszy. Producent zawsze leci pierwszy, reżyser gdzieś po drodze, operator to gdzieś tam, casting jeszcze wcześniej. To już jest dużo tego. Producentów jakichś technicznych, zastępczych, innych. Operator to w tym momencie rzeczywiście zszedł. Znaczy u nas, bym powiedział, w sensie realizacji w Polsce, to jak gdyby ta współpraca z reżyserem jest znacznie, bym powiedział, poważniejsza, bo tam często bywa, jak gdyby współautorem tego filmu. No niemniej większymi literami jest reżyser. Na Zachodzie jest zupełnie inaczej, co ci, którzy tam byli, to wiedzą. Tam jest człowiek do wynajęcia. Przechodzi następny. Taka rozmowa była między innymi z Jaroszewiczem, z którym się przyjaźniłem przez długi czas i on opowiada, ponieważ on się tam zakotwiczył właściwie, w sensie przyjaźnił z Żuławskim. I mówi, że Żuławski mówi: „Ja ci załatwię, żebyś tutaj jako operator robił we Francji filmy”. Okazuje się, że związki zawodowe – absolutnie nie ma mowy. No to Żuławski tu postawił, jak gdyby na swoim, że on tu autorytet reżysera, a producent mówi: „To ja pana też mogę wymienić”. I się skończyła rozmowa. No to, żeby jakoś tam z tego wyjść, to Żuławski załatwił właściwie Jaroszewiczowi, jak gdyby statystowanie w filmie, że on tam jako operator właściwie występuje, ale nie ten główny, tylko wśród jakichś takich dziwnych działań. No i tak mniej więcej to tam wyglądało.
    U nas to może mniej, to tak w tej chwili. Dzisiaj to zupełnie inaczej funkcjonuje. Już nie trzeba kończyć Szkoły. Masz pieniądze. Ja mam pieniądze. Robimy. Jak się da sprzedać, no to zarobimy. Na tym polega ta cała zabawa. Zbyszek Rebzda, Edek Kłosiński, Sławek Idziak, Andrzej Jurga. Kto tam jeszcze taki był, kogo pamiętam? No tego Kaliniewicza świętej pamięci również. Aha, Ewa Kruk. Nasfeterówna. Radkiewicz, to myśmy powiedzieli, że lepiej nie wspominać. Tym bardziej ona tam, zdaje się, powtarzała rok, czy coś takiego, to już nie wiem, co to było. Nieważne.

    Natomiast wracając do Grzesia Królikiewicza, mówię to Grzesio, bo myśmy też się dosyć przyjaźnili z racji tej, bym powiedział, takiego ogólnego zadowolenia, że w ogóle jesteśmy w Szkole. Bo to była dla nas, jak gdyby, pewna nobilitacja, że nagle jesteśmy tu w takiej, bym powiedział, pewnej wspólnocie, z której coś wyniknie. Jeszcze nie wiedzieliśmy, bo tak jak powiedziałem, tam nie było podziału. Oni się tak samo uczyli fotooptyki, tak samo fotochemii. Tak samo mieliśmy zajęcia aktorskie, także się musiałem jakiejś tam prozy nauczyć, coś tam mówić, kawałek piosenki, coś odśpiewać. No ale nas tak przygotowywano bardziej ogólnie, chociaż doszło do takiej sytuacji, że jednego z kolegów nagle zwekslowano na Wydział Aktorski. Tak, bo miał taką mimikę i sposób bycia, że powiedziano: „Stary, nie męcz się tu, idź tam”. Ponieważ tam już miał furtkę otwartą. Więc to już nie było problemu, że będzie zdawać, nie zdawać, stresować. On już był przyjęty. Wracając z kolei do Królikiewicza, to ja pamiętam jedno z takich właściwie zaliczeń i on przyniósł właściwie taki garnek aluminiowy. I tam praktycznie rozpakowane prezerwatywy poukładane. No i oczywiście profesor na to spojrzał, mówi: „O co chodzi?”. A tutaj po prawie, wygadany, zaczął idee całą wyjaśniać, o co tu chodzi. Ja już nie pamiętam, o co to chodziło. Fakt jest faktem, że zbulwersował profesora tym garnkiem z tymi prezerwatywami. Bo to był właśnie Królikiewicz. Druga rzecz była, o której tu wspomniałem, to dotyczyło głównie tych obcokrajowców, ale między innymi mówię, właśnie nie widzę tego Gamby, nie wiem, gdzie się podział. Bo to byli ludzie, którzy przychodzili. Jak się czegoś nie nauczyli, to zawsze zwalali winę na nieznajomości polskiego. No i pamiętam u profesora Toeplitza to miało to miejsce – „Mów w swoim ojczystym języku, ja posłucham”. Bo Toeplitz znał naprawdę ileś języków, więc od razu stopował, mówił: „Nie kombinuj”. Drugi tutaj wspomniany tam był ten Łopieński, to też była ładna postać. No i to też było u Toeplitza, bo to najczęściej były z Toeplitzem te przygody. Czegoś tam już nie wiedział. Toeplitz mówi: „To ja panu stawiam ocenę niedostateczną”. Mówi: „Panie profesorze, to ja proszę, niech pan mi postawi dostateczny, ja się nauczę”. A mówi: „Ja zrobię odwrotnie. Najpierw ci postawię niedostateczny, a ty się nauczysz”. I to była ta rozmowa. Taki właśnie ping pong, że tak powiem. Tam jeszcze był Horzelski, pamiętam.

    Piestrak to on był po prostu po Politechnice Gdańskiej, jak on tu przyszedł, a tak jak już wcześniej wspominałem, myśmy będąc ludźmi z Wybrzeża, to od razu żeśmy się dokleili do siebie, bo praktycznie on tam mieszkał chyba w Gdyni. Wtedy ja mieszkałem we Wrzeszczu. No i tutaj jakieś wspólne wycieczki, nie wycieczki i rozmowy. I pamiętam, to była zima, a myśmy się wybrali, to była 7 i ona jeździła w kierunku Retkini, tego osiedla na Retkini nie było. I tam była taka pętla 7 przy straży pożarnej. My wysiadamy, jakiś śnieg i tak idziemy sobie w kierunku południa. Idziemy i nagle patrzymy – Gdańsk. Mówię: „Stary, aleśmy się zagalopowali, gdzie my jesteśmy?”. Okazuje się – Kaniewska w tym czasie kręciła Panienkę z okienka. I Forbert robił zdjęcia. Ponieważ robił to na bardzo kiepskim materiale, takim orwowskim, w kolorze i stwierdził, że on nie będzie tego w ogóle kręcił w żadnym atelier i nigdzie, tylko nakręci to w plenerze nocą, a reflektorami oświetli. I tu były makiety mniej więcej 1/3 wysokości kamieniczek. Jak myśmy tam weszli, to studnia Neptuna i to wszystko. Taka to makieta, duża makieta. Ja mówię: „Słuchaj Marek, to tu idziemy, a tutaj mamy Gdańsk przed sobą”. I to była jedna z takich naszych fajniejszych przygód. Nie wiem, ile czasu oni to kręcili. Fakt jest faktem, że ja później miałem też z Forbertem część zajęć. Mówię – z Adolfem Forbertem. Nie z jego bratem. Później jeszcze byłem u Forbertówny, czyli córka Forberta, ale chyba tego Władysława. Ale to było potem. Na razie tu jesteśmy przy pierwszej klasie. W tej chwili naprawdę nie mam wyrzutów sumienia, nawet żalu, bo jak te dziesiątki lat, gdy wybudowałem sobie, jak gdyby inny zupełnie sposób na życie. Mało, no sposób na życie, żeby utrzymać tak zwaną załogę, czyli rodzinę, dziecko. A ta fotografia pozwoliła mi po prostu żyć spokojnie. Jak pani widzi, nie jestem znerwicowany. Nie trzęsę się. Nie narzekam. Z drugiej strony ta fotografia pozwoliła mi nawet dom wybudować. Więc ja mówię – czego więc ja mam właściwie oczekiwać od życia. No nie dalej jak wczoraj rozmawiałem, bo syn mówi: „Jesteś w domu?”. „Jestem”. „No to ja do ciebie przyjadę”. Mówię: „No bardzo miło, a co, masz jakąś sprawę?”. „Nie, z miłości”. „Cieszę się, ja ciebie też kocham”. On 40-parolatek, więc to nie jest… Mam wnuka cudownego. Ale usiedliśmy tak, rozmawiamy. Ja mówię: „Stary, pytaj mnie o różne rzeczy, dopóki jeszcze jestem, żyję i pamiętam, bo za chwilę będziesz miał pretensje i żal, dlaczego ja tego nie wiem”. Ja mówię: „Ja mam świadomość, że ty nie wiesz, o co pytać, ale w ogóle pytaj. Ja będę gadał, będę gadać, będę gadać, będę gadać, otwierać szufladki, które nagle tam gdzieś w głowie są”. No i tak rozmawiamy. On mówi: „Czy ty się czujesz spełniony?”. Ja mówię: „Na swój sposób tak, po prostu”. Mówię: „Ja wiem, że mogłoby się to potoczyć zupełnie inaczej, zupełnie inną ścieżką mogłoby to pójść. Ale w tej chwili wiesz, po tylu latach, to ja się nie mam nad czym zastanawiać. No po prostu żyję spokojnie, jak ja to mówię, jak wolny elektron nigdzie się nie spieszę, nic mnie nie goni, usiądę na tarasie, zjem śniadanie, posłucham, jak ten kos ślicznie śpiewa, patrzę – o, margaretki za chwilę będą te białe. I to mnie cieszy. A cała reszta to już była. Dzięki temu ty też biedy nie klepałeś. Jak ja patrzę na zdjęcia, to jakoś nie widzę, żebyś tam był źle ubrany albo nie miał komputera w tamtym czasie, kiedy wchodziły pierwsze rzeczy typu Atari czy jakieś takie dziwne rzeczy. Na tym polega uroda życia. A w tej chwili wiesz, co by było, gdyby. No gdyby było, to by było nawet dzisiaj zupełnie co innego”. No i to są takie właśnie rozmowy.

    W tej chwili autentycznie jestem, jak to się mówi, wolnym elektronem. Chociażby z takich prywatnych rzeczy – żona 7 lat już nie żyje, no to praktycznie jestem sam. No i pytanie często bywa: „Czy jakaś kobieta?”. Ja mówię: „Nie będzie, kochanie, nie będzie, dlatego że jeżeli się z kimś żyło prawie 60 lat, to w głowie mi się nie mieści, żeby ktokolwiek teraz, kiedy ja już jestem właściwie starym facetem, ktoś mi się tu pałętał po domu”. Tym bardziej, że mam naturę samotnika. To nie jest tak, że ja się źle czuję ze sobą. Po prostu wiem, co chcę zrobić, coś tam wymyślam, coś tam kombinuję, coś tam w tej głowie chodzi. Po prostu fakt, jak to zwykle bywa w pewnym wieku, zaczyna się pewne rzeczy porządkować. I to, co w tej chwili mnie tu spotkało, jeżeli pani zatelefonowała. „Mam listę sprzed 60 lat”. Piękna sprawa, mówię: „Te 60 lat do mnie tak wraca cały czas”. To ja mówię: „Radość jest. Opowiadam o tym”. O tym już wczoraj nawet synowi opowiedziałem. Mówi: „Słuchaj, nagle dzwoni pani prezes z Muzeum Kinematografii, bo ma moją listę”. A z racji nazwiska byłem na pierwszym miejscu, zresztą często bywałem. No ale tak to właśnie jest. No i to są takie moje, wie pani, dywagacje. Co tam jeszcze mieliśmy? Ten Jędrzej Horzelski. On był z kolei po Politechnice, bo on był inżynierem budownictwa. I miał taki, bym powiedział, dar organizowania wspólnych wypadów, na przykład jakaś majówka. Najczęściej na Zdrowie jechaliśmy – jakieś koce, nie koce, a tu dziewczyny jeszcze, narzeczone, coś do jedzenia. Potem to zaczęło pączkować, bo potem się okazuje, to już nie były narzeczone. To już były żony. A potem już były jeszcze dzieci. Potem jakieś samochody. I to tak się rozrastało. I też pamiętam jeden taki wypad mniej więcej za Nowosolną w kierunku tam Brzezin. To wtedy też taką majówkę urządził, bo to najczęściej w maju właśnie miało miejsce. I tam wtedy była żona Skolimowskiego i tych dwóch synów. No to też miałem, jak gdyby możliwość poznania wtedy, ale to takich dwóch chłopaków sympatycznych. No i on z kolei po drugim roku zrezygnował z tego, co się później dowiedziałem, bo był na reżyserii. Wojtek Frykowski to była w ogóle osobowość taka, która właśnie przychodziła do Szkoły, kiedy chciała, stać ją było na wszystko. I to, co wspomniałem nagle, że któregoś tam razu mówi: „Chodź do mnie na śniadanie do Grand Hotelu”. Raz czy dwa mnie tam zaprosił, bo oni wtedy rozmawiali na temat w ogóle tych scenek przygotowywanych dla pani Billingowej. Mówię o tych aktorskich scenkach. No i ponieważ on tam się stołował, bo go stać było, to przy okazji się czułem dowartościowany. A propos jeszcze takiego zaproszenia, to też była ładna historia, mianowicie to z Kurtem Weberem było. Jakiś miałem pomysł, a on mówi: „No to zapraszam, to się spotkamy na Moniuszki w Honoratce sławetnej”. No to była dla mnie nobilitacja, że nagle pan profesor mnie zaprasza tu, że ja mogę tam usiąść właściwie wśród aktorów, reżyserów, operatorów. No bo to była rzeczywiście taka enklawa, gdzie tylko, bo szefowa pilnowała, kto wchodzi, to nie było tak ogólnodostępne właściwie miejsce. Tam zresztą chyba tablica jest w tej chwili taka pamiątkową, którą z kolei taki krakowianin, Rene Nowak, Leopold Rene Nowak zafundował właściwie, bo on też przez sentyment, z którym zresztą robiłem dla Se-Ma-Fora jakiś chyba też film, ale to w Krakowie głównie było robione