Transkrypcja rozmowy w formacie.docx
Roman Dębski. Jestem, można powiedzieć, z zawodu operatorem, ale realizatorem – robię swoje filmy. [Biała plansza. Pośrodku czarny napis prostą czcionką: Od czego zaczęła się Pana przygoda z kinem?] Oczywiście w moim dzieciństwie kino istniało, było, ale to oczywiście nie mogłem myśleć o tym, ale moje takie pierwsze spotkanie z filmem, to było na przykład, pamiętam, mieszkałem koło Arturówka na Łagiewnickiej i tam z całą bandą chodziliśmy do Arturówka, tam kino objazdowe przejeżdżało i pamiętam, nie wiem dlaczego, zapamiętałem film Czapajew. To były lata pięćdziesiąte stalinowskie. I to oglądaliśmy przez okno, bo nie mieliśmy kasy na wejście, tam się płaciło jakąś symboliczną sumę, ale nie mieliśmy, więc przez okno. Pamiętam sylwetkę czołgu takiego, Czapajewa i tak dalej. Utrwaliło się i już. Później z dziadkiem chodziłem do kina Bajka, to jest na Franciszkańskiej, tam było kino, później Pionier. Tam właśnie puszczano bajki, krótkie filmy, kreskówki i takie inne. Z tego nie zapamiętałem. A jeszcze było kino Świt. gdzie pamiętam film Podhale w ogniu. Kostka-Napierski, prawda? Ale to wujek, brat mojej mamy, przemycił mnie do kina pod płaszczem. Normalnie takiego małego. Tak to było na Bałutach. No a później już jako uczeń szkoły średniej, kończyłem technikum budowlane, są tu niedaleko nad Mińskiego, to jak chodziłem na wagary, dochodziłem do kina Dworcowego. Tam było kino non-stop, za 2 zł tylko peronówkę trzeba było wykupić. Ale peronówka była tania i tam można było siedzieć, ile się chciało. Chodzi o to, że milicja wtedy wyłapywała uczniów, którzy się szlajali tam po ulicy bez celu, a wszyscy mieli tarcze, prawda i tak dalej. Więc tam można się było ukryć i spokojnie. I stamtąd właśnie zapamiętałem. Później się zdziwiłem, bo nie zwracałem uwagi. Tam szły różne filmy, ale też dużo filmów Oświatówki. I stamtąd właśnie nagle później w pracy w Oświatówce gdzieś tam zobaczyłem te filmy. Mówię: „Jezus Maria, przecież to były te same filmy”, prawda? Takie moje spotkanie z filmem. Oczywiście później to już w szkole średniej specjalnie się tym nie interesowałem. W międzyczasie, jeszcze w szkole średniej, byłem w Teatrze Stu Krzeseł pani Krystyny Hencz, ten teatr tak wędrował, w końcu w pałacyku już skończył. To był bardzo dobry teatr, amatorski oczywiście, ale takim na poziomie. Tam byli świetni aktorzy, naprawdę. I tam też się udzielałem. Jak przyszedł czas decyzji, bo matura się zbliżała, i moja koleżanka Magda Olczyk, ona później w telewizji prowadziła, ona też była w tym teatrze. Mnie nie interesowało aktorstwo, bo tam wszyscy na aktorstwo się pchali. Ja nie bardzo, bo wiedziałem, że to nie moja bajka. I ona mówi, a ja już zacząłem trochę tam fotografować, robiłem takim zespołowym fotografem, robiłem pamiątkowe zdjęcia i tak dalej. No i ona namówiła mnie, mówi: „Słuchaj, idź ty na operatorski zdawaj”. No i tak to się zaczęło, że zacząłem się przygotowywać.
Trzy razy zdawałem. Pierwszy raz to była porażka, bo poszedłem do fryzjera, garnitur i tak dalej. Jak przeszedłem, to wyglądałem jak jedyny nagi na plaży normalnej. Oczywiście nie zdałem. Drugi raz już byłem trochę lepszy, ale też nie zdałem. I trzeci raz mówię: „Do trzech razy sztuka”. Ale już oczywiście szlifowałem swoje umiejętności fotograficzne. I nagle pierwszy etap przeszedłem, drugi etap przeszedłem, trzeci etap. Już po pierwszym wiedziałem, że jest nieźle, dlatego że w tamtych poprzednich komisja siedziała, popatrzyła, mówiła, dziękuję. No to już wiedziałem. A tutaj, pamiętam, profesor Pękosławski wstał i zaczął chodzić wzdłuż tych zdjęć, a już były takie mocne, duże formaty przygotowane. Wypytywał się, na przykład: „Jaką tu pan dał ekspozycję?”. Ja nie pamiętałem, ale tak patrzę na zdjęcie, godziny popołudniowe, prawda, no to mówię: „Jakiś tam film średnio czuły”, no mogło to być tam 1/50. I to go zadowoliło. W każdym razie przeszedłem te wszystkie etapy. Tam był zabawny jeden moment, bo koledzy ze starszych lat opowiadali nam, co tam nas czeka i tak dalej. I powiedzieli, że egzamin sprawnościowy to bardzo ciekawe i tam trzeba stanąć na głowie. A ja nie potrafiłem. I pamiętam wróciłem do domu, cały wieczór z pomocą dziewczyny też, później przyszłej żony i rodziny, trzymali mnie za nogę i stawałem. Aż w końcu opanowałem technikę, tyle tylko, że rano się nie mogłem dotknąć trupka głowy, bo tak mi bolała, a tu przetrenowałem ją. No ból był dosyć mocny. Ja mówię: „No trudno, stanę na głowie, bo mi zależy”. A okazało się, że oczywiście nie było stania na głowie, ci sobie zrobili żarty takie. No ale już, nabyłem nową umiejętność, prawda? I oczekiwanie na wyniki. A ja wtedy, ten okres egzaminów, pracowałem tu niedaleko w biurze dokumentacji technicznej. Po techniku byłem kreślarzem tu. I pamiętam, że nasz ten główny inżynier, taki starszy pan, bardzo sympatyczny, nawet dał mi wysoką premię za te 3 miesiące. I jak mu tu powiedzieć, że zdałem, nie? No głupio było. Ale w końcu się zdecydowałem i poszedłem. A ten mi pogratulował. Mówi: „Szkoda, dla mnie szkoda, ale tak to proszę bardzo, życzę powodzenia”. I tak to się zaczęło. No, tak trafiłem do Szkoły Filmowej. A opiekunem był Korcelli i Ancuta. Świetni panowie, naprawdę. To, co jestem im wdzięczny, to że nauczyli mnie – nasz rok był, można powiedzieć, najbardziej taki – umiał kamerę załadować, taśmę i tak dalej. Także ja byłem najlepszy, okazało się. I obsługiwałem starsze lata, bo przychodzili Konvasa załadować, to taka ruska kamera. Połączenie zalet Arriflexa i Caméflexa, francuskiej takiej kamery. Ale to oczywiście wzięli wszystkie błędy, ale nie zalety. To było straszne. Można było sobie palce pokrwawić. No w każdym razie, tak jakoś to przeszło. Z Wytwórnią Filmów Oświatowych mieliśmy taki związek, że robiliśmy na czarno-białych taśmach i w Wytwórni były te taśmy wywoływane. Więc tam jakby już to był ten pierwszy kontakt, tam chodziliśmy na korekcje, jakieś takie rzeczy. Tam w laboratorium pracował taki pan Wilczek, który bardzo nam pomagał. Chyba Wilczek, tak pamiętam. Starszy pan, bardzo sympatyczny i taki przyjazny studentom. Tam poznałem ludzi, asystentów przede wszystkim, bo o co chodzi. W szkole dostawaliśmy np. 60 metrów na jakieś ćwiczenie. Naprawdę jest to bardzo mało taśmy i brakowało. Więc ci asystenci dawali nam jakieś tam 20 metrów końcówek, która została i my na tej zasadzie mogliśmy sobie luźniej pracować. No i tak to jakby pierwsze kontakty. Później wakacje. Okazało się, że chodząc tam, poznałem ludzi. Ktoś mi zaproponował asystenta przy jakimś tam filmie. I tak się dorabiało, też jakby asystując przy produkcji. Jeździłem z tą ekipą, super było. Pierwszy taki film to pamiętam, Sen o Kurozwękach, to pana Janickiego film. Robiliśmy, tam był Andrzej Nawrocki. Andrzej Nawrocki był operatorem. No i tam nawet wiem, że Nawrocki bardzo chętnie, bo on nie lubił już ręki robić, więc na przykład w tym pałacu w Kurozwękach pozwolił mi zrobić takie super ujęcie otwierających się drzwi, prawda, po schodach gdzieś tam błądzenie po resztkach tego pałacu, bo to były resztki wtedy, teraz jest to już odrestaurowane. I w ogóle fajne miasteczko to było. Wyglądało jak wieś, ale to było – Kurozwęki były miasteczkiem chyba też już wtedy. Bardzo sympatyczne, naprawdę. To śmiesznie wyglądało, bo zawsze gdzieś tam jadąc na zdjęcia w jedną stronę czy w drugą, przejeżdżaliśmy do takiego sklepiku, gdzie piwo pompowane było, więc cała ekipa stała. Było lato, więc ugasiło pragnienie i jechaliśmy dalej.
Korcelli mi zaproponował robienie fotosów przy którymś tam w filmie. To była chyba… nie pamiętam reżysera. Młodzieżowy film o dzieciach gdzieś tam na Śląsku, robiłem fotosy, a wcześniej jeszcze za Zbyszka Hałatka pojechałem na, bo tam coś mu wypadło i pojechałem za niego robić fotosy przy innym filmie. Miałem porównanie ekip filmowych, tych małych, wytwórnianych oraz tych rozbudowanych fabularnych. W tych fabularnych nie podobało mi się, mówiąc szczerze. Dlatego, że tam były takie grupki, zawodowe często. Poza tym pamiętam takie zdarzenie, że przekroczyliśmy czas, piętnastą godzinę i nagle, nie wiem, chyba kierownik produkcji pokłócił się z oświetlaczami, bo za hebel złapali, wyłączyli światło i były negocjacje. No takie rzeczy w ogóle w naszej wytwórni były nie do… nic takiego nie mogłoby nastąpić. Właściwie cała ekipa, mała z kierowcą oświetlaczy, to była jedna drużyna. Także miałem porównanie tej atmosfery filmowej. Oczywiście wybrałem w tym filmie krótkim. Zresztą pasowało mi, bo jestem łodzianinem, więc na miejscu i tak dalej. No i tak to się zaczęło. Pierwszy film, pamiętam to było, siedziało się w kawiarence na dole, a byłem nieznany jeszcze, i podszedł do mnie pan Stanisław Miechotek, nie ktoś inny, to Stojan. Miechotek to później, na wiosnę, ale ten… Francuzi robili u nas film o obyczajach ludowych, gdzieś tam na Podhalu i potrzebowali operatora. Ale to był okres, zbliżał się świąteczny, więc chętnych operatorów nie było tam, żeby ich tam obsłużyć też, bo oni tam mieli swoją kamerę, ale nasza kamera też była. No więc nie miałem co robić jeszcze przed ślubem, nie było kłopotów, więc się zgodziłem. Nie, już byłem po ślubie, ale dzieci nie było, więc nie było żadnych kłopotów. To był pierwszy film. Nie widziałem efektu, bo materiały pojechały do Francji i już nie wróciły. Dawaliśmy tylko obsługę. Ale zimą, raz w styczniu, właśnie Stanisław Miechotek, kierownik produkcji, podszedł do mnie, czy nie zainteresowałbym się filmem z panią Wierzbicką, pół roku siedzenia na Suwalszczyźnie, trzy filmy przyrodnicze, plus jeszcze jakieś teledyski dla telewizji i tak dalej. Miałem co robić i mówię: „Co tam, dzieci nie ma…”. Ja się zgodziłem i tak się zaczęło. Moja przygoda z filmem przyrodniczym. Powiem, że w technikum nie było biologii jako takiej, więc moja wiedza przyrodnicza była żadna. I pamiętam, że miałem duże kłopoty, bo Wierzbicka mnie ciągle pytała: „To opowiedz, co filmowałeś”, a ja nie mogłem odpowiedzieć, nawet nie mogłem nazwać, więc Atlas. I później chodziłem z Atlasem pod pachą na te zdjęcia, sam siadałem. To trzeba było wysiedzieć, to takie typowe przy filmie przyrodniczym niewygody. I to z czasem. Chodziłem, ale szybko się nauczyłem rozróżniać, tak że nie było kłopotów. Już pod koniec filmu to byłem, można powiedzieć, w ptakach już obeznanych. No i tak to się zaczęła moja przygoda. Tam były o bocianie białym – Trzcinowisko i Mewy śmieszki.
[Biała plansza. Pośrodku czarny napis prostą czcionką: Jak wyglądała Pana praca przy filmie samodzielnym w Wytwórni Filmów Oświatowych?] Później, jak po powrocie, oczywiście tam robiłem jakieś filmy, czy szwenkowałem i tak dalej, po powrocie pani Jabłońska, redaktor, zaproponował mi taki film, już samodzielny, cały. Chodzi o choroby zakaźne. To ten taki był na 16 mm robiony. Zrobiłem ten film i tak się stało, że dostałem srebrną nagrodę na jakimś tam przeglądzie. I tak jakby, potwierdziłem swoje umiejętności reżyserskie również. I tu się zaczęła sprawa. Później się posypało. Były tam na przykład filmy o życiu Adriatyku. To był film przedziwny. Byłem wtedy szwenkierem na hali zdjęciowej. Robiliśmy zdjęcia. To była Eliza Orzeszkowa. Taki tytuł roboczy. Tytuł był trochę tam inny, ale Eliza Orzeszkowa. I wezwał mnie kierownik, szef produkcji. I mówi: „Jedzie pan z Rosjanami gdzieś tam na Atlantyk robić film. My dajemy obsługę operatorską, reżyser jest Rosjanin”. Mówi: „Będą zdjęcia pod wodą”. Ja mówię: „Świetnie”, bo pływam bardzo źle, więc pójdę od razu na dno, więc nie będzie kłopotów. Ale okazało się, że tam był asystent, później operator, asystent Marek Jaworski, który był w klubie Tryton, był płetwonurkiem takim bardzo dobrym. No i tak się zaczęła moja przygoda, ale już taka, bym powiedział, z tych przyrodniczych innych. Tam wyjazd był przedziwny, dlatego że ciągle krzyczeli: „Już spakować się, jedziecie. Za tydzień wyjeżdżacie, gdzieś tam Afryka Południowa”. Nie, za chwileczkę: „Nie Afryka, pewnie będzie Anglia. Jeszcze nie”. Później hasło: „Filadelfia, tam na was będzie statek czekał i tam zaokrętujecie się”, bo chodzi o ten statek, który tam krążył w Atlantyku. Ja mówię: „No świetnie, tyle już miejsc było, więc proszę bardzo”. Okazało się, że jednak jedziemy. I mieliśmy takie cztery ogromne, żółte skrzynie, wypełnione sprzętem, taśmą, to ważyło już 200-coś kilo. I samolotem nas przerzucali do Ameryki. Była to rzeczywiście trudna sprawa, dlatego że język słabo znałem, ale jakoś tam był Marek też, to sobie poradziliśmy, tylko że chodziło o te skrzynie, przerzucanie, bo w Nowym Jorku, gdzie wylądowaliśmy przesiadaliśmy się na inny samolot i trzeba było tam przerzucić te skrzynie, pozałatwiać, ale jakoś to się udało. I później się okazało, że ten samolot to jest taki kilkunastoosobowy, jakiś mały samolocik, który nas przerzuci. A w związku z tym ja mówię: „A gdzie nasze yellow boxy?” – „Przylecą następnym samolotem”. No dobra, polecieliśmy do Filadelfii, wylądowaliśmy koło 23:00, coś takiego. Właściwie ostatni lot w tym biurze, gdzie nas obsługiwano. I nikt na nas nie czekał, a powinien czekać agent morski. No więc co robić, nie? Więc poszedłem do tego pana, który już tam pakował swoje zabawki. Mówię: „Proszę pana, a gdzie moje cztery skrzynie żółte?”. No to on zaczął tam wydzwaniać, oczywiście wstrzymał swoje odejście, a my łapiemy czas, co robić dalej, bo tego nie ma, no co my zrobimy, kurczę, gdzieś się podzielimy, a mamy 21 dolarów, bo właściwie nie były nam pieniądze [dane], tylko taka dieta dojazdowa tak zwana. No i on dzwonił, dzwonił, dowiedział się, że całe skrzynie przylecą jutro i wszystko. Ale w międzyczasie poprosiliśmy go, bo Marek miał telefon do znajomych w Filadelfii. Jakoś przewidująco, czy miał coś też przekazać. Poprosiliśmy go, żeby zadzwonił. Ci się zgodzili nas przyjąć. Przyjechał facet, nas odebrał. Mieliśmy właściwie 3 dni na zwiedzanie Filadelfii. Ten człowiek nami się zajął bardzo pięknie, jednocześnie wyszukał tego agenta morskiego, umówił się z nim na któryś tam dzień na lotnisku. Zawiózł nas tam, skrzynie zostały do dwóch taksówek załadowane, my z agentem. Pojechaliśmy już do tego portu i tak się zaczęła nasza przygoda na morzu, w tym trójkącie bermudzkim. No tam zdjęcia były różne, trudno opowiadać wszystkie, ale historie były ciekawe.
Przygody były różne rzeczywiście, bo to pływaliśmy, nawet były zdjęcia podwodne na środku Atlantyku. Oni badali tam z Amerykanami, wspólny program mieli taki, który badał prądy wszystkie, sondowali dno, jakieś takie historie. No i pływaliśmy po tym morzu i mieliśmy też takie zdjęcia, gdzie chcieliśmy sfilmować – oni puszczali takie sondy podwodne na ileś tam tysięcy metrów, jakie tam było, co jakiś czas i różne tam temperatury, zasolenie, jakieś tam próbki, badania czy tam czujniki robili. No i postanowiliśmy coś filmować, więc puścili nas na szalupę. Marek tam gdzieś podpłynął, oczywiście musiał mieć asekurację linową, ale to się okazało dlatego, że ten prąd naprawdę był strasznie silny. To się nie wyczuwało tak na morzu, ale jak była szalupa puszczona bez silnika, to natychmiast ją ciągnęło tak jak motorówkę. No i usiadł sobie na śrubie, oczywiście staliśmy, nie pracowała, i czekał na tę sondę. Lina, która go trzymała, zrobiła taki łuk i w tym momencie, jak sonda szła, porwała tę linę i Marka ściągnęła, wyrywała mu ustnik, maskę i ciągnęła go tam na setki metrów, ale że doświadczony płetwonurek, więc tam jakby odwiązał linę szybko i wypłynął. Kamera sama miała pływalność taką lekko więcej niż zerową, więc szybko ją złapał i wypłynął. I to takie było groźne bardzo, taka przygoda. A później to na wyspach Bimini – wysepki, bo to archipelag Bahama, filmowaliśmy rafy i pozostawione jakieś szczątki budowli, podobno Atlantydy szczątki. No, takie fajne rzeczy. Ja pływałem po powierzchni, ja nie jestem płetwonurkiem, ja mam ABC, to znaczy maska, rurka, płetwy, i tak sobie pływałem, patrzyłem, co tam Marek filmuje. I w pewnej chwili, tak jak pamiętam, dwumetrowa jakaś barakuda przepłynęła pode mną. A znałem, jakie tam gatunki groźne są, rozglądałem się za rekinami, ale barakuda też była niby groźna, chociaż one nie atakują specjalnie. No i to uciekłem do szalupy, już miałem dosyć tej przygody. Ale to już. No i po powrocie do Polski ten klub Tryton tak się zapalił i wymyślili, żeby zrobić jakiś film podwodny na Adriatyku. Oni się tam wybierali. Ja niechętnie, bo nie jestem płetwonurkiem, ale takie było parcie, że złożyłem taki projekt i został klepnięty. Tyle tylko, że nie mieściliśmy się w tych kosztach Wytwórni, bo już były przydzielone filmy, więc dostaliśmy takie, można powiedzieć, diety wyjazdowe, jakieś takie wspomaganie. 200 dolarów chyba nam przydzielili na koszty.
Dostaliśmy przyczepę taką kampingową, 126P, no i własny samochód. Prawie jak turyści pojechaliśmy. Załadowani byliśmy, także oś była prawie prosta w przyczepie. Mieliśmy listy specjalne, które nam pozwalały przewieźć ten sprzęt i tak dalej. Okazało się, że jakoś to nie zadziałało, te listy, i facet kazał nam, nagle mówił: „A chciałbym zobaczyć ten obiektyw. A gdzie on jest?”. Tam utykaliśmy w tej przyczepie. Udało się znaleźć, pokazaliśmy mu, ale przy okazji: „A w tym worku co jest?”. I tam się okazało, że płetwonurkowie zabrali cały worek, taki jak żeglarski, pilników. Ja się przeraziłem, mówię: „Kurde, nie powiedzieli mi nic o tym”. Ale o co chodziło? Jechali tam, też chcieli ponurkować dłużej, więc potrzebowali pieniędzy. Przecież nie mieli tego tyle, więc to na sprzedaż, a to szło tam, bardzo dobre przebicie było. Jestem bystry facet, więc szybko wymyśliłem, że filmujemy i pracujemy pod wodą, bo on widział akwalung i tak dalej. „I tam potrzebujemy… ale tam woda jest słona i te pilniki lecą szybko”. Facet spojrzał i przyjął to, naprawdę. Tym sposobem udało nam się to przemycić. My też mieliśmy jakieś drobne rzeczy na przetrwanie, na sprzedaż, typu żelazko, jakieś radio. No i pierwszy raz handlowałem. To ciekawa sprawa, ciekawe doświadczenie. Jak turysta, ale musiałem, bo przecież potrzebowaliśmy pieniędzy, bo musieliśmy tam być co najmniej miesiąc, prawda? Kampingi kosztują i tak dalej. No i tak to jakoś przebrnęliśmy. Ale to był lipiec. Lipiec-sierpień, byliśmy dwa miesiące tam w ogóle i w międzyczasie Solidarność na wybrzeżu, bo to był 1980 rok. Także wróciliśmy już do innej Polski. Inna Polska i pamiętam, że nawet na granicy to w ogóle jakoś tak pusto, zamieszanie. Nikt nas nie chce obsłużyć. W końcu się zdenerwowałem, wziąłem te swoje listy, a tu chodziło o pieczątkę, bo bez tej pieczątki to ciągaliby nas, że spuściliśmy sprzęt gdzieś tam. I też szukam, okienka zamknięte, a jakiś taki cichociemny był w takiej kurce. Wtedy się nosiło takie wojskowe, prawda? Pytam się: „Może pan wie, gdzie tu jest obsługa, bo ja to muszę mieć podstemplowane”, tam mu tłumaczę. No to gdzieś tam poszedł na tyły i natychmiast się obsługa. Dali pieczątkę i pojechali. I tak to powstał film Życie [Zwierzęta] Adriatyku. Też ciekawe doświadczenie. Tam dużo jest, dużo takich zdjęć makro robiłem, bo pewne ukwiały, czy coś takiego, żeby pokazać, jak się ukwiały przemieszczały, to trzeba było zrobić w akwarium, czy inne jakieś zbliżenia niektórych krabów. To robiliśmy w akwarium na brzegu.
Tam dużo przygód było, bo to trzeba było ładować butle, prawda, kompresor nam się zepsuł. W każdym razie udało się. Udało się, przeżyliśmy to wszystko. I po powrocie pani Wanda Jabłońska, znowu redaktor, ona się zajmowała filmami, zaproponowała mi też film. Oczywiście tam jeszcze – Stan Wojenny. Stan Wojenny unieruchomił Wytwórnię, tak jak wszystkie zresztą i tak powoli odpuszczał. Odpuszczali pierwsze filmy zlecone, dla Skierniewic zrobione, więc ja miałem zajęcie. Zresztą dużo ludzi miało przez to zajęcie, bo jeździliśmy na te filmy. Ja zajmowałem się przede wszystkim ogrodnictwem i sadownictwem. Tam gdzie zielono, jakieś inne rzeczy mniej. I jeszcze jedna rzecz taka. W tym czasie solidarnościowym byłem przewodniczącym koła operatorów. Tak mnie wybrali koledzy. A mój kolega Wojtek Maciejewski był z kolei przewodniczącym koła reżyserów. No i to też ciekawa sprawa, bo była tak zwana polska podziemna, ta pomoc taka, którą trzeba było… No i Wojtek kiedyś przyszedł do mnie, mówił, że dostał informację, że mają dla nas jakieś paczki dla naszych pracowników tutaj i trzeba to odebrać, ale w Warszawie. No, ale jak to przywieźć? Ja nie miałem samochodu, ani on. No i zresztą tego było tyle, że to tylko Nyska załatwiała sprawę. Ale Wytwórnia woziła jakieś materiały do Warszawy, tam na kolaudacje jakieś takie i samochód wracał pusty. Więc pogadałem z kierowcami i zabraliśmy się któregoś dnia z Wojtkiem po te dobra zachodnie. No i zajęliśmy się właśnie dostarczaniem paczek. Ale teraz tak. Pierwsza sprawa, no to gdzie to składować? W Wytwórni jeszcze nie bardzo wiedzieliśmy gdzie. No więc umówiliśmy się, że pierwszą partię bierze Wojtek, prawda? Następnym razem to do mnie do mieszkania. I to robiliśmy z tego paczki. Mieliśmy już oczywiście listy przygotowane. Co najzabawniejsze, nie patrzyliśmy, kto jest w Solidarności, tylko kto miał dzieci i czy był w partii. Nieważne to było, po prostu miał dzieci. Taką przyjęliśmy zasadę, bo to bez sensu było dzielenie, kolejny podział. Ale to najzabawniejsze, że dyrektor o tym wiedział. No bo trudno to ukryć, prawda? Albo ktoś mu doniósł, może ten kierowca, co zawoził. Trudno powiedzieć. Ale przymknął oko. I koniec. To był wtedy Godlewski dyrektorem. Zresztą super facet. On nie był z tych czerwono-ciemnych. W każdym razie robiliśmy. Trzecia już tam dostawa poszła. Znaleźliśmy takie magazyny, takie pracownie. Były nieużywane od strony straży na tyłach Wytwórni. Tam składowaliśmy. No i tym się bawiliśmy przez jakiś czas, a przestało. Przy czym nie tylko Wytwórnia, bo też woziliśmy worki z tymi dobrami dla Se-Ma-Fora i dla Kopii Filmowych. Tam też pracownicy byli, oni też dostawali paczki. Były to różne, najważniejsze to były jakieś tam odżywki, jakieś tego typu rzeczy, bo jeśli chodzi o ciuchy, to Warszawa tak przebrała, że dla Łodzi zostawały szmaty można powiedzieć, no ale trudno. Taki był nasz los. No i to o tym się zajmowaliśmy. Później te filmy dla ogrodnictwa, to się tam jeździło i tak dalej.
W międzyczasie był 1 maja jakiś, a ja miałem zdjęcia poklatkowe w Wytwórni w pracowni. I musiałem to doglądać. Także 1 maja też tam pojechałem do Wytwórni, zobaczyłem, że wszystko idzie dobrze, coś tam poprawiłem. Wsiadłem, to [tramwaj] 24 jechało na Retkinie. Dojechałem aż do Aleja Kościuszki. Tramwaj stanął, bo szedł nieformalny pochód pierwszomajowy. Mówię: „Kurde, no tak” i tam spojrzałem daleko w ulicę. Duży był, prawda. Co tu robić? Mówię, że muszę się przedostać na drugą stronę, bo tramwaj stanął. Ale tak się zastanawiałem i nagle idzie kto? Robakowski, Waśko. Cała grupa filmowa, Królikiewicz. „O, Roman, chodź z nami!”. No to nie wypadało nie pójść, prawda? Mówię: „Dobra, przejdę się z nimi tam i przy Żeromskiego na Kopernika przesiądę się”. Ale nas tak milicja pokierowała, że wpędziła nas na był już wiadukt przy Mickiewicza? No w każdym razie tam nas zablokowała. Zablokowała z jednej strony, z drugiej strony, i zrobili bramkę i wychodzimy, prawda? Ten Robakowski, Waśko gdzieś tam w stronę Piotrkowskiej zwiali. A ja stałem z Królikiewiczem. I tak idziemy w tej kolejce, dowody trzymany. I ja tak obliczyłem, że co trzeci czy co czwarty miał zabierany dowód. Więc tak się przestawiałem, policzyłem, żeby nas puścili. No i ja stałem za Królikiem, Królik pierwszy, a Królik stanął przed policjantem i oczywiście bohatera robi. I patrzy się tym swoim okiem, oczywiście dowodu nie miał w ręku. A ten policjant mówi: „No przechodzić, przechodzić”, a ten cały czas tak stoi. No to go wzięli i zgarnęli do budy. A mój dowód zabrał w związku z powyższym. No dobra, pojechałem do domu. I był wyjazd do Skierniewic znowu, więc pojechałem i tak dalej, ale trzeba odzyskać ten dowód. I porozmawiałem z sekretarką Godlewskiego: „A my zaraz to załatwimy”. Gdzieś tam zaczęła wydzwaniać, jakiejś drogi, oparła się o jakiegoś redaktora we łódzkiej telewizji, funkcjonariusza też. I tak to szło i wszyscy tam jakby starali się o ten dowód i w końcu do mnie dotarło: „Co ja kurde robię?”. Bez sensu zupełnie. Uruchamiam jakieś podejrzane źródła, a dowodu nie mam, więc zgłosiłem się do komendy głównej. I mówię, że zabrano mi dowód i tak dalej. On gdzieś tam zadzwonił i mówi: „Proszę czekać, ktoś po pana zejdzie. No i już, to czekamy. A był tłum ludzi. Ale kurde, tutaj zgarnęli tych… Okazało się, że nagle poszło hasło i zostałem sam. Co się okazało, to wszyscy byli tajniacy, byli tacy ludzie różnych profesji. Naprawdę, starsze panie, babuszki jakieś, jakiś urzędnik, jakiś robotnik. Tam była kantyna na dole i przywieźli kawę czy coś i oni tam polecieli na zakupy po prostu. Ja tak stoję i mówię: „No trudno”. Wpadł taki jeden: „Jakiś Iksiński?”. Ja mówię: „Nie, Dębski”. Odwrócił się: „Na pewno nie Iksiński?”. Ja mówię: „Nie, nie”. A do bicia taki [był]. Kurde, ulżyło mi troszeczkę. I po mnie przyszedł taki elegancki pan: „Pan Dębski? Tak, zapraszam na górę”. I się zaczęła rozmowa. Oczywiście chciał się umówić, porozmawiać i tak dalej. Powiedziałem mu, że ja się nie nadaję, bo jestem gadułą, natychmiast się wygadam wszystkim. Głupka grałem takiego, żeby się uchronić. I on dostał potem telefon. Postawił pieczątkę, dowód oddał. W ogóle się zdziwił, jak ja mogłem wyjeżdżać, bo wtedy były te bramki na zdjęcia, nie mając dowodu. Ja mówię: „Proszę pana, zdjęcia są umówione. Jestem głównym tutaj realizatorem. Jak miałem nie jechać?”. Był bardzo zdziwiony. W każdym razie oddał dowód i wróciłem na łono wolnych ludzi.
I tak to śmieszne te czasy były. Później właśnie dostałem propozycję filmu na wybrzeżu o takiej łące. Była łąka…, też samodzielny, który jakby też był zrobiony, później telewizja go kupiła. Był nagrodzony też na festiwalu w naszym przeglądzie, a następnie Bóg stworzył świat i dał go człowiekowi. Film, który bardzo lubię zresztą, o Parku Załęczańskim. I ten film wyjątkowo dobrze, tak bym powiedział, dokumentowałem. Siedziałem w bibliotece, czytałem tam różne o tym terenie, też mnie interesowały rzeczy etnograficzne. I tam w tych materiałach właściwie się okazało, że ta kraina jest pełna duchów jakichś polnych, jakichś tam leśnych, bo to z jakichś kwartalników archeologicznych, etnograficznych wyczytywałem, bo to rozmowy, takie wywiady tam były. I to mnie bardzo zainteresowało, bo dawało taki fajny temat do filmu. Przyroda przyrodą, ona sama się tam pokaże. I to zacząłem jakby dokumentować i z tym jeszcze pojechałem na dokumentację terenową, ale zabrałem ze sobą Nagrę, która tu stoi taka [mężczyzna pokazuje prawą ręką na gablotę z magnetofonem Nagra stojącą po prawej stronie poza kadrem], bo liczyłem na to, że znajdę takiego informatora, jak tam ich wyczytywałem. Okazało się, że wszyscy już wymarli, nie ma ich, bo to był koniec lat pięćdziesiątych-sześćdziesiątych, to szmat czasu przecież. No, ale znalazłem pana, miał chyba z 90 lat, Mencwel się nazywał i on dał się namówić i zaczął mi opowiadać. Ja mu dawałem hasła, na przykład rzeka albo las. On tam długo siedział, namyślał się, tylko troszeczkę taśma leciała. I zaczął opowiadać. No i robił to w sposób, można powiedzieć, bardzo fajny. Zresztą to w filmie trzeba posłuchać. I miał takie fajne przemyślenia, bo na przykład rzeka to żyły ziemi. Takie przyrównanie do żył. Piękne. No i tak tam nagrałem, ile się dało. W końcu on poczuł się zmęczony, więc przerwaliśmy to i postanowiłem, że jak wrócę na zdjęcia, a miałem wrócić za miesiąc może, tak za miesiąc na zdjęcia miałem wrócić konkretnie, to jeszcze z nim dogadam sobie. Niestety w międzyczasie człowiek zmarł i zostałem z tym materiałem, co miałem. Ale ten materiał właściwie zrobił mi scenariusz. Dokładnie dlatego, że tylko mogłem iść tym tropem. Nic więcej, bo innego dźwięku już nie znalazłem, więc tylko został on. Więc to była jego opowieść taka jakby zobrazowana. I lubię ten film, bo jest naprawdę fajny. Tam udało się znaleźć parę rzeczy takich starych jeszcze. Kurhany na przykład. To było ciekawe. W kurhanach, które tam są, to jest tak, że Harcerze w latach pięćdziesiątych robili takie wywiady i się dowiedzieli, że te górki obrośnięte brzozami, ta górka to jest grób księdza, jego wiernego psa i tam jest zakopane też złoto. Takie było hasło. Archeolodzy tam badali i robili też nad rzeką jakieś wykopki. Przy okazji tam są dwa kurhany. Jeden był pusty, ale ten drugi właśnie okazało się, że tam jest szkielet ciałopalny. Znaczy grób jest ciałopalny. Są grudki złota i jest szkielet psa. I to jest II wiek naszej ery. I teraz okazuje się, ile czasu to przetrwało. Jakby w legendach ludzkich, prawda? Bo taka babcia, która tam mieszkała nad rzeką, właśnie to opowiadała, jak długo to przetrwało. Tyle tylko, że z księcia bo to był jakiś ważniejszy gość, zrobił się ksiądz. Bo to tak bliższe jakby, prawda? Od tego czasu zacząłem słuchać tych legend. To takie skrzywienie, nie? No tak to wyglądało. Ale to taka anegdota do tych opowieści. No i taki film powstał. No i później się już zaczęło, bo to różne filmy, te czasy stanu wojennego inaczej. W międzyczasie oczywiście robiłem filmy też inne, z Wojtkiem Maciejewskim, bo z nim byłem zaprzyjaźniony, jego filmy robiłem. Tam robiliśmy czy Fana, czy Życie na dializie, czy Kuźnię [Pejzaż z kuźnią]. Oto jeden taki film był z serii Budownictwo Drewniane. Bardzo fajny film, miał dobrą recenzję. Nawet powiedział już, to była chyba „Kamera”, tak się nazywał taki miesięcznik. Miesięcznik to był chyba. I tam, już nie pamiętam autora, w tej recenzji, ja zostałem jako operator pochwalony, że bardzo inteligentne zdjęcia, nie wiem, co to oznacza, ale to tak mnie podbudowało.
[Biała plansza. Pośrodku czarny napis prostą czcionką: Kiedy rozpoczął Pan realizację filmów przyrodniczych?] Oczywiście to, co z Wojtkiem robiliśmy, to akurat ordery i odznaczenia. Niby niewinne tematy, a później były zablokowane. Tak fajnie to było, blokowało się nie bezpośrednio. Film dostawał na przykład bardzo niedostateczną ocenę, co jakby dyskwalifikowało go i nie dopuszczało do żadnego… Oczywiście nie cenzuralne. To była ocena filmu, prawda? Tak chyba miał Fan, prawda? Takie rzeczy. Gmachy – my różne takie filmy robiliśmy, jako operator z nimi robiłem, tak samo te wydarzenia w Radomiu, w którymś odcinku jeździliśmy, też robiliśmy. Inne filmy, w Anglii robiliśmy film też o rządzie na uchodźstwie, coś takiego. Ale to są rzeczy już późniejsze. No i zacząłem już swoje realizacje, te filmy przyrodnicze. Oczywiście, ile mogłem. Jeden zrobić film przyrodniczy, z tego by się nie wyżyło. Musiałem też coś tam dorabiać, Skierniewice, więc to było tak ustawione, że musiałem zrobić co najmniej cztery filmy, żeby mieć średnią jakby dochodu, taką jak urzędnicy. No takie były stawki. No, więc trzeba było to jakoś pogodzić, prawda? No i tak to jestem, byłem związany z tą wytwórnią. No co tu jeszcze… O filmach by trzeba było gadać, bo to przyszedł ten czas najtrudniejszy dla Wytwórni, prawda? Wtedy dyrektor Traczykowski był i Wandzia Jabłońska wpadła na pomysł, bo chodziło [o to], żeby zdobyć pieniądze na filmy z innej paczki, bo już nie było tych państwowych [dotacji]. I tak powstało Stowarzyszenie Film Przyroda Kultura. Stowarzyszenie, bo najpierw chcieliśmy dostać fundację, ale to nam odrzucili, więc stowarzyszenie, które ma te same prawa, a nie musi jakby gdzieś tam mocno… I to Stowarzyszenie starało się, to zawsze pani Wanda, o środki na filmy. To były przyrodnicze. I zdobyła. Zdobyła. To był cały cykl filmów o ochronie roślin czy owadów – Grzyby chronione. Takie tytuły były tam. Ja miałem właśnie grzyby, o grzybach. To był cały film poklatkowy, prawie miał być. Prawie. Tylko, że już mnie poganiali, musiałem kończyć, bo to długi okres zdjęciowy jest, prawda? Zdjęcia poklatkowe trwają jak trwają. Następnie miałem też chyba z parków narodowych, to miałem Puszczę Białowieską oraz jeszcze był ten Porosty. A, jeszcze był ten film o Jeziorsku.
W każdym razie tych filmów było troszeczkę takich. I tak się złożyło, że o rzekach też miałem Na granicy wody i ziemi. To też ten film o rzekach. Tak przyjechał pan, bo to Narodowy Fundusz nam dawał pieniądze, to oczywiście znalazłem tam człowieka, który opowiadał na zasadzie pana Mencwla w tym filmie właśnie o rzekach. I jemu się to nie spodobało, bo on się spodziewał filmu takiego typowego, prawda. A ja poleciałem tym nurtem takim bardziej swobodnym właściwie. Inna sprawa, że ten pan, który tam był, wiedział dużo, ale mówił fatalnie. Mówił bardzo szybko i tak dalej, tak, że nie można go było okiełznać. I w końcu z tego, co on tam mówił, troszeczkę dopisałem, zrobiliśmy z dźwiękowcem cały ten spis, co ma mówić, i tak zdanie po zdaniu musiał nam mówić powoli. Starał się. I dlatego tak dziwnie to on mówi, ale pasowało. No to tak śmiesznie jakoś. Ale napisaliśmy mu ten tekst, ja napisałem właściwie, bazując na tych jego chaotycznych wypowiedziach. No i co jeszcze z takich filmów? No było tego troszeczkę. Później Klub Pana Rysia jeszcze był po drodze. Klub Pana Rysia, z którym współpracowałem prawie ciągle. Jako operator na koniec troszeczkę go tam wspomagałem realizatorsko, ale to było już dla telewizji, miał bardzo dobrze. Zresztą Klub Pana Rysia – Rysio Wyrzykowski ma szkołę jego imienia w Bełdowie. To chyba wyszło od dyrektorki szkoły, ja tam już miałem z nimi kontakt, bo to najpierw festiwal i tak dalej, później warsztaty jakieś prowadziłem. I ona kiedyś tam wymyśliła. Mówiła: „Słuchaj Romek, potrzebujemy nazwy dla szkoły. Potrzebujemy właśnie, czy ty byś się nie zgodził?”. Ja mówię: „Zwariowałaś, kurczę. Ale mam coś dla ciebie”. Mówię, bo szkoła ma charakter sportowy troszeczkę i ten filmowy, mówię: „To mamy! Rysio Wyrzykowski”, a on właśnie w międzyczasie zmarł. Robiłem z nim ostatni film i on po prostu na nowotwór zmarł. I mówię: „I sportowiec, bo był nawet w kadrze polskiej przez jakiś czas krótko, ale był. Biolog, filmowiec”, Puchalski i tak dalej. No i Traczykowski, pamiętam byliśmy w Aleksandrowie na Radzie Miasta i Traczykowski to przedstawił i Rada klepnęła. Szkoła dostała imienia Ryszarda Wyrzykowskiego i jest do tej pory. Ja mam za to troszeczkę, można powiedzieć, już taki obowiązek swój własny, bo to mój przyjaciel, w związku z tym co tydzień tam jeżdżę i prowadzę warsztaty, ale to już jest sympatyczne i nie pozwala mi się nudzić. Tyle tylko, że od razu mówię, że nie można mnie angażować w jakieś tam czy wytwórniane, czy nawet zdjęcia jak jedziemy, bo piątek mam zaklepany na Bełdów.
[Biała plansza. Pośrodku czarny napis prostą czcionką: Dlaczego został Pan pedagogiem?] Oczywiście w pewnej chwili, jak przeszedłem na emeryturę, to można powiedzieć, że już mi się nie chciało. Pieniądze mogłem szukać, ale gdzieś tam, prawda, w PISF-ie i tak dalej, nie chciało mi się już tak. Zająłem się edukacją młodzieży. W międzyczasie miałem właśnie tą edukację młodzieży, to miałem w liceum XXXIV. Tam była klasa aktorska i filmowa. I ona [Siekierzyńska] w filmowej prowadziła zajęcia, ale miała jakiś okres zdjęciowy rozbudowany i prosiła mnie, żebym ją zastąpił. Tak gdzieś od wiosny. No i tak związałem się, zostałem nauczycielem. I tak przez parę lat ciągnąłem tę klasę filmową, przez jakiś czas nawet aktorów też miałem. Zabawa była świetna, naprawdę. Efekt był taki, że nawet dostałem, przedziwne, bo mieliśmy duże sukcesy. Od razu konkursy poszły, jakieś takie rzeczy, a młodzież była naprawdę zdolna, świetna. Dostałem nagrodę dla pedagoga najlepszego z Urzędu Miasta Łodzi. [Biała plansza. Po środku czarny napis prostą czcionką: Jakie projekty filmowe realizował Pan po powrocie do Wytwórni Filmów Oświatowych?] Jakoś tak wyszło, że zostałem w Wytwórni. Też poszły jakieś zmiany, bo to walczyła Wytwórnia o siebie. Kasia Kozłowska, która tam była, też odeszła. I gdzieś tam zostałem wezwany właśnie, bo był ten projekt filmów Czterech pór roku. W tym projekcie uczestniczyła w realizacji zdjęć młodzież. Oni mieli tam swoje dwa dni. Filmowali i tak dalej, a ja z kolegą kończyliśmy to już tak, żeby to miało taki wymiar profesjonalny. No i udało się, takie do 10 minut, nawet dwie edycje były, pierwsza i druga. I to było takie zajęcie można powiedzieć na cały rok. Oczywiście te filmy to miały taki charakter też, można powiedzieć, że pokazywały przyrodę. Były oparte o wybrane parki krajobrazowe. Pokazywały aktualną przyrodę, ale był bohater, który opowiadał o czasach przeszłych. Także to było takie połączenie. Też przy okazji były już zwyczaje, jakieś takie rzeczy. No fajnie. To też takie etnograficzne. I któregoś dnia zostałem wezwany ja i Łukasz [Dębski] do Wytwórni, i najpierw do mnie, że jest taki projekt o rzekach. Czy mnie by to interesowało? Więc się zdenerwowałem. Powiedziałem, żeby zeszli ze mnie, bo „Ja właśnie skończyłem siedemdziesiąt parę lat i przestańcie się wygłupiać. Tu siedzi mój młody”. Oni to świadomie go wezwali, bo tak czułem, że to chodzi o to. Ja nawet nie widziałem, tylko tak rzuciłem: „Proszę bardzo, zaproponujcie to Łukaszowi”. A Łukasz w ogóle montował, tam z kolegą zresztą, te moje Cztery pory roku też. No i tak się zaczęło, zielone korytarze powstały. Potem Łukasz złożył taki projekt Gdy diabeł mieszkał za miedzą. No i teraz trzeci ten projekt, który realizujemy, to jest Opolskie kwiaty, też oparty o kwiaty. Nie o kwiatach, tylko kwiaty w kulturze polskiej. To są święta różne, najczęściej kościelne, bo kościół przejął, ale bardzo fajne, bo to jakby połączenie kościoła, chrześcijaństwa z pogaństwem, bo przecież one mają tam swoje źródło.
W ogóle Łukasz też miał przedziwną drogę do filmu, bo jeździł ze mną na zdjęcia, nawet dawałem mu pofilmować, po prostu, żeby się nie nudził. I to zaowocowało, zajął się fotografią, tam go wspomagałem. Zdawał pierwszy raz. Nie udało się, ale miał złożone papiery na filmoznawstwo, więc tam zaczął studiować. W każdym razie też zdawał trzy razy, ale w sumie cztery lata. Tylko dlatego, że pierwszy i drugi odpadł z egzaminów. Trzeci raz przespał, bo zmienili termin w Szkole. Przyspieszyli termin składania papierów i on się nie załapał. A skończył akurat filmoznawstwo, więc poszedł na etnografię. Przez rok studiował etnografię. No to stąd też jego takie zainteresowania, bo pojechał tam na jakieś badania terenowe, więc to go zainteresował. I wtedy już zdał. I tak to się potoczyło. [Biała plansza. Pośrodku czarny napis prostą czcionką: Czy jest Pan zadowolony ze swojej ścieżki zawodowej?] Jestem zadowolony z tego, że trafiłem właśnie na tą drogę filmową. Chociaż, jak mówię, początki nie zapowiadały się jakoś specjalnie. Moje kontakty z kinem były jak u każdego. Ale interesowałem się. Albo z wagarami były związane. Tak, tu znalazłem siebie, bo poszedłem w takie techniki specjalne. To teraz przy Kwiatach zaowocowało, bo od lutego w domu mam pracownię, bo w Wytwórni nie mógłbym tego robić, bo bym musiał właściwie tam ciągle dojeżdżać, a to jest bez sensu. A tu mam na żywo, filmowałem poklatkowe kwiaty, bo one były potrzebne do tego nowego filmu. Zresztą poprzednio też filmowałem, czy grzyby, czy coś, na przykład przebiśniegi ze śniegu jak się wydobywają. To też ciekawe, bo skąd śnieg, jak nie było śniegu akurat, więc lodówkę rozmrażałem i zamrażałem, żeby się zrosiła i tam wyskrobałem to i to szybko do zdjęć albo znalazłem kupę śniegu gdzieś tam na parkingu, która jeszcze nie stopniała, więc podkopałem się tam. No takie rzeczy. Ale cały czas zdjęcia specjalne, poklatkowe, makro jakieś. Buduję do tego oczywiście specjalne urządzenia, bo mam dwie prawe ręce, także spokojnie to sobie radzę. Znam się na technologii. Przy trudniejszych sprawach wspomaga mnie Staszek Kwiatkowski, który jest wam znany tutaj w Muzeum. Pomaga mi jakby w konstruowaniu pewnych historii, na przykład slajdery, które były za drogie, a my zbudowaliśmy razem slajder, żeby móc porobić. Już teraz to się rozbudowało, ale jak mówię, to są to historie dodatkowe, także jestem spełniony, można powiedzieć, jako filmowiec.
Zadanie Powiększenie kolekcji nagrań audiowizualnych oraz zwiększenie dostępności Archiwum Historii Mówionej zostało sfinansowane przez Unię Europejską NextGenerationEU.

