Przejdź do treści

Stanisław Kwaśniak – aktor teatralny, telewizyjny i dubbingowy

    Transkrypcja rozmowy w formacie.docx

    Czarna plansza. Na górze pośrodku logotyp Muzeum Kinematografii w Łodzi w postaci czarnej taśmy filmowej. Rozwija się od dołu ku górze, do dołu i znów zakręca do góry i do dołu. Tworzy literę ‘M’. Po prawej stronie, wzdłuż litery ‘M’ w trzech rzędach, jeden pod drugim, czarny napis prostą czcionką. ‘Muzeum’, ‘Kinematografii’, ‘w Łodzi’. Pierwsze litery słów ‘Muzeum’, ‘Kinematografii’ i ‘Łodzi’ są wielkie.

    Poniżej logotypu biały napis:
    Stanisław Kwaśniak,
    aktor teatralny, dubbingowy i lektor

    Plansza znika, na ekranie pojawia się mężczyzna w starszym wieku. Ma krótkie siwe włosy i zarost. Nosi kwadratowe okulary z czarnymi oprawkami. Ma na sobie beżowy sweter zapinany na duże brązowe guziki oraz również beżową koszulę pod spodem. Za nim znajdują się fotele sali Kina Kinematograf w niebiesko-szarym obiciu.

    SK: Nazywam się Stanisław Kwaśniak. W 1967 roku skończyłem wydział aktorski Łódzkiej Szkoły Filmowej i rozpocząłem pracę w Teatrze Jaracza, w którym spędziłem z małą przerwą 40 lat. Natomiast poza pracą w teatrze, zaistniałem jako najpierw aktor dubbingowy, a potem lektor. [Biała plansza. Pośrodku czarny napis prostą czcionką: Jak zaczęła się Pana historia z aktorstwem?] No to jest trochę niepopularne, bo bardzo często się mówi, że: „Nigdy o tym nie myślałem, pracowałem w kopalni, przypadkowo poszedłem z kolegą na egzamin”. Nie, nie. Ja od dziecka marzyłem. No trudno, przyznaję się do tego. To było moje wielkie marzenie. Pierwsze oczarowania – to były nawet imprezy plenerowe w łódzkich parkach. Tam występowali ludzie, których podziwiałem jako nastolatek, a potem pracowałem z nimi – siedziałem w garderobie na sąsiednim stanowisku, a z niektórymi nawet doświadczyłem zaszczytu mówienia po imieniu. To były nieprawdopodobne chwile. Kino. Kino Muza na ulicy Pabianickiej (już nie istnieje ten budynek), to było w tej części, która się nazywa Ruda Pabianicka. Jaki film pierwszy widziałem? Wiem. Poszliśmy ze szkołą – to była wielka nadzieja na przeżycie – mianowicie wtedy był film Konik Garbusek. Przychodzimy i nagle się okazuje, że nie dojechała kopia i będziemy oglądać film Sadko, produkcji radzieckiej. Ja już tego nie pamiętam, zresztą guzik mnie ten Sadko obchodził. Ja chciałem Konika Garbuska, bo była wtedy i książka, którą się wymieniało na, nie wiem, znaczki, czy tam jakieś inne skarby i ten film. [Śmiech] I nigdy go już potem nie zobaczyłem. Ale chodziłem do tego kina. Osobnym przeżyciem były fotosy, które były w gablotach. Boże, no niesamowite przeżycie zawsze. Problemem było dostanie się na film od 16 czy od 18 lat. Był tam taki pan kierownik, który bardzo… ale właściwie kasjerka – jego żona – która miała dobre oko i tam się nie dało ściemnić, jak teraz się mówi. I… no nie dało się. Pamiętam wielką przygodę – stałem przez cały seans, był taki przebój – Przygoda na Mariensztacie. Boże kochany… główną rolę męską grał Tadeusz Schmidt, z którym potem pracowałem w dubbingu (bo on pracował w innym teatrze.) Niesamowite przeżycia dla chłopaka z przedmieścia, który no nie wyobrażał sobie, że kiedyś do tych idoli, prawda… Jeśli chodzi o teatr, to były przedstawienia już (nie pamiętam wcześniejszych), pewnie jakieś teatry kukiełkowe, ale w liceum. Pamiętam jak niegodnie się zachowaliśmy z kolegami na przedstawieniu Nie-Boskiej komedii w Teatrze Nowym. Piękne przedstawienie: Mieczysław Voit, Wojciech Pilarski, Michał Pawlicki, z którym potem pracowałem w teatrze przy sztuce Pieszo Mrożka. I tam jest scena w tym domu dla umysłowo chorych. No i tam niektórzy aktorzy wspaniale grali te niesprawności. Myśmy byli smarkaczami i zaczęliśmy się śmiać po prostu. Bardzo nas to bawiło. Wstydzę się tego całe życie. Zostaliśmy upomniani przez dorosłych. Ale to mimo tego niegodnego zachowania pamiętam ten spektakl. Pamiętam Mieczysława Voita – fantastyczny aktor, który tak pięknie mówił… Michała Pawlickiego, którego Hamleta potem widziałem też. To wszystko się działo w okresie liceum. Wtedy Teatr Nowy miał ten cudowny okres, przecież to był Hamlet – taka piękna sztuka Gozziego Kruk, gdzie też Michał Pawlicki grał. Czerwona magia z Zygmuntem Malawskim, z którym potem zagrałem w telewizji i mogłem mu mówić po imieniu – to niebywałe zupełnie, ja nie wiem… Pewnie teraz to się zmieniło, bo te hierarchie chyba troszeczkę tak wyblakły, ale wtedy to było niebywałe zupełnie.

    Co tam jeszcze? To tyle. I potem… bo udzielałem się w takich amatorskich teatrach rozmaitych i miałem wspaniałego instruktora, który był związany z zakładami pracy tam w Rudzie Pabianickiej, w których pracowali moi rodzice. Fanatyk teatru, fanatyk siania tej kultury teatralnej po świecie. Człowiek, który nawet chyba nie ukończył żadnych studiów, ale miał kolosalną wiedzę na temat historii teatru, historii dramatu. Robił wspaniałe analizy. Ja do tej pory pamiętam. U niego stworzyłem [śmiech] w Kordianie niezapomnianą postać papieża. No tak, tak… Nawet wiele lat później dziennikarz Łódzkiego Radia – Krzysztof Turowski zaprosił mnie z okazji… nie pamiętam jakiej, to był jakiś wywiad i on pamiętał tę kreację, chodził też do tego liceum, no… Zapisałem się na kartach przynajmniej pamięci redaktora Turowskiego. No i wtedy już było pewne, że będę zdawał do szkoły. Przygotowałem się do niej… a wcześniej jeszcze tam były konkursy recytatorskie. Na egzamin przygotowałem z Kazimierza Brandysa taki monolog, ale nie pamiętam tytułu książki. Może sobie potem przypomnę. Leśmiana Dusiołek i piosenkę Bajki, to chyba tekst Tuwima: „Pomnę dzieciństwa sny niewysłowne/ Baśń lat minionych wstaje jak żywa/ Bajki cudowne, bajki czarowne/ Opowiadała mi niania siwa”. No bo tam sprawdzano słuch. Te egzaminy pewnie się tak bardzo nie zmieniły, bo to było rozciągnięte w czasie. W każdym razie, tam były potem zajęcia, które nas wprowadzały w całą taką specyfikę elementarnych zadań aktorskich, czyli właściwie bez tekstu. Ale ja na tym egzaminie końcowym, nie wiem dlaczego, dostałem zadanie właśnie z tekstem. Zapytano mnie, czy jestem Łodzianinem – no jestem. Czy byłem kiedyś na Górniaku (tam gdzie jest Plac Niepodległości teraz), tam był targ ogromny, nie było tej hali, która jest w tej chwili, po prostu były takie kramy właściwie. Tam się zawsze pojawiali tacy faceci, którzy reklamowali wyroby, które miały na przykład zlikwidować odciski na stopach, czy jakieś pryszcze i tak dalej. No i to byli fachowcy, jeśli chodzi o reklamę. To naprawdę było godne podziwu. W każdym razie… nie wiem jak to się stało – tak się rozpędziłem, że darłem się jak opętany. Te wyimaginowane fiolki z tymi cud… Puenta była taka, że podbiegłem do kogoś z komisji i podsunąłem mu tę fiolkę i zapytałem: „Prawda? Obiecujący zapach, prawda?” Na co (no to nieskromne może) pani Jadwiga Chojnacka, późniejsza opiekunka mojego roku, powiedziała: „Obiecujący student”. I podziękowano mi.

    W każdym razie dostałem się do Szkoły. Te studia wspominam bardzo dobrze. Świetni ludzie – profesorowie – którzy nawet trochę rzeczywiście może nas niańczyli, ale uprzedzali, że potem dostaniemy w głowę jak już pójdziemy do zawodu. Ale wspaniali, Jadwiga Chojnacka – surowa, wymagająca, ale nie miało to nic wspólnego z tym, o czym się czasem teraz słyszy i o czym nie chce rozmawiać. No już wtedy mieliśmy idoli w szkole, między innymi Janusz Gajos, który był na trzecim roku, fantastyczny. Patrzyliśmy, po prostu… wiedzieliśmy, że to się musi skończyć tak jak się skończyło, jak się… no, jeszcze trwa. Drozdowskiego Kondukt, dyplom. Był taki kabaret Piątka z ulicy Gdańskiej. Tam był też Franek Trzeciak, – fantastyczny rok, oni byli wtedy na trzecim roku, myśmy byli na pierwszym. Jerzy Walden – fantastyczna postać, no  świetny intelekt. Do niedawna jeszcze gdzieś miałem (i żałuję, że choć nie jest mi to potrzebne), zginął mi egzemplarz dialogu, w którym była jego analiza Zabawy jak nigdy Saroyana, bo to był nasz jeden z dyplomów trzech. Fantastyczny pan, który otwierał oczy na to, co jest między kwestiami, co się tam kryje za tym wszystkim. No i skończyłem też Szkołę.

    SK: Na roku był Irek Kaskiewicz, z którym zostaliśmy zaangażowani do Teatru Jaracza. Nie było to łatwe, dlatego że wtedy obowiązywał zakaz angażowania studentów do teatrów, w których mieściły się szkoły aktorskie, czyli: Krakowska, Warszawska i Łódzka. I dyrektorzy (ale to było oczywiście do ominięcia) musieli składać taką prośbę do Ministerstwa Kultury i Sztuki, żeby… na ogół tę zgodę… chodziło po prostu o to, żeby absolwentów rozpraszać po wielu teatrach, także w mniejszych miastach. W każdym razie zaangażowaliśmy się do Jaracza z Irkiem. Kto jeszcze był? Basia Brylska, która przyszła do nas chyba na trzeci rok, bo ona miała chyba przerwę, to się wiązało z Faraonem, z jej rolami filmowymi. Pamiętam, że partnerowałem jej w takim egzaminie, który… no procedura była taka, że żeby ją przyjąć na ten trzeci rok, musiała zaliczyć taki egzamin sceny. I ja grałem z nią w Hipnozie Cwojdzińskiego – to taka sztuka przedwojenna o Ordonce, która miała problemy z pamięcią, jakiś taki kryzys. Z piękną piosenką, chyba Uliczkę znam w Barcelonie [Uliczka w Barcelonie] i Basia to śpiewała. Kto jeszcze był…? Magda Celówna, która swego czasu zaistniała w filmie przecież bardzo. Był jeszcze Wojtek Zasadziński – piękny mężczyzna, warunki amanckie – który zagrał w filmie Jana Łomnickiego Kontrybucja. Zagrał potem bardzo dobrą rolę we Wrocławiu, tam się zaangażował w Bolesławie Śmiałym, gdzie grała też Maja Komorowska (o ile dobrze pamiętam. Chyba tak…) No były dziewczyny: Marysia Andruszkiewicz, Inka Borońska… Inka Borońska  dwojga nazwisk – Łągwa, która też potem w Teatrze Nowym pracowała przez wiele lat. To tyle jeśli chodzi o skład personalny mojego roku. Były tam jeszcze: Krzysztof Kursa, Jerzy Nowacki, no… Andrzej Fogiel – syn Aleksandra, też dysponujący pięknym tenorem, poza innymi uzdolnieniami. [Biała plansza. Pośrodku czarny napis prostą czcionką: Jak zaczęła się Pana historia z filmem?] Jeśli chodzi o film, to moje kontakty ja oceniam jako incydentalne. Owszem zagrałem, tam nawet jest taka encyklopedia teatru polskiego i tam jest filmografia. Pamiętam, że pierwsze duże zadanie to był film Wojciecha Wójcika – to było jego absolutorium, ja byłem po pierwszym roku. Bardzo trudne zadanie, nie wiem jak to tam potem było ocenione. Taka dość duża rola, główna w tym… Potem zaraz po studiach zagrałem w takim filmie też absolutorium Abdellah Drissi – to był student z Maroka, który potem reżyserował w Teatrze Jaracza Anabaptystów Dürrenmatta, a potem był związany z telewizją w Gdańsku. Zresztą to się nazywało Matrykuła – taki bardzo dziwny film, odjechany jakbyśmy teraz powiedzieli… oniryczny? Nie wiem jak to nazwać. W każdym razie jakieś 20 lat temu (to był 2001 rok chyba) telefon: „-Słucham.” „-Stasiu, pamiętasz mnie?” „-Kto to mówi do mnie? Skąd mogę wiedzieć?” A to Abdel. Abdel Drissi, który przyjechał po wielu latach, bo on potem wrócił do Maroka i przywiózł mi płytę DVD z tym właśnie filmem. To był 67 rok… zaraz… przepraszam – 69. Dwa lata po studiach.

    Tak, było bardzo dużo pracy w teatrze. I to nie to, że dotyczyło to mnie, po prostu w Teatrze Jaracza były trzy sceny: bo była scena ta główna, była scena mała… i był teatr 7:15, którego już nie ma, fantastyczny – na rogu Piotrkowskiej i Traugutta w gmachu Grand Hotelu. I tam graliśmy taki repertuar rozrywkowy: farsy, komedie, jakieś muzyczne sztuki. Uwielbialiśmy tam grać. Była wspaniała kompania, poza tym jeśli chodzi o koleżeństwo całe. No i były prace, nazwijmy je, poboczne, ale bardzo kochane. Przede wszystkim tętnił życiem Łódzki Ośrodek Telewizyjny, który robił mnóstwo spektakli rozmaitych i dla dzieci, i dla młodzieży. Był też Teatr… chyba Piątkowy, bo Poniedziałkowy był warszawski, na który czekała cała Polska, bo były dwa programy przecież. Natomiast tu był chyba Piątkowy Teatr, na początku jeszcze na żywca – bez nagrania. I ja się załapałem, dwukrotnie na granie z widownią po prostu, gdzieś tam daleko. Pierwsze to była sztuka Jana Kasprowicza Świat się kończy, gdzie miałem przygodę, bo… nie powiem kto, ale aktor, z którym miałem scenę musiał mnie uderzyć w twarz. No i na próbach mówi: „Ja na razie kolego będę markował, na nagraniu troszkę mocniej, ale proszę być spo…”. Niestety – no wszyscy byliśmy zestresowani. On też, mimo że górował doświadczeniem i przyłożył mi porządnie w ucho, a to jest niedobre bardzo uderzenie. I gdyby nie drugi kolega, który mnie skierował do właściwej kamery, to nie wiem co by było, a miałem duży monolog potem z płaczem. Pierwszy dzień wolności Kruczkowskiego – reżyserował Zbigniew Kuźmiński. Też była mała przygoda, ale mnie nie dotyczyła, tylko… pękło coś, żarówka w reflektorze na górze i te pyłki takie płonące spadły na głowę Bogumiła Antczaka, który grał tam w tym spektaklu także. No ale to takie drobne wpadki. Telewizja. Potem był cały cykl śpiewanych programów. Tam były różne takie formuły. Wiem, że potem były piosenki: filmu takiego, filmu takiego, albo takie geograficzne: a to węgierskie, a to południowej Ameryki, gdzie było bardzo ciężko, bo rytmy Ameryki Łacińskiej (no to dla w końcu nie fachowców, bo myśmy byli jednak aktorami z dramatu) były bardzo trudne, no ale jakoś tam brnęliśmy. To wspaniała przygoda, bo i teatr właśnie, i teatr dla dzieci, i te programy śpiewane. Potem już ten Teatr Piątkowy przestał istnieć w tej formie, ale robiliśmy czasem przedstawienia teatralne. To była telewizja. Programy poetyckie też bardzo fajne.

    Natomiast Radio Łódzkie z niezapomnianą Romaną Mater – wspaniała realizatorka, reżyserka, od której się można było mnóstwo, mnóstwo nauczyć. Do tego Wytwórnia Filmów Oświatowych, gdzie się czytało różne filmy, takie dydaktyczne. Nie wiem, czytałem o oprysku pomidorów na przykład, całą serię. Albo o budowie asfaltów – te wszystkie warstwy… Jak teraz widzę tę fuszerkę, która czasem się tam pojawia na ulicach, to mówię: „Ludzie, trzeba było sięgnąć do Bonawentury Szredela” – to był reżyser taki, bardzo, bardzo duża osobowość właśnie w Oświatówce.

    I dubbing – ukochany dubbing. Dwa studia na Traugutta i na Sienkiewicza. I zdarzało się tak czasami, że miało się, nie wiem, parę sklejek na Traugutta, przerwa, biegło się na Sienkiewicza i wracało się na Traugutta. Dzień pracy wyglądał (poza oczywiście wolnymi dniami) w ten sposób, że o 8:00 powiedzmy był dubbing, 8:15, za 20 10:00 trzeba było skończyć nagranie, popędzić do Teatru Jaracza na próbę, wrócić na 14:30 i grać do 18:00 tam z minutami, bo spektakl. Dubbing, dubbing łódzki – wspaniałe miejsce. Abstrahuję od tego (no bo oczywiście, że był to dodatkowy zarobek), natomiast to było takie forum, gdzie zbierali się ludzie z wszystkich teatrów łódzkich. Była to ogromna plotkarnia w poczekalni. Do tego właściwie taki mimowolny kabaret: pełno różnych anegdot, żartów, no i opowieści o… a też i dyskusji o polityce. Wszystko tam było. Najbardziej lubiliśmy „gwarki” tak zwane, czyli zbierało się wtedy mnóstwo osób, robiliśmy jakieś tło na przykład w restauracji, czy że… wtedy było nas bardzo, bardzo dużo. No w tej chwili prawdopodobnie to jest jakaś egzotyka dla ludzi, którzy pracują w dubbingu, ponieważ myśmy grali sklejkami. Nie było cyfry, o tym jeszcze nikt nie myślał, bo to powiadam – to były lata siedemdziesiąte, graliśmy sklejkami, film pocięty (podobnie się postsynchrony robiło, tylko w dubbingu było inne tempo.) Była sklejka, która chodziła na pętli, no i każdy pilnował tej swojej postaci i sobie tam ćwiczył, wybierał reakcje, rozmaite cmoki… czyli nie wiem, pyknięcie z papierosa, o ile to nie było w efektach. Była tam pewna pułapka dla nowicjuszy – mianowicie zawsze nam się zdawało, że zaczynamy równo z aktorem na ekranie. A to nieprawda i chcieliśmy skończyć równo z nim, ale siedziały panie montażystki na sali i mówiły: „Za krótko rozciągnąć!” Ile się spóźniłeś, tyle dodaj na końcu jeszcze, kiedy tamten skończył. Wtedy cudowne panie: Łucja Kryńska, Hania Gniewkowska – fantastyczne… no fachowczynie teraz byśmy powiedzieli, prawda, które to potem wszystko tam ustawiały. Tak… montażystki, do tego reżyserzy: cudowny Mirosław Bartoszek – erudyta, człowiek, który przede wszystkim miał niebywałą intuicję, kiedy się wtrącać. To wielki skarb. Nie zapomnę nigdy, jak miotałem się z jakąś sceną i wiedziałem, że to jest źle. No i tam: a może tak, a może tak – on w ogóle się nie odzywał. A w końcu mówi: „Staszek, nie drzyj się.” I mnie oświeciło! Mówię: „Boże, czemu ja krzyczę? Przecież to zupełnie nie o to chodzi.” Byłem zmęczony tam w tym kieracie, prawda? Po prostu zabrnąłem w jakiś ślepy zaułek. „Staszek, nie drzyj się”. I wie pani – ilekroć w teatrze spotykałem reżysera, takiego gadułę, który żeby powiedzieć prostą rzecz, wygłaszał jakiś ogromny monolog, który miał świadczyć o jego wielkich kompetencjach, przypominałem sobie tego Mirka. On wiedział kiedy się odezwać po prostu. Romuald Drobaczyński, który potem poszedł do filmu. Do tego Maria Piotrowska – wspaniała pani reżyser. Grzegorz Sielski – operator (o czym za chwilę), ale też się zajmował reżyserią. Czesław Staszewski – człowiek teatru, zetknąłem się z nim na gościnnych występach w Szczecinie, gdzie był dyrektorem. Maria Horodecka (na którą wszyscy mówili Malina), która zaczynała jako redaktorka, a potem reżyserowała. Ryszard Sobolewski – aktor, swego czasu dyrektor Teatru Powszechnego, który też parał się reżyserią w dubbingu. Operatorzy dźwięku: Grzegorz Sielski, Anatol Łapuchowski – fantastyczni fachowcy.

    Aha, jak w pewnym momencie zacząłem być zatrudniany jako lektor, przy tak zwanych „szeptankach” – czyli czytanie list dialogowych, oprócz tych zadań aktorskich. I tu ciekawostka – nie wiem z jakichś powodów technicznych, niedoborów wyposażenia – no taki był czas – nagrywało się szeptanki całymi aktami. I wymagania były takie, żeby się nigdzie nie pomylić, nie sypnąć. Jeżeli to się zdarzyło w przedostatnim zdaniu – przewijanie do początku i nagrywanie jeszcze raz tego aktu – to była straszna nerwówa. No bo to jednak było tam tych parę stron, około 10 minut i trzeba było być nieomylnym. Kiedyś przeżyłem dramat, bo po chyba jakiś… to był okropny film, jakiś produkcyjny jak taki straszny… i w przerwie po takim nieudanym nagraniu pani redaktor robiła mi poprawki, i wiedziałem, że teraz idzie mi dobrze, i że na ostatniej stronie mam jedno zdanie. Przełożyłem kartkę – a tam była czysta kartka, bo pani redaktor mi zabrała moją, a położyła jakiś arkusz, prawda, niezadrukowany. No i jeszcze raz. Czasami zdarzały się na przykład… do niedawna nosiłem taką klatkę wyciętą z szerokiej taśmy, bo zamiast powiedzieć „Aleksander”, powiedziałem „Aleksssander”. No i co, grać od nowa? I Anatol Łapuchowski powiedział: „Niech pan idzie na kawę”, a on to po mistrzowsku wyciął, także był „Aleksander”. Nosiłem w portfelu bardzo długo ten kawałek taśmy. I kierownicy produkcji – niebywali fachowcy – przecież nie było komputerów, nawet marzeń nie było na ten temat – oni musieli zgrywać często kilku aktorów z różnych teatrów. Ten miał próbę, ten miał popołudniówkę, ten rano dla dzieci bajkę. I to wszystko było na takich arkuszach z kratkami. Jak ich zebrać? Nie było możliwości grania osobno każdego aktora. To się później pojawiło. I dawali radę: Inka Misiurewicz, Krzysztof Kupsz, Grzegorz Kacprzak (który potem był związany tutaj z Filmówką) Bożena Dębowska. Sprawa tych sklejek – płacono 70 zł za sklejkę. Jak ktoś miał 200 sklejek, to było bardzo dużo pieniędzy, wielokrotność pensji w teatrze. Wszyscy zazdrościliśmy. Natomiast potem pojawił się tzw. dubbing uproszczony. Nie wiem, dla telewizji. Nie mam pojęcia na czym to polegało, bo pokazywano nam scenę raz – taki fragment, jakąś sekwencję – i potem już tylko na dźwięk: słuchawka przy uchu i wchodzenie na swoje kwestie. Natomiast jeśli chodzi o „szeptanki” – filmy dokumentalne na przykład – grało się „na Kubusia”. Kubuś to była taka lampka na pulpicie lektora i reżyser albo redaktor, no który miał to wszystko już przepracowane, naciskał taki guziczek i świeciła się lampka. Teraz są timecode’y, wtedy nikt o tym nie… można wejść w połowie zdania, a jakby się ktoś uparł – w połowie wyrazu. Natomiast to wszystko wyglądało zupełnie inaczej. No i tam właśnie przeczytałem kilka bajek, które były dobranockami. O 19.20 przed dziennikiem telewizyjnym dzieci czekały na bajkę – Makowa Panienka, Motyl Emanuel [Makowa Panienka], co tam jeszcze… jakieś bajki japońskie, gdzie też tylko „na Kubusia” bo co ja mogłem tam wysłuchać w tym.

    [Biała plansza. Pośrodku czarny napis prostą czcionką: Jak wyglądała praca nad Muminkami?] SK: Do Muminków zostałem zaproszony prawdopodobnie dlatego, że już słyszano mnie w tych dubbingowych pracach i tam się w ogóle sporo grało. Nie pamiętam wszystkich, to było strasznie dawno, to było… prawie 50 lat temu. W każdym razie zaproszono mnie (to była produkcja we współpracy z Jupiterem – austriacką firmą) i nie pamiętam kiedy pierwszy odcinek był. W sumie było 78. Grało się „na płasko”, czyli ja grałem bez obrazu. Bo zdaje się kolejność była taka, że potem animacja była już do mnie dopasowywana. Ja to sobie grałem bez obrazu. To był tekst… no poszczególne kwestie postaci: Mamusia, Tatuś, Muminek, Włóczyki, Ryjek itd. Próbowałem troszeczkę tam zmieniać głos, nawet była taka biblioteka – że tutaj Mimi była tak czytana, Tatuś… Za dużo nie było grania, nikt tego ode mnie nie wymagał. W każdym razie graliśmy to dość często i pamiętam, że nawet kiedyś o siódmej rano, bo ja miałem jakiś wyjazd z teatrem na festiwal w Kaliszu i wróciłem koło czwartej i o siódmej trzeba było się umówić, bo potem były zajęcia w teatrze – nie było się łatwo zwolnić. Czasem było to niemożliwe po prostu. Pamiętam reżyserów: pana Lucjana Dembińskiego z pieskiem na ręce, pan Dariusz Zawilski, tak. I pani [Krystyna] Kulczycka. tak, tak tak. Fantastyczna praca. I… Inżynier Janik – operator dźwięku. Też to wszystko było na takich prostych bardzo urządzeniach. Ale to byli mistrzowie w swoim fachu. Te nagrania wspominam jak właściwie relaks cudowny, to… Kierowniczką produkcji była Krystyna Zawada. Potem nagraliśmy tam jeszcze ten film fabularny, gdzie oprócz narratora zagrałem… chyba Ryjka… chyba Ryjka. Tutaj oglądałem – na tej wystawie – byłem z moją wnuczką najmłodszą, oglądaliśmy to. Z wieloma kolegami, tak parę nazwisk z dubbingu jeszcze… Tak jak powiedziałem zbieraliśmy się z wszystkich teatrów i to było takie forum. Zwłaszcza jak „gwarki” były, o czym już mówiłem. Czasami jakaś restauracja, Andrzej Łągwa grał na akordeonie, bo tam było to potrzebne, a myśmy gadali. Z Teatru Jaracza Maciek Małek, Bogdan Wróblewski… Bohdan, nie Bogdan. Barbara Marszałek, Alicja Krawczykówna, Andrzej Herder, z którym zagraliśmy taki serial o Szekspirze. On grał Szekspira, ja Marlowe’a – bardzo ciekawe zadanie. Kazimierz Iwiński, Sławomir Misiurewicz, Róża Chrabelska, Irek Kaskiewicz… Tylu pamiętam w tej chwili, a na pewno było nas więcej. Z Teatru Nowego Ryszard Dembiński – wspaniały aktor, do tego super precyzja, jeśli chodzi o samą technikę dubbingową. Wojciech Pilarski, Zygmunt Malawski, Barbara Horadianka, Inka Borońska – moja koleżanka z roku. Z Teatru Powszechnego: Janusz Kubicki, Andrzej Łągwa, Michał Szewczyk, Bogdan Wiśniewski, Marian Wojtczak, Bruno Bukowski, Mirosław Szonert, Barbara Dzido-Lelińska – wybitna aktorka dubbingowa – Halina Miller, Remigiusz Rogacki. Kiedyś przyszedłem do dubbingu (nie wiem skąd mi się to w tej chwili wzięło) pytam: „Bajkę mieliśmy grać. Jaką rolę ja dzisiaj mam przypisaną?” „-Kostur.” Ja mówię: „Ludzie, co ja napiszę w pamiętnikach? Wnuki będą czytały, że dziadek grał Kostura?” „Niech pan się nie martwi, za chwilę przyjdzie Michał, on gra Zgniłe Jajo.” Trochę mi ulżyło. Aha, nasze prace w dubbingu, a i w Se-Ma-Forze były oceniane przez komisje kolaudacyjne w Warszawie. Tak i od tego zależały nawet jakieś premie, jeśli chodzi o ludzi związanych z produkcją w dubbingu. Aktorów to nie dotyczyło, niestety. W każdym razie trzeba było się bardzo przykładać do tego wszystkiego. I w Se-Ma-Forze jeszcze chyba Trzy misie nagraliśmy i wiele innych bajek, ale już nie pamiętam.

    [Biała plansza. Pośrodku czarny napis prostą czcionką: Jak byliście Państwo wynagradzeni za pracę w dubbingu?] SK: Mówiłem, że to było płacone od sklejki. Czyli (o ile dobrze pamiętam) 70 złotych od sklejki. I teraz chodziło o to, ile sklejek ktoś ma: „To ile masz sklejek? A ja mam tyle.” I czasami zdarzały się, no takie bardzo duże te wynagrodzenia. Tak jak mówiłem – jeżeli to było 150-200 sklejek, no to tam było sporo. Nie pamiętam, jak byłem wynagradzany w Se-Ma-Forze. Natomiast, co ciekawe, kiedy pojawił się ten dubbing uproszczony (ja nie wiem, kto wymyślił takie określenie, bo zobaczyło się jeden raz – wyjątkowo dwa razy – scenę na ekranie, a potem już tylko słuch! No to jaki to uproszczony, jak ja już straciłem z oczu tego aktora?) i za to płacono mniej – bo uproszczony. [Śmiech] Jeżeli tam było siedemdzie… Mało – tam było jakoś tak, że to była ruchoma stawka i nigdy nie było wiadomo, czy to będzie dwadzieścia dwa złote, czy będzie czterdzieści, tam… No i jaki uproszczony? Miałem też kiedyś przygodę (bo robiło się też różne filmy muzyczne) i powiedziano mi: „Niech pan przyjdzie na Traugutta, dostanie pan kasetę i teksty piosenek, no i tam te piosenki będą na kasecie. Niech pan się przygotuje.” Przychodzę do domu, włożyłem kasetę – po niemiecku. Patrzę na te teksty (a pisali to świetni ludzie, między innymi Tadeusz Dobrzyński, Kalina Jerzykowska – no wybitni fachowcy): „Coś mi to nie pasuje! Tu brakują dwie sylaby… Eee… dołożę tutaj «albo» albo «albo» dwa razy…”. I jakoś tak się zmęczyłem z dwiema piosenkami, mówię: „Nie, mam dosyć. Coś mi to nie pasuje”. Przychodzę do dubbingu, zaczynam się tłumaczyć, mówią: „Niech pan da spokój, puścimy panu tutaj na głos to zobaczę.” To był film rumuński. Ktoś mi przez pomyłkę dał tę niemiecką kasetę, no i ja się męczyłem. To jakieś songi były w ogóle, a film był po rumuńsku, nazywał się… tytuł był Weronika [Weronika w kraju czarów]. No i potem po kawałku uczyłem się i nagrywaliśmy. To tak jak powiedziałem – te wszystkie prace (oczywiście to było – i telewizja – to było źródło dodatkowego zarobku), natomiast to była wielka radość. Myśmy byli strasznie łapczywi. Tacy są zresztą aktorzy, że to jest jakieś nienasycenie. I najgorsze, co może być, to ten milczący, przysłowiowy telefon, prawda. A i w teatrze zdarzały się przecież przestoje jakieś, mimo wszystko, z różnych powodów. Więc te zajęcia wypełniały to. Oczywiście to się potem bardzo zmieniło. W Se-Ma-Forze nagrywaliśmy, ale to już były przedsięwzięcia, jakieś prywatne szeptanki dla Polsatu. Potem powstała taka firma Aratos, gdzie nagrywaliśmy. Szaleństwo się zaczęło, kiedy kasety VHS-u się pojawiły. Powstawały wypożyczalnie i to pożerało wszystko. Trzeba było natychmiast nagrywać. Nagrałem taką serię z Louisem de Funès, Pierrem Richardem… i to wszystko jeszcze ciepłe – tamte bety – takie profesjonalne kasety, zabierali faceci i lecieli do tych powielarni rozmaitych, a potem do wypożyczalni. Potem była firma ATV. No i potem ostatni okres to była firma w dźwięku – Toya Studios. Tam nagrywaliśmy bardzo dużo, ja właściwie do pandemii pracowałem, nagrywałem tam. Po drodze był Hallmark… nagrywaliśmy… Morderstwa w Midsomer, taką serię. Bardzo piękne, z wspaniałymi angielskimi aktorami, których uwielbiam… no i tyle.

    [Biała plansza. Pośrodku czarny napis prostą czcionką: Do jakich kin lubił Pan chodzić?] No Bałtyk, Polonia. Nie… jakoś mnie nie zacze… Przede wszystkim w szkole była sala projekcyjna, gdzie od rana do wieczora szły filmy i to było no cudowne zetknięcie. Pamiętam, że kiedyś karnie poszedłem na zajęcia z profesorem Waldenem, a brakło trzech kolegów, właśnie: Wojtka Zasadzińskiego, Jurka Nowackiego i jeszcze trzeci był jakiś ananas. I oni w pewnym momencie wtargnęli na te zajęcia. Profesor Walden patrzył jak na jakichś dziwolągów. Co im się stało? Oni byli w jakimś uniesieniu – nie wiem, jak po narkotykach – obejrzeli Greka Zorbę. To było tak nieprawdopodobne objawienie: ten Anthony Quinn, Bates – Alan Bates – że nie można ich było uspokoić. Myśmy szalenie emocjonalnie to wszystko odbierali. Ja natychmiast popędziłem do jakiegoś kina, jak tylko się… i dwa razy. Ach! Żeby dwa razy. Ja nawet teraz włączam czasem tę scenę na YouTubie, jak oni tańczą. No wspaniała katastrofa. Cudowne. Mieliśmy takie… SPATIFowskie poranki w niedzielę, w kinie w ŁDK-u i tam po raz pierwszy widziałem Francuskiego Łącznika. Coś nieprawdopodobnego. To w tej chwili trudno sobie wyobrazić, kiedy wszystko jest właściwie w zasięgu, można to sobie, nie wiem, kupić na DVD… a to było to kino amerykańskie, które wchodziło w ten cudowny okres: Francuski łącznik, Nocny kowboj… pamiętam taki film… Porachunki, angielski. Niezwykłe wrażenie na mnie zrobił. Ale to tylko wiem, że to tak było. No wszystko z Hoffmanem, z Nicholsonem i mój ukochany Gene Hackman. Chciało mi się płakać jak teraz czytałem o tym końcu… Strach na wróble, boże kochany… no Ojciec chrzestny, tak… straszny ten podziw dla tych strasznych gangsterów, ale to po prostu było też objawienie absolutne. Właśnie ci wielcy aktorzy amerykańscy, cała ta formacja: Robert Duvall, właśnie Hoffman, właśnie Hackman, Nicholson – Lot nad Kukułczym Gniazdem… chodziło się do kina. To było… tak jak lektury były w pewnym sensie obligatoryjne, bo nie wypadało czegoś nie przeczytać i stało się w kolejce, czekało aż się pojawi książka. Albo spod lady się miało, tutaj była taka księgarnia – Pegaz chyba się nazywała – na Piotrkowskiej przy Zielonej, tam był taki wspaniały pan Gierańczyk. No jak się miało u niego tak zwane chody, to tam zawsze coś spod lady wyjął ciekawego. Taki czas wielkiej łapczywości, któremu też no sprzyjał ten niedostatek, bo jak powiadam – jak wszystko jest, to to aż tak nie smakuje. A wtedy to były skarby. Nawet pamiętam, że na Ulissesa Joyce’a były zapisy, chociaż jak wiadomo z czytaniem bywało różnie. Ale może to dobrze, że ludzie się snobowali? Pamiętam, że Karafka La Fontaine’a Wańkowicza… no teraz się mało mówi, aczkolwiek czytałem niedawno jakiś artykuł, chyba w Wyborczej gazecie o nim. A wtedy to był też pisarz na szczycie tej piramidy i się czekało na każdą kolejną książkę. Właśnie pamiętam tę Karafkę La Fontaine’a. Amerykańska literatura – tak samo. No czas takiej zachłanności na kulturę, na literaturę, na… chodziło się do teatru na wszystkie premiery. Już jako studenci, tam zawsze jak była premiera, staliśmy z pokorą przy kasie, no i wychodził dyrektor Żukowski: „Proszę wpuścić na wolne miejsca”. To szczęście było. I nagle jest Kaligula z Krzysztofem Chamcem, z Ewą Mirowską, z Jerzym Przybylskim – no plejada wspaniałych aktorów, z którymi potem grałem, siedziałem w garderobie, biesiadowałem czasem.

    [Biała plansza. Pośrodku czarny napis prostą czcionką: Czy uważa Pan swoje życie teatralno-filmowe za niezwykłe?] SK: Filmowe, jak powiadam, podchodzę do tego z pokorą. Ostatni kontakt to był z Gregiem Zglińskim – zrobił taki film Na swoje podobieństwo (dla Kanału Plus [CANAL+] potem to było chyba), gdzie grała Romana Kamińska, Zygmunt Malanowicz. Także to było to. No kiedyś Był jazz Feliksa Falka – o tych początkach jazzu w Polsce. Ale tak jak powiadam, tak się to złożyło po prostu. Widocznie nie było mi pisane. W teatrze nagrałem się dowoli, nie mogę mieć pretensji. Bardzo dużo, bardzo dużo. Jak teraz mówię czasem młodym ludziom, że rekord miałem chyba 40 spektakli w miesiącu, łącznie z bajkami dla dzieci oczywiście i z tymi spektaklami w Teatrze 7:15, gdzie graliśmy po 200-300 razy niektóre tytuły… rekordem była zresztą (nie grałem) Trędowata – 700 spektakli, a w tym sześciotygodniowe tournée w Stanach Zjednoczonych. Także niestety nie załapałem się. Ale było takie właściwie… no jakby to nazwać… takie wydarzenie – Łeztern to się nazywało, pisane po polsku przez „ł” i „z”. Feridun Erol był takim spiritus movens tego spektaklu. Muzyka Piotra Hertla i tam jeszcze Roman Gorzelski się przyłożył – łódzki poeta. Właściwie do tej pory nie wiem na czym polegał fenomen tego. To był rok 70, 1970 XX wieku, gdzie… to było jakieś szaleństwo. Oparte to było na takich stereotypach, jak to były dowcipy, że: „Lecą samolotem Polak, Szkot, Ruski, Niemiec i ktoś tam jeszcze”… Ale to było absolutne szaleństwo. Ta fabuła była znikoma, aleśmy strzelali z Coltów i do prawdziwych ślepakami przyniesionych przez pirotechnika z Wytwórni. Piękne piosenki – taka orkiestra country, która grała trochę bójek na scenie, także tam się grało bardzo dużo. A Trędowata to był absolutny rekord. Pamiętam, że koledzy wyjeżdżali do Stanów – rok 70. któryś. Natomiast ja grałem wtedy w takim wieczorze poezji radzieckiej i rosyjskiej. I myśmy – to było takie przedstawienie mobilne – i były dwa ogłoszenia na tablicy ogłoszeń: „Koledzy wyjeżdżający z Trędowatą do Stanów – zbiórka przed autokarem, potem na Okęciu, potem Kopenhaga” – tam cały taki plan podróży. Była druga kartka: „Koledzy wyjeżdżający do Wólki-tam-jakiejś z przedstawieniem Lubimy stąpać po ziemi”  – to się nazywało – „proszeni o przybycie do teatru o ósmej”. [Śmiech] No dwa różne losy się zarysowały. No ale tak się to złożyło. Tak było. Trochęśmy jeździli z teatrami. Pamiętam, że w 70. którymś roku pojechaliśmy do Francji ze spektaklem O naprawie Rzeczypospolitej [O poprawie Rzeczypospolitej] Frycza Modrzewskiego. Zrobiła to Krysia Piaseczna… tak, która była wtedy kierownikiem Studenckiego Teatru „Pstrąg”. To był okres wielkiego znaczenia teatrów studenckich, bo to był Teatr 77, STS warszawski… i był Pstrąg. I Krystyna miała jakiś spektakl, który miał być zawieziony do Francji na wymianę z jakimś zespołem francuskim. A ponieważ w teatrze u nas wyreżyserowała ten spektakl, to jakoś tak tam załatwiła, że myśmy też pojechali jako drugi spektakl na tym wyjeździe. No wielka przygoda, bo to było przed Bożym Narodzeniem 70, nie wiem, 4, 75 rok, nie pamiętam w tej chwili… Francja, Paryż przed Bożym Narodzeniem. No biorąc pod uwagę pewną, nazwijmy to, przaśność, która nas otaczała – duża, duża przygoda.

    [Biała plansza. Pośrodku czarny napis prostą czcionką: Czy uważa Pan, że Pana życie twórcze jawi się jak wielka przygoda – podróż przez sztukę?] SK: Tak. Przy czym niekoniecznie zawsze taka, jaką sobie wymarzyłem. W tej podróży było dużo goryczy, dużo depresyjnych momentów. Przy czym nie mam pretensji – bo to nie byłem żadnym wyjątkiem – tak to jest. Ten zawód musi się składać z marzeń, z wybujałych ambicji, bo inaczej by nie miał sensu. A wiadomo, że to się tak nie da. Ktoś kiedyś powiedział, że pół Hollywood pije z powodu sukcesu, a pół z powodu braku sukcesu. I często nam się wydaje, że te wielkie kariery trwają nieprzerwanie. Nieprawda. Tam są te spadki. I tutaj też, no… Parę razy dostałem po głowie od recenzentów i to bardzo dotkliwie. I nikt mi nie powie, że nie czyta recenzji, i go to nie dotyka. Nie wierzę w to. A jeżeli tak, to jakiś heros wyjątkowy, bo to jest niemożliwe. Bardzo często jest to wielce niesprawiedliwe. Takie się ma poczucie. I to no po prostu jest bolesne. Ale, poza wszystkim, powiem tak jak wielu kolegów, wiele koleżanek mówi: no w tamtym okresie ja się tego końca edukacji na poziomie szkoły średniej – ja się do niczego nie nadawałem innego. Owszem, namówiono mnie, żeby… wtedy to była wyjątkowa sprawa – teraz to jest zupełnie inaczej – można było tylko na jedną uczelnię składać podania, ale do uczelni artystycznej można było na dwie. Ja złożyłem na ekonomię. Boże mój kochany… chyba nie byłoby tak złego ekonomisty w Polsce, jaki ja bym był. Nie sądzę zresztą, żebym przez to przebrnął. Niemożliwe. Udało mi się za pierwszym razem, to też był jakiś fart, no jakiś znak. No ale potem bywało różnie. Bywało różnie. I powiem szczerze, że w pewnym momencie… są różne sposoby zakończenia tej pracy. Są aktorzy, którzy chcą do końca. Nawet w tamtym okresie byli aktorzy, którzy marzyli o śmierci na scenie albo w kulisach – niektórym się udało, ale to straszne. I jest coś takiego, że są ludzie, którzy chcą do końca, chociażby przyjść i tam postać gdzieś na tym, bo muszą. I jest druga kategoria ludzi – kiedy wybija ten wiek emerytalny: „Już można?” – zamykają drzwi i nie chcą. Nie powiem nazwiska, ale wspaniała aktorka – piękna kobieta – właśnie tak zrobiła. Było wiele podchodów potem: żeby zagrała, żeby wróciła, to: „Nie”. Po prostu to się zamknęło. Jeśli o mnie chodzi, to ja jestem takim… trochę pośrodku. Mianowicie przeszedłem na emeryturę i jeszcze cztery lata grałem na umowę o dzieło – jakieś drobne zadania, ostatnie u Mariusza Grzegorzka w Makbecie, taka rulka. I potem już wycofałem się, rozwiązałem umowy. Także są różne nastawienia, jak zakończyć tę, nazwijmy to, przygodę. Ale tak, to było fantastyczne. Tak chciałem i tak miałem. A jeśli było źle, to tylko z mojego powodu. Bo się pchałem do tego. Podchodzę z wielką pokorą do tego wszystkiego. Nie mogę mieć pretensji, że tak, a nie inaczej się to potoczyło. Tak jak powiadam – było parę okresów bardzo trudnych, ale nie jestem wyjątkiem. To po prostu… ludzie, którym się tak naprawdę udaje, w tym sensie, że dochodzą gdzieś tam do tych szczytów popularności, osiągnięć, szacunku, podziwu – jest niewiele, natomiast… Ale, Boże, no byłem, powiadam – chłopcem z przedmieścia, który miał takie marzenie. Ono się spełniło. Spotkałem wielu ludzi, którzy byli moimi idolami, ludźmi z innego wymiaru, a potem nagle to byli moi koledzy, moje koleżanki. Powiadam – ten bruderszaft z niektórymi to były wielkie przeżycia, jakieś dotknięcie… Zobaczyłem też… Kiedyś, pamiętam, byłem w Teatrze Nowym. Wyszedłem uniesiony. Zobaczyłem aktorkę (to jeszcze było w liceum), która wracała do domu – szara, przygarbiona – szła po prostu zmęczona do domu, gdzie trzeba było zrobić kolację. To był mój pierwszy szok, że to jest przecież tylko tam – to wszystko – a potem trzeba normalnie żyć. Sam tego doświadczałem potem, że były takie spe… Co jeszcze powiem? Że czasami wkrada się pewna rutyna, wkrada się zmęczenie – ale zdarza się nagle spektakl, gdzie dzieją się rzeczy metafizyczne. I dla tych momentów warto uprawiać ten zawód. Że nie wiadomo z jakiegoś powodu – ten sam partner czy partnerka – a jednak wszystko jest inaczej. Niezwykłe. I to się wtedy bardzo sprawdza ten wybór.