Przejdź do treści
Strona główna » Blog » Wojciech Justyna – kinooperator

Wojciech Justyna – kinooperator

    Transkrypcja rozmowy w formacie.docx

    Nazywam się Wojciech Justyna. Jestem, można powiedzieć, jednym z niewielu, może jednym z ostatnich kinooperatorów, jeśli tak można powiedzieć, bo dzisiaj kinooperatorów jako takich już nie ma. Moja kariera rozpoczęła się w roku 1977, a tak naprawdę moja fascynacja kinem zaczęła się w wieku 15 lat. Jako młody człowiek, chodzący do ósmej klasy szkoły podstawowej, pierwszy raz wyświetliłem w profesjonalnym kinie samodzielnie film. I od tego rozpoczęła się moja, że tak powiem, fascynacja, moje zainteresowanie. Mojego kolegi dobrego ojciec tak się składało, że był w małej miejscowości kierownikiem kina. Kino się nazywało Grunwald, był kierownikiem kina mój kolega Zbyszek, ponieważ to było kino, które grało tylko trzy razy w tygodniu. Tam nie było etatowych operatorów, byli na pół etatu zatrudnieni, a czasami było tak, że po prostu nie mogli wtedy, kiedy potrzebowało kino grać, nie mogli zawsze wyświetlać, więc Zbyszek nauczył się tego fachu, Zbyszek ich zastępował. Któregoś razem mnie zaprosił do kabiny i tak się zaczęła moja fascynacja kinem. Oczywiście pierwsze projektory łukowe, nie było to tak łatwo jak w tej chwili. Były to projektory na lampy łukowe, były elektrody, dużo rzeczy trzeba było wiedzieć, na wiele rzeczy trzeba było uważać – wzmacniacze lampowe… Także moja fascynacja rozpoczęła się od tego. Potem wyszło na to, że razem ze Zbyszkiem coraz częściej zaczynaliśmy jak gdyby nielegalnie, bo nikt nas tam nie zatrudniał, zaczęliśmy w tym kinie we dwóch wyświetlać. Także to jest takie moje pierwsze spotkanie z kinem. I po ukończeniu szkoły zawodowej, jak już skończyłem naukę w wieku 18 lat w Piotrkowie, wyniosłem się do Łodzi i postanowiłem kontynuować swoją karierę jako kinooperator. Ja miałem akurat ułatwione, ponieważ moja mama znała współczesnego dyrektora Okulaka, dyrektora OPRF-u. Był to jej znajomy, więc udało jej się załatwić dla mnie pracę. I w roku 1977 w sierpniu rozpoczęła się moja kariera pomocnika kinooperatora w kinie, które do dzisiaj jeszcze stoi, co prawda już nieczynne, Kino Polonia na ulicy Piotrkowskiej. I w tym kinie przeżyłem, można powiedzieć, swoje najlepsze lata. Uczyłem się zawodu, ponieważ miałem już dosyć dużą praktykę, jak przyszedłem pracować, bo w kinie trzeba było zaczynać swoją karierę od pomocnika kinooperatora. Proces takiej nauki człowieka z ulicy, że tak powiem, powinien trwać 3 lata. W tym było około 9-10 miesięcy specjalnych kursów kinooperatorskich, ponieważ ten zawód był wtedy, można powiedzieć, jak gdyby elitarny i niespotykany. Nie był to zawód taki, że każdy z ulicy mógł przyjść i pracować. Trzeba było mieć dosyć dużą wiedzę, trzeba było chodzić na kursy. Przez 3 lata trzeba było mieć praktykę co najmniej trzyletnią, żeby uzyskać uprawnienia pierwszej kategorii. Trzeba było co najmniej 3 lata pracować w kinie. I wtedy dopiero, po zdaniu egzaminów, jeździło się na egzaminy. Ja osobiście byłem na egzaminie na pierwszą kategorię, ponieważ mój szef był w komisji egzaminacyjnej na egzaminach praktycznych, więc zabrał mnie. Ja zdawałem egzaminy eksternistycznie. O rok miałem szkolenie skrócone, ponieważ już dosyć dobrze opanowałem sztukę wyświetlania, więc egzaminy zdawałem w Poznaniu.

    Także byłem jednym z najmłodszych. W wieku 19 lat uzyskałem uprawnienia pierwszej kategorii do obsługi projektorów. Mogłem samodzielnie pracować, co w tamtych czasach było już dosyć dużym osiągnięciem. Jak można było samodzielnie obsługiwać, miało się legitymację podstemplowaną przez Ministerstwo Kultury, komisja też była w składzie z Ministerstwa Kultury i Sztuki, także nie było to takie proste, że każdy mógł przyjść z ulicy i sobie, że tak powiem, uprawnienia zdobyć. Nie każdy wytrzymywał, nie każdy chciał się szkolić, nie każdego to interesowało. Niektórzy uważali, że jest to za duży wysiłek, bo w tych czasach trzeba było mieć wiedzę dosyć ugruntowaną, elektrotechniczną, elektroakustyczną, przeciwpożarową, BHP-owską. Od dawnych kinooperatorów wymagało się nie tylko znajomości techniki projekcyjnej i konserwacji kopii filmowych, ale również wymagało się znajomości przepisów przeciwpożarowych. Musieliśmy wiedzieć na daną salę, jaka może być wielkość sali, musieliśmy wiedzieć, ile może być krzeseł, jakie muszą być odległości między rzędami. Takie rzeczy, które dzisiaj kinooperatora w zasadzie już nie obchodzą. I tak się rozpoczęła moja kariera. Pierwszy film, jak zacząłem pracować, kultowy film Kochaj albo rzuć z Pawlakiem i Kargulem, który w kinie Polonia był grany ponad 650 seansów przy prawie pełnych widowniach. Było to duże przeżycie, ponieważ było to w zasadzie drugie co do wielkości kino łódzkie, miało ponad 400 miejsc widowni. Po Bałtyku miało piękny balkon, miało loże, było to naprawdę ładne kino. I dla takiego młodego człowieka, który miał lat 19, to było nie lada przeżycie, że w takim kinie może pracować. A praca w takim kinie wyglądała różnie. Czasami było tak, że wszystko się kręciło ładnie, a czasami były schody. Były tak zwane u nas Konfrontacje – przegląd filmów świata, a to się wiązało z nie lada udręką, bo potrafiliśmy pracować wtedy, tak jak normalnie się pracowało w kinie od godziny 8:00 powiedzmy do 16:00, od 14:00 do 22:00 na drugiej zmianie, to podczas takiej imprezy pracowało się od godziny 5:00 rano do godziny 2:00-2:30 nad ranem. Można powiedzieć, że wcale nie było to takie lekkie, ponieważ jedna kopia jednego filmu krążyła w rolkach pomiędzy trzema kinami. My dostawaliśmy kopie, Bałtyk dostawał kopie od nas, my dostawaliśmy kopie z dawnego Iwanowa. Krążyły samochody, które przewoziły. Trzeba było zbiegać z drugiego piętra po schodach i każdą szpulkę wnieść, zanieść. I dodatkowy stres był taki, że jeszcze trzeba było zdążyć ją założyć, a czasami zostawało między szpulkami 1,5-2 minuty tylko różnicy. Trzeba było w tym czasie zdążyć założyć. I trzeba było tak prowadzić tę projekcję, żeby nie było dziur, chociaż czasami, jak były korki na mieście, to się nie udawało, były w seansach przerwy. Były różne ciekawe sytuacje, bo filmy były czytane, były listy dialogowe, byli różni lektorzy, czasami lepsi, czasami gorsi. Był pewnego razu taki pan lektor, który listę dialogową kończył 5 minut po zakończeniu filmu, żeby widzowie wiedzieli, o co tam chodziło. Także były różne, czasem śmieszne sytuacje, takie, w których można było po prostu troszeczkę się pośmiać. Ale ogólnie nie było to zadanie proste.

    Jeśli chodzi o początki – młody człowiek, który przychodził do kina, zaczynał pracę jako pomocnik kinooperatora na samym początku, w zależności od zaawansowania i umiejętności. Ponieważ ja miałem większe umiejętności, więc mogłem robić więcej rzeczy, ale głównie początek pracy pomocnika polegał na porządkach, czyszczeniu projektora, zapoznawaniu się z jego budową, bo kiedyś było tak, że pierwsze dwie godziny od 8:00 do 10:00, pierwszy seans był z reguły o godzinie 10:00, to był czas na porządki, mycie podłóg, sprzątanie, odkurzanie i to się odbywało codziennie, wszystko musiało być na błysk wysprzątane. I to było głównie zadanie pomocnika. Pomocnik nosił szpulki, pomocnik mógł przewijać, mógł założyć rolkę na maletę, potem się przyglądał, jak to wygląda. Jeżeli potrafił już zakładać, jeżeli kinooperator stwierdził, że można mu powierzyć, więc zakładał, nadzorował przejścia, czy dobrze robi. Potem już było to prostsze, bo już była automatyka w tych lepszych kinach, takich jak Polonia, to już była automatyka projekcji, która po prostu ułatwiała, robiła przejścia, zapalała światło, odsuwała na odpowiedni format kurtynę. Więc ten pomocnik po prostu poprzez właśnie takie przyglądanie się i po kolei zakładanie taśmy i czynności konserwacyjne, uczył się tego, jak postępować z filmem, jak postępować ze szpulką. Co można robić, czego nie wolno, jak zakładać, jak startować. I to głównie była praca pomocnika. Potem w międzyczasie został wysłany na kurs, po pierwszym roku był na kursie trzeciej kategorii uprawnienia, po dwóch latach drugiej i po trzech latach dostawał, jeżeli zdał egzaminy, dostawał pierwszą kategorię. Wtedy już mógł samodzielnie pracować. Samodzielny operator – powiem, że w latach siedemdziesiątych-osiemdziesiątych, kiedy jeszcze była taśma, nie było z tym aż tak źle, dlatego że operatorów z reguły pracowało dwóch na zmianie. Nie było tak, że się pracowało pojedynczo, nie było jakichś specjalnych uciążliwości. Były dwie osoby, każda miała do obsługi swój projektor, każdy na swój projektor zakładał, pilnował przejść. Także to już było takie prostsze. Aż do momentu, kiedy po prostu zaczęło brakować ludzi. Był taki moment już w końcówce mojej pracy w Polonii, przed pierwszym jej zamknięciem do remontu, że już pracowaliśmy pojedynczo, bo nie było chętnych do tego zawodu. Bo to był niestety zawód i do dzisiaj jest zawód dla hobbystów. Trzeba mieć hobby, trzeba mieć zamiłowanie. To jest zawód niskopłatny, a niestety wymagający dosyć dużej wiedzy, rozległej wiedzy, zwłaszcza dzisiaj. Jeżeli ktoś chce być kinooperatorem z krwi i kości, takim od taśmy do cyfry, to niestety jego wiedza musi być dosyć rozległa i cały czas pogłębiana.

    Polonia się zamknęła gdzieś w połowie lat dziewięćdziesiątych. Ja pracowałem do samego końca, do zamknięcia. Demontowaliśmy sprzęt, wszystko do końca żeśmy zwijali. Potem było tak, że ja zacząłem pracować bodajże w Wolności, o ile dobrze pamiętam. Pierwsze moje kino to była Wolność, po Polonii. I Rekord na Rzgowskiej, takie bardzo małe, już prymitywne kino, gdzie nawet nie było bieżącej wody w kabinie. Także praca nie należała do najłatwiejszych, bo to był zespół kin, trzeba było pracować 3 dni w jednym kinie i 3 dni w drugim kinie. To było moje takie pierwsze kino. Potem wylądowałem w następnym. Chwilę byłem w dzisiejszej Adrii, a dawnym Iwanowie, ale to był tylko epizod. Ja nie wiem, może byłem miesiąc, może troszkę więcej. I gdzie ja jeszcze byłem? Tutaj za czasów OPRF-owskich to w zasadzie byłem najwięcej w tych czterech kinach. Potem przyszedłem na końcu, bo moja cała załoga wylądowała w Młodej Gwardii na Zielonej i potem mój kolega, który był szefem tam, mnie ściągnął do Młodej Gwardii. I w Młodej Gwardii zakończyłem, że tak powiem, karierę OPRF-owską i poszedłem pracować do Szkoły Filmowej, gdzie obecnie jeszcze dalej pracuję. To były lata 1984-1989 mniej więcej. Pracowałem najpierw na Dziale Dźwięku, w kabinie projekcyjnej w Dziale Dźwięku, a potem przeszedłem do archiwum, pracowałem jako konserwator kopii filmowych. I tam moja kariera w zasadzie w Szkole chwilowo się przerwała, bo po 5 chyba latach czy 6 pracy założyliśmy swoją firmę z kolegą zupełnie niezwiązaną z tymi rzeczami, jakimi było kino. Także kilka lat miałem przerwy. Ja nie wiem, czy to było około może 8, może 10 lat miałem przerwy z kinem. I potem już wróciłem, jak to by można powiedzieć, po pierestrojce wróciłem do firmy Helios, która do dzisiaj istnieje i oczywiście wróciłem do Polonii. To było najśmieszniejsze, że wróciłem właśnie do Polonii, która była już zmodernizowana. Polonia w 1997 roku, jak zacząłem ponownie w niej pracować, to już było kino trzysalowe. To już było kino zdigitalizowane, stereofoniczne. To już było zupełnie inne kino niż to, z którego odchodziłem. I tam właśnie w Heliosie w kinie pracowałem prawie, można powiedzieć, nieprzerwanie przez 11 lat. W międzyczasie jeszcze brałem udział w takiej grupie szkoleniowej, można powiedzieć. Jeździłem po Polsce, uczyłem kinooperatorów zawodu. To już były czasy multipleksów, kiedy już weszły platery do kina, już weszła digitalizacja pełna.

    Także to też była ciekawa przygoda, bo miałem możliwość poznać wiele multipleksów w Polsce, wiele systemów i wiele takich ciekawych nowinek. Były na przykład kabiny takie, jak niektórym opowiadam, jak to się działo. Były kabiny takie, gdzie jedną startówką oplataliśmy, powiedzmy, cztery sale. Były projekcje takie, które z jednej taśmy, z jednego zasobnika obsługiwało – jeden film szedł na czterech albo na pięciu salach jednocześnie. I było to czasami tak, że samej startówki, żeby opleść wszystkie projektory, brakowało czasami 150 metrów. Samej startówki trzeba było przewlec, żeby to założyć. Potem trzeba było to nadzorować. To wyglądało jak taka mała przędzalnia. Wszędzie po ścianach były rolki z taśmą. Po ścianach, po podłodze, trzeba było chodzić, pilnować. Trzeba było pilnować, żeby wszystkie projektory były z jednakową prędkością. Kiedyś właśnie w Olsztynie się zdarzyła taka sytuacja w multipleksie, że panowie sobie nie sprawdzili. Dwa projektory chodziły z prędkością 30 klatek na sekundę, a dwa szły 25. Wyświetlali seans na czterech salach z jednej kopii i w pewnym momencie im się bufory skończyły, taśma strzeliła i się skończyła, ponieważ to była taśma, która się w zasadzie nie rwie, więc wszystko się pogięło, pocudowało i było ponad półtorej godziny przerwy zanim doprowadzili do porządku, żeby seans mógł ruszyć. Także to też wspominam miło, te moje wyjazdy, a objeździłem troszeczkę tego kraju, bo byłem i w Olsztynie, i w Gnieźnie, i w Kaliszu, i w Radomiu, także troszkę sobie poza Łodzią też popracowałem. I to były moje takie właśnie w Heliosie, w międzyczasie jeszcze jak pracowałem w Polonii, w Heliosie, w międzyczasie dorabiałem jeszcze u Sławka Fijałkowskiego w Charliem. Też w zasadzie on dopiero zaczynał, budował kino, bo zaczynaliśmy w zasadzie od podstaw modernizację z takim panem Dyziem Baranowskim, też zapalonym kinooperatorem. Robiliśmy modernizację, montowaliśmy nowe projektory, robiliśmy nowe sale. Także to też był dosyć ciekawy okres takiej mojej kariery zawodowej. I potem znowu wróciłem właśnie od Sławka Fijałkowskiego po pewnym czasie, bo miałem przerwę z Heliosem. Pracowałem tylko w Charliem chyba z 1,5 roku czy 2 lata i potem znowu wróciłem do Heliosa. Pracowałem w Heliosie, potem Helios zrezygnował, Polonia przeszła pod Stowarzyszenie Filmowców Polskich, więc pracowałem w Stowarzyszeniu Filmowców Polskich.

    I też to był chyba bardzo ciekawy okres, ponieważ oprócz wyświetlania, zajmowałem się wszystkim. Zajmowałem się nagłośnieniem, oświetleniem, nagłośnieniem konferencji prasowych, festiwali, bali i tym podobnych rzeczy. Także w zasadzie robiłem różne dziwne rzeczy. W międzyczasie zdarzyło mi się raz obsługiwać Camerimage Festival – konkurs dokumentalnego filmu, także to też było ciekawe doświadczenie. Pracowaliśmy wtedy naprawdę w pocie czoła też od godziny 5:00 rano do 2:00-3:00, bo trzeba było wszystko pomontować na platery, potem trzeba było wszystko poznaczyć, odpowiednio puszczać, bo to były pokazy konkursowe, więc było jury. To też wspominam jako bardzo ciekawy okres i fajne doświadczenie takie zawodowe. I w międzyczasie miałem dużo prac. Jak już skończyłem ze Stowarzyszeniem, odszedłem ze Stowarzyszenia Filmowców Polskich, jak już odszedłem z Polonii, to miałem różne takie właśnie jeszcze inne prace. Pracowałem jako stolarz, jako maszynista maszyn offsetowych w drukarni. Także różnie się działo. Ostatnie moje osiągnięcia były głównie, ponieważ nie było jeszcze dla mnie innej pracy, jak już musiałem odejść z Polonii, to u Sławka Fijałkowskiego jeszcze grałem na kinach plenerowych, samochodowych. Takie zdobywałem doświadczenia plenerowe. Też różne ciekawe sytuacje, ciekawe miejsca. Trzeba było być kierowcą, elektrykiem, mechanikiem i kinooperatorem jednocześnie. Także dosyć fajnie to wspominam. I w końcu znowu wylądowałem 10 lat temu, prawie 11 w Szkole Filmowej, gdzie do tej pory pracuję, ale już jest to innego typu praca, jest to już innego typu wiedza. Szkoła Filmowa jest specyficznym miejscem, ponieważ tutaj trzeba znać obsługę taśmy 35 mm, trzeba znać obsługę materiałów z dźwiękiem magnetycznym, czyli trzeba obsługiwać i projektory, i sondory do odtwarzania taśm magnetycznych, trzeba obsługiwać projekcje cyfrowe, trzeba obsługiwać projekcje z płyt i z plików. Dużo, dużo, dużo rzeczy już w tej chwili trzeba wiedzieć, już to jest głównie praca przy komputerze. Jest to zupełnie inny rodzaj pracy kinooperatora, który był kiedyś. Kiedyś kinooperator się ograniczał w sumie do tego, żeby założyć taśmy i żeby dobrze to wszystko wyświetlić, żeby było widać i słychać. W tej chwili to już nie wystarcza. Trzeba znać się na komputerach, trzeba się znać na cyfrowych nośnikach różnych, nie tylko na płytach, ale i na różnych plikach MP4, na decepach i to już jest wszystko takie bardzo rozbudowane, skomplikowane. Trzeba robić czasami napisy do filmów, trzeba konwertować płyty na MP4 czy z płyt robić pliki decepowskie, które się wyświetla potem w formacie kinowym. Także ta praca dzisiejsza jest już zupełnie inna, wymaga innej wiedzy i zupełnie innych umiejętności niż to, co było kiedyś. Kiedyś to było ukierunkowane w jedną stronę. Trzeba było znać taśmę, trzeba było znać projektor, budowę, założenie i w zasadzie to wystarczało, żeby pracować w kinie. Dzisiaj ta wiedza jest już znacznie poszerzona i wymaga niestety większych umiejętności niż dotychczas.

    Koniec epoki kin takich tradycyjnych był dosyć tragiczny, bo łódzki OPRF w naszej aglomeracji w latach, tak jak ja zaczynałem pracę w latach siedemdziesiątych-osiemdziesiątych, tam były 33 kina w naszym mieście. Potem zostało tych kin może z pięć. Kina polikwidowano, OPRF się zlikwidował, była Samorządowa Instytucja Filmowa, która miała Przedwiośnie dawne, to było chyba jedyne kino. Helios, który się zawiązał, wtedy prywatna spółka, która do dzisiaj istnieje, przejęła dawny Capitol, Bałtyk i Polonię. I te trzy kina w Łodzi jeszcze jako tako prosperowały i były. I była sławna nasza Cytryna, był ŁDK z takich kin studyjnych, i Charlie się też zaczynał rozkręcać. Ale mówię, upadek był, że tak powiem, nieuchronny, bo multipleksy posiadały inną technikę, inne możliwości, przede wszystkim finansowe, zatrudniali innych ludzi. U nich nie musieli pracować ludzie z wykształceniem jakimkolwiek. Mogli to być studenci i tak w zasadzie do dzisiaj to się odbywa. Pracują głównie studenci. Dzisiaj od operatora takiego nawet, który pracował w multipleksie na taśmie filmowej, wymagało się głównie uprawnień elektrycznych i to była podstawa, żeby pracował. Przychodził człowiek z ulicy, pokazywano mu, jak się skleja taśmę na plater, jak się skleja rolki i to była jego cała wiedza, jak się zakłada. On na tej wiedzy cały czas bazował i to mu wystarczało. Natomiast kinooperatorzy tradycyjni poszli po prostu w odstawkę, bo było to za mało opłacalne, za mało wydajne. Wiadomo, jak ja pracowałem za czasów Heliosa w Polonii, jak zaczynałem pracować, na trzech salach było operatorów siedmiu. Potem było już pięciu, a jak kończyłem, było już tylko czterech. I jeden kinooperator, właściwie dwóch kinooperatorów obsługiwało trzy sale, ponieważ na dole była sala, która grała jeszcze na szpulach, natomiast na górze były dwie sale, które grały na platerach, tam już wystarczył jeden, było dwóch i już zredukowano jedno stanowisko, był tylko jeden człowiek. I teraz w przypadku, kiedy ten drugi człowiek zachorował, a zdarzył mi się taki przypadek, że pracowałem przez dwa tygodnie po 16 godzin na trzech salach i biegałem z góry na dół, bo ta sala na dole była tylko na szpulach, więc miałem do obsługi dwa platery i jeszcze latałem ze szpulkami, jak się seanse zamieniały, to latałem z góry na dół co pół godziny ze szpulkami, żeby nadążyć na trzech salach, żeby żadna nie stanęła. Także takie przypadki też się zdarzały w ramach oszczędności personelu. I to między innymi przyczyniło się do upadku kin, bo te kina pojedyncze, pojedyncze sale nie przynosiły takiego dochodu jak multipleksy.

    Poza tym zatrudnianie ludzi na umowę o pracę było wtedy już nie w modzie. To już było „passé”. Zatrudniało się studentów na umowę zlecenie i to było bardzo wygodne. Nie płaciło się ZUS-u, nie płaciło się żadnych ubezpieczeń, urlopów. I wszystko się fajnie kręciło. Natomiast te kina, które chciały być tradycyjne, niestety one musiały zatrudniać kinooperatora, one musiały zapłacić ZUS, dać mu etat. I to się przyczyniło m.in. do tego, że te kina wszystkie poupadały. Obronną ręką jedynie wyszedł Charlie, który do dzisiaj jeszcze się kręci. Nawet ŁDK już dzisiaj też został zlikwidowany pomimo, że mieli już projektor cyfrowy zainstalowany, mieli cyfrową projekcję, też stwierdzili, że po prostu ich już nie stać na zatrudnianie na jedną salę, czy tam na dwie operatora, żeby mu płacić etat. I to między innymi było właśnie przyczyną tego, że nasze kina zaczęły upadać. Duże przedsiębiorstwa po prostu przejęły te molochy, przejęły funkcje tych małych kin i niestety, ale do dzisiaj mamy przykład Heliosa, który też ma 11 sal na ul. Politechniki, a nie utrzymał ani Bałtyku, bo to się po prostu już nie opłacało. Pojedyncze sale były za drogie w utrzymaniu i przynosiły za małe zyski, żeby to utrzymywać. Teraz jest wszystko właśnie przeniesione do multipleksów, a dzisiejsze multipleksy, dawne multipleksy, te pierwsze multipleksy zatrudniały jeszcze ludzi, którzy zajmowali się obsługą projektorów, nawet cyfrowych. Początki kinematografii cyfrowej wymagały jeszcze obsługi, były jeszcze kabiny projekcyjne. Obecne multipleksy nie wymagają już żadnej obsługi praktycznie, nie ma czegoś takiego jak kinooperator, czy ktoś, kto obsługuje kabiny, kto dba o sprzęt. Od obsługi sprzętu jest firma Kinexpert, która robi przeglądy, natomiast resztę wykonują menadżerowie. Kinooperator jest już w tej chwili w zasadzie do jakichś pojedynczych pokazów, gdzie trzeba wgrać jakieś specjalne materiały na raz. Na to czasami jeszcze się zatrudnia kogoś, ale to przeważnie jest w gestii osoby, która wynajmuje dane sale w multipleksie, tak jak było w przypadku „Cinergii”. Tam się zatrudniało ludzi do obsługi, bo Helios takich ludzi po prostu nie posiada. I tak jest do dzisiaj, że pliki w większości, nawet już nie przychodzą dyski, tylko pliki przychodzą Internetem, trzeba sobie powgrywać z Internetu i to już jest zupełnie, zupełnie co innego. I nasza kinematografia właśnie dalej niby się kręci, ma się dobrze, ale te kina już nie mają duszy. To już jest tak zwany plastik. Tam się wyświetla wszystko sztucznie. Nie ma już tej duszy, nie ma już takiego, że tak powiem, jak kiedyś było. Nie ma tej atrakcyjności, że się coś kręci, że coś trzeszczy, że coś się urwie, że tam widać te zadeszczenia na ekranie, że widać, że to jest coś żywego, co musi się kręcić, przesuwać, że to coś musi być na jakimś nośniku. Tutaj jest wszystko gładkie, wygładzone, piękne kolorowe, jak w telewizorze. Nie ma żadnego problemu – 2D, 3D. Jedyne czego żałuję z mojej całej kariery to tego, że nigdy nie udało mi się pracować w IMAX. Zawsze zazdrościłem tego, że nie pracowałem w żadnym multipleksie, który miałby IMAX. Nigdy nie obsługiwałem takiego sprzętu. A jest to też dosyć ciekawe doświadczenie.

    Wpadki czasami się zdarzały. Wpadki się zdarzały. Miałem w Heliosie takie zdarzenie, że przyszedł pan na seans, grałem już seans z platera, seans ruszył i po reklamach u nas był taki system, że reklamy były z jednego projektora na małej szpulce, potem ruszał drugi z platera, wyświetlał film i zdarzyło się coś takiego, że po przejściu, po reklamach procesor dźwięku nie przerzucił, nie przełączył projektora i ten film szedł jak gdyby bez dźwięku. Ponieważ to był pan angielskojęzyczny i on nie znał polskiego, więc z napisów nic się nie zorientował. Po dziesięciu minutach filmu dzwoni do mnie bileterka i mówi, że pan się awanturuje, bo nic nie słychać filmu i on nie wie o co chodzi, bo nie ma napisów, nie umie przeczytać, a nie ma dźwięku. Spojrzałem na szafę i rzeczywiście patrzę, że mi się nie przełączył projektor. „To pan cofnie film”. Ja mówię: „Jak ja mogę cofnąć z platera? Filmu się nie da cofnąć”. On jak ruszy, to musi przejść do końca. To nie jest szpulka, że się ją przewinie i pójdzie od nowa. Ja mówię: „Ja nie dam rady tego zrobić” – „Ale on się awanturuje, żeby od początku puścić”. Ale ja mówię: „Ale ja tego nie zrobię, bo nie mam fizycznej możliwości. Ja mogę puścić dalej, ale cofnąć nie mogę”. I to była moja pierwsza taka wpadka, za którą zostałem pozbawiony premii w kwocie 200 zł, który mi potem pan kierownik zwrócił ze swojej kieszeni, bo stwierdził, że to jest nierealne, żeby za takie coś zabierać mi premię. To była moja pierwsza i ostatnia nagana, którą dostałem w Heliosie i pozbawienie premii. Chociaż czasami zdarzyło się tak, raz mi się zdarzyło też tak – pracowałem jakiś czas w Capitolu, ponieważ tam brakowało kinooperatora, byłem oddelegowany z Polonii do Capitolu. W Capitolu odbywały się seanse dla miłośników „Ekspresu Ilustrowanego”, o godzinie 11:00 w środę były takie seanse. I ponieważ ja tam pracowałem krótko, więc jakoś mi to wyleciało z głowy. Jestem w domu i dzwoni do mnie telefon, odbieram, pani kierowniczka mówi: „Panie Wojtku, gdzie pan jest?” – „Jak to gdzie? W domu”, bo normalnie seans miał być chyba tam dopiero po 12:00. „W domu jestem” – „Co pan robi?” – „Przecier pomidorowy robię”, akurat robiłem przecier pomidorowy. Taka anegdota dosyć śmieszna, bo rzeczywiście zajmowałem się z żoną robieniem przecieru pomidorowego. W te pędy się ubrałem, wsiadłem w samochód i pojechałem. Seans się opóźnił chyba z 15 minut czy 20, ale puściłem. Było też tak pewnego razu, jak już z powrotem wróciłem do Polonii, że też mój kolega, który pracował w Capitolu, coś mu się stało, nie doszedł na czas, też był seans dla „Ekspresu” i musiałem zostawić projekcję w Polonii, film leciał w Polonii, a biegiem poleciałem do Capitolu, założyłem taśmę, ruszyłem seans, kierowniczka pilnowała projektora. Ja wracałem z powrotem do Polonii, a ona siedziała i czekała, aż tamten przyjdzie do roboty.

    Jak graliśmy na szpulach, czasem się zdarzało, że się szpule pomyliły. Czasami były źle powkładane, zwłaszcza w starszych kopiach, które nie miały startówek oryginalnych. Często się zdarzało, że jak się nie sprawdziło, po prostu nie zawsze można było… Czasami to się udało sprawdzić, że jakaś szpula jest pomylona, ale nie zawsze to było i nieraz się zdarzało, że można było puścić po prostu szpulki odwrotnie. Ale tutaj było jakoś tak dziwnie – najpierw go zabili, potem on jeszcze żył, potem poszedł i dopiero po tym, jak już się wiedziało, o co chodzi, dopiero się szukało, szpule się zamieniało i te kopie dopiero były. Ale czasami takie rzeczy się zdarzały. Czasami się zdarzało, że się zeszło na dół na przykład, albo się film skończył, to się nie zapaliło światła na czas, automatyka nie zadziałała, człowiek się zagadał z kimś tam na dole, a tu już czas był do zapalenia światła. To się światło nie zapaliło, patrzymy, ludzie wychodzą, a ja jeszcze światła nie zapaliłem. Zdarzały się takie przypadki, bo niestety pracowało się u nas teraz we współczesnym kinie, tak jak w Polonii za czasów Heliosa, pracowało się nawet po 16 godzin. Także to było męczące, jak się przychodziło na 9:00, wychodziło o 24:30 w nocy albo o 01:00, to człowiek już był troszeczkę padnięty. Ja do dzisiaj mam coś takiego, że o wiele lepiej funkcjonuję od godziny 14:00 do 24:00 niż od 9:00 powiedzmy do 16:00. Do dzisiaj mam to, że ja do południa słabo funkcjonuję. Jestem przyzwyczajony do pracy wieczorem i w nocy. W nocy świetnie się czuję, mogę całe noce siedzieć i robić. Mam zupełnie inną koncentrację. Natomiast jak ja wstanę o 7:00 rano, żeby iść do pracy na 9:00, to ciężko. Muszę przyznać, że jest dosyć ciężko. Także takie zboczenie zawodowe zostało z czasów, kiedy jeszcze człowiek pracował w kinie.

    Z moich takich najbardziej ulubionych kin to na pewno była Polonia. Polonia robiła wrażenie duże, bo pomimo, że ona była starym kinem, ale tam była sala, była duża widownia i ten cały balkon, loże – to robiło naprawdę duże wrażenie jako kinowe takie, jako sala dla kina to robiło duże wrażenie. Natomiast pod względem takiego wystroju, to największe wrażenie na mnie zrobiło dawne Iwanowo, oczywiście ze względu na szatnie, na rozwiązania techniczne, to na owe czasy, na lata siedemdziesiąte to było bardzo nowoczesne kino i robiło duże wrażenie. Ale największe wrażenie na mnie zrobił Bałtyk za czasów Heliosa: wejście, pomimo że tam były małe te pomieszczenia, ten hol, ale wystrój kina naprawdę był szokujący dla mnie. Jako dla takiego przeciętnego widza samo wejście i same wnętrza dla mnie były szokujące. Jeśli chodzi o nowe kina, to Bałtyk największe wrażenie na mnie zrobił. Niebieskie te ściany, te wszystkie takie właśnie po tych przeróbkach, te hole, te zawijasy, zakrętasy i ten bar na takiej małej przestrzeni, zmieszczone tyle rzeczy, że i to naprawdę było ze smakiem zrobione, i to robiło wrażenie. Robiło wrażenie takiego supernowoczesnego kina, pomimo że było zrobione ze starego kina, ale bardzo fajnie było poprzerabiane. To na mnie zrobiło wrażenie. Nie powiem też, że Polonia nie zrobiła na mnie wrażenia, bo jak wszedłem do pracy w 1997 roku, wszedłem do nowej Polonii, to naprawdę mnie zamurowało. Pomimo, że straciła Polonia na wielkości sali i na ilości miejsc, ale sam układ przestrzenny, hole, same rozwiązania techniczne: dwa hole, dwie kasy na dwie strony, możliwość wyłączenia jednej strony kina, jeszcze wtedy był kawałek podwórka, zanim powstała Meksykana. Potem dopiero to wszystko zaczęło się psuć, jak powstała Meksykana, to to kino już straciło na wyglądzie i już wtedy my też nie mieliśmy takiej wygody, jak się wychodziło z górnej sali B, trzeba było latać ze szpulami między stolikami. To tak wychodziło, że tu goście siedzieli, jedli na podwórku pod parasolami, a my latamy ze szpulkami i każdy się patrzy, co to za ludzie, co oni noszą. Żeby nie chodzić przez salę, jak się szpule na dół niosło, to się wychodziło z kabiny schodami na podwórka, to się każdy patrzył, co my nosimy. To tak było właśnie, jak powstała Meksykana. Potem, jak już był okres taki, że wziął to Sławek Fijałkowski przez jakąś chwilę i Wytwórnia Filmów Oświatowych tam się też włączyła, żeśmy to reaktywowali jak gdyby, robiliśmy porządki. Meksykana się już wyprowadziła tam z tych pomieszczeń naszych biurowych, to dewastacja straszna, straszna dewastacja.

    Idea kina to jest przede wszystkim – kabina projekcyjna, projektor, taśma, kinooperator, pani kasjerka, pani bileterka, pani sprzątająca, ewentualnie jak jest jakiś bufecik czy coś, bo w Polonii był taki mały bufecik, to jest idea kina. Widz wchodzi i on nie jest anonimowy, on jest prowadzony jak gdyby za rękę, idzie do kasy, pani mu sprawdza bilet, prowadzi. Dusza kina. Sama kronika filmowa i przerwa między kroniką a filmem to już było wydarzenie, które dzisiaj się już nigdzie nie zdarza. Robiło się przerwę, pani bileterka wprowadzała spóźnialskich. Nie było tak, że wchodzi się i wychodzi, nie było popcornik, nie było smrodu oleju, nie było popcornu, nie było coli. A dzisiaj to wszystko jest tak skomercjalizowane, że to kino niestety to jest taka przechodnia sala. Wchodzi, poje popcornu i wychodzi, i następny. Brakuje tej obsługi, brakuje, tak jak się wchodzi do prywatnego sklepu, a wchodzi się do supermarketu. W supermarkecie jest się nikim, w zasadzie jest się klientem anonimowym. Natomiast jak się wchodzi do sklepu prywatnego, można się zapytać, można sięgnąć jakieś porady. I tak samo było w kinie. To kino wtedy miało duszę, wtedy się wszyscy znali, cały personel, to były zupełnie inne zażyłości, inne stosunki panowały między tymi ludźmi pracującymi, to była jedna rodzina. I to było wszystko zupełnie inne. A dzisiaj to jest wszystko anonimowe, takie przypadkowe. Dzisiaj jest ten, jutro jest tamten. Nie ma żadnej więzi między tymi ludźmi. Pracują, bo muszą pracować i tyle. Każdy ma swoje zadanie, które wykonuje i nikogo nie obchodzi drugi człowiek. Kiedyś tak nie było i to jest właśnie dusza kina, że ludzie, którzy pracowali, to oni stanowili pewną rodzinę. Oni dbali o to kino, oni się interesowali, oni chcieli, żeby był dobry repertuar, żeby był widz, żeby ten widz był zadowolony. To zupełnie co innego. Dzisiaj już tego się nie spotyka. Dzisiaj idzie się do kina tak, jak do supermarketu, jest się anonimowym, dostaje się bilet. Jeszcze powinny być takie kasowniki przy wejściu na salę i otwierać się bramka. Być może, że do tego dojdziemy. I to jest dzisiejsze kino. Pomimo, że jest dużo bogatszy repertuar, dużo ciekawszy, ale samo kino już nie będzie takim kinem jak kiedyś. Już tego nie będzie. Może młodzi na to nie zwracają uwagi, ale starsi ludzie niestety pamiętają. Jest to trochę przykre, że tego już nie ma.

    Zadanie Powiększenie kolekcji nagrań audiowizualnych oraz zwiększenie dostępności Archiwum Historii Mówionej zostało sfinansowane przez Unię Europejską NextGenerationEU.