Transkrypcja rozmowy w formacie.docx
Czarna plansza. Na górze pośrodku logotyp Muzeum Kinematografii w Łodzi w postaci czarnej taśmy filmowej. Rozwija się od dołu ku górze, do dołu i znów zakręca do góry i do dołu. Tworzy literę ‘M’. Po prawej stronie, wzdłuż litery ‘M’ w trzech rzędach, jeden pod drugim, czarny napis prostą czcionką. ‘Muzeum’, ‘Kinematografii’, ‘w Łodzi’. Pierwsze litery słów ‘Muzeum’, ‘Kinematografii’ i ‘Łodzi’ są wielkie.
Poniżej logotypu biały napis:
Zbigniew Kowalczyk, emerytowany pracownik firmy PREXER.
Plansza znika, na ekranie pojawia się mężczyzna w starszym wieku. Pokazany jest od pasa w górę. Ma siwe krótkie włosy oraz siwy zarost. Ubrany jest w niebieska koszulę w białą kratkę oraz brązową marynarkę. Za nim znajdują się białe półki, na których stoją projektory filmowe.
ZK: Zbigniew Kowalczyk, były pracownik PREXER’U, a teraz emeryt. [Biała plansza. Pośrodku czarny napis prostą czcionką: Plansza: Jak rozpoczęła się pana przygoda z techniką?] Wszystko, co tylko dostawałem, to rozbierałem. Do dzisiaj żałuję niektórych rzeczy. Pamiętam, że piękne rzeczy od dziadka na przykład dostawałem, mechanika precyzyjna. No dzisiaj to było coś pięknego. W szóstej klasie podstawówki tato, jeździło się wtedy na letniska, przywiózł mi czasopismo „Horyzonty Techniki”, w którym była taka część o elektronice. Zaraził mnie elektroniką. Poszedłem do technikum elektronicznego, no i całe życie jestem praktycznie, już siedzę w branży. Nigdy jej nie zdradziłem, nawet ucząc, to też uczyłem elektroniki lub coś z tym związanego. Do dzisiaj czytam, oglądam w Internecie wszystkie, interesuję się elektroniką, automatyką i techniką. W ogóle lubię, uwielbiam technikę. [Biała plansza. Pośrodku czarny napis prostą czcionką: Pana pasja do techniki zaprowadziła Pana do zakładów PREXER?] Zaczęło się od tego, że tam zacząłem pracować. No jak ja idę gdzieś do pracy, to ja muszę to znać co robię. To jest moja podstawowa zasada żeby być, no nawet nie po to, żeby być dobrym, takie moje ambicje. No jak można pracować nie wiedząc co się robi, nie no z czym się człowiek kontaktuje. W związku z tym musiałem wszystko poznać, łącznie z technikami projekcji, z formatami projekcji, no wiele rzeczy. [Biała plansza. Pośrodku czarny napis prostą czcionką: Czy swoją pasję odziedziczył Pan po innym członku rodziny?] Mama była samoukiem krawcową i nie pracowała. Opiekowała się mną, natomiast tato był cholewkarzem i szewcem, czyli też zupełnie nie, to nie, ale to nie jest techniczne, to jest bardziej takie modelarsko-plastyczne, tam z techniką, to nawet wręcz przeciwnie. Jak on tam miał na przykład maszynę do szycia, czy do szlifowania i naprawiał to lepiej nie mówić, w jaki sposób bo on nie miał zupełnie pociągu do techniki. Także ja się tutaj niestety wyrodziłem z rodziny. [Biała plansza. Pośrodku czarny napis prostą czcionką: Jak odnajdywał się Pan w technikum?] Chciałem iść do tego technikum. Było bardzo ciężko się dostać, bo to było w 1965 roku, było chyba siedem czy osiem osób na jedno miejsce i zmobilizował mnie pewien incydent, nie chcę o nim opowiadać, z podstawówki, gdzie pani dyrektor powiedziała mi, że ja nie mam co się wybierać do takiego technikum. Ja się nadaję tylko do kopania rowów. To było tak pedagogiczne, że lepiej nie mówić, ale to mnie tak zmobilizowało, że w końcu dostałem się do tego technikum bez egzaminów, mimo tylu osób. Technikum no nie mogę złego słowa powiedzieć, nauczyłem się to, co chciałem, a i więcej. Na ogół było tak, że już przychodząc na lekcje, to ja już większość tych rzeczy wiedziałem. Co roku były jakieś konkursy, tam na jakieś, coś z elektroniki żeby zrobić, no to większość z nich wygrywałem. także tego. Jeszcze tam z zespołem, bo to wszyscy wtedy w każdym technikum, był w każdej szkole średniej zespół. To grałem w zespole także to bardzo barwne było, choć nie mówię, że tam szalałem, ale bardzo dobrze wspominam. Grałem na gitarze prowadzącej, zespół, nazywał się „Nocne Cienie”. To był zespół taki szkolny i grałem, bardzo mi się to podobało, aż żałuję, że potem, znaczy później, to może bym nie był w stanie, bo ja jednak nie byłem muzykiem – ja byłem samoukiem, w związku z tym nie wiem, czy bym mógł się na jakiś wyższy poziom muzyki podnieść, ale generalnie tak jak grałem, no to nie najgorzej było. Zespół szedł w górę, ale rodzice nam w klasie maturalnej kazali przestać, żeby się uczyć do matury. Już się nigdy nie zabraliśmy potem. [Biała plansza. Pośrodku czarny napis prostą czcionką: Jaką drogę wybiera młody, pełen pasji człowiek po maturze?] Po maturze idę na Politechnikę, ale ze względu na pomyłkę pewną, nie trafiam na wszystkie egzaminy, w związku z tym oblewam. Pomyłka polega na tym, że ja, z klasy było nas 3 osoby i ja miałem inaczej inne rozwiązania zadań z matematyki, niż one pozostałe. No to uznałem, że to ja się pomyliłem. Okazało się, że ja miałem rację, ale ja nie poszedłem na resztę egzaminów już, bo sobie odłożyłem. Szukano mnie, ale wtedy nie było telefonów komórkowych, niczego, w związku z tym rok mi przeszedł, pracowałem w pierwszy, a później kilka razy zdawałem na studia. Przyznaję, kilka razy mnie wyrzucali, ponieważ nie przykładałem się, no bądźmy szczerzy, no byłem… Część już mnie nie interesowała tych rzeczy, bo już znałem. Część… Na przykład miałem kolegę, który pracował w „Zur”, to się nazywa, naprawiał telewizory. Okazało się, że on ma tyle zleceń prywatnych, że jeszcze mi odstępował. Ja sobie dorabiałem to gdzie by tam do szkoły, aż w końcu trafiłem do takiej pracy, gdzie byłem projektantem systemu automatyki. W ogóle specjalizacja moja z technikum to jest automatyka przemysłowa. Zaczęli mnie przezywać „Panie Inżynierze” i głupio mi było. Nawet się tłumaczyłem na początku, ale kierownictwo powiedziało mi, że to jeszcze gorzej jak się tłumaczę. W związku z tym poszedłem, nikomu nic nie mówiąc, po kryjomu na studia. Dopiero jak skończyłem studia, to się przyznałem, a tak to chodziłem, żeby nie było wiadomo i skończyłem wtedy już, a i wtedy były studia płatne po raz… znaczy już były, ale pierwszy raz na płatne poszedłem. No to jak już na płatne, może z chytrości, nie wiem z czegoś, ale to już szkoda było oblać. Od drugiego semestru, ponieważ miałem dobre wyniki, tam, dostawałem stypendium za dobrą naukę, więc połowę tej opłaty mi się zwracało. Ukończyłem studia z wyróżnieniem, inżynierskie, 3. miejsce na roku, łącznie z dziennymi, bo to były zaoczne, ale łącznie się liczyło więc, żebym wiedział, to bym jeszcze wyżej, bo tam 2 chyba setnych brakło do średniej, żeby dostać taki specjalny dyplom, tego nie dostałem. Także to było, no i skończyłem wtedy, znaczy w terminie, później poszedłem na studia magisterskie. To już były z informatyki. Później poszedłem na podyplomowe studia z technik mikroprocesorowych. No a później poszedłem, ponieważ trafiło mi się taka gratka, żeby uczyć w szkole. To poszedłem na studia na uprawnienia pedagogiczne. To też po magisterskim.
ZK: To, co skończyłem to było cięgiem (ciągiem). Nie no, 4-3,5 roku, rok odstępu i magisterskie 2-letnie, potem znów rok odstępu, magisterskie było to z technik mikroprocesorowych, natomiast to pierwsze nie wiem, to może trochę wstyd mówić, ale ja wstawałem na studia, tam mnie wywalali, ja nie prosiłem o urlop dziekański tylko opanowałem technikę zdawania egzaminów. Zdawałem znów egzamin wstępny, następnie przepisywano mi na ogół większość przedmiotów, więc trafiałem na trzeci semestr. Dochodziłem gdzieś do piątego, tam byłem wyrzucany i tak było, ze 3 razy. Przyznam szczerze, nie to, że ktoś się na mnie uwziął, po prostu ja to bardzo lekko traktowałem, no a czasami nie miałem wręcz czasu, żeby chodzić na studia, tak jak mówiłem o tej pracy. Dzisiaj się z tego śmieję i dlatego się zastanawiam. Czasami mówię właśnie, że z chytrości, że jak już zrobili płatne no to na poważnie zacząłem je traktować. Natomiast wcześniej traktowałem dosyć niepoważnie. Przyznaję szczerze. [Biała plansza. Pośrodku czarny napis prostą czcionką: Czy łatwo było pogodzić pracę ze studiami?] Tak dlatego, że te pierwsze studia, to były z na Wydziale Elektrycznym, ja już wcześniej… No nie, przed tymi to nie, ale wcześniej się interesowałem elektroniką. Po technikum elektronicznym, więc nawet mieliśmy pewne przedmioty, których na przykład w liceach nie było i na tych studiach na Wydziale Elektrycznym bez problemu to przyswajałem. Dużo rzeczy wiedziałem, dużo to tak jak mówię, ja lubiłem się, jak już miałem spis tematów, to ja się uczyłem wcześniej, znaczy uczyłem… Nie to żeby się nauczyć, tylko ja sobie z chęcią czytałem, bo ja lubię wiedzieć. To jest coś strasznego, bo ja wiem tysiące rzeczy, które są zupełnie niepotrzebne, ale ja to lubię. W związku z tym jak poszedłem na te studia to nie było problemów, a chyba już na tych ostatnich, skutecznych to już czasami było tak, że mogłem sobie podyskutować z panem wykładowcą, bo ja miałem, no może nie większe, ale porównywalne z nim doświadczenie, w związku z tym mogłem wyrazić jakiś… Jak jest opinia o czymś, to mogłem mieć inną niż on, co przechodziło mi bez konsekwencji. [Biała plansza. Pośrodku czarny napis prostą czcionką: Co się dzieje, kiedy po ukończeniu studiów trafia Pan do drugiej pracy?] To znaczy, to już było jak pracowałem w tej pracy, w której byłem po raz pierwszy projektantem, bo wcześniej to byłem takim serwisantem, bardziej takim ja to mówię, wyrobnikiem, a już tutaj w biurze projektów, to jest rzeczywiście zupełnie inne spojrzenie i od tego czasu już byłem, projektowałem właśnie systemy automatyki, stacje energetyczne. Do dzisiaj zresztą tą automatykę, co projektuje, to co sobie dorabiam, to są właśnie projekty części automatycznej stacji elektroenergetycznych, czyli takich jak stoją tam gdzieś z tymi różnymi, tylko ja robię tą część, która powoduje zabezpieczenie. Nie tą siłową, prawda, tylko tą co zabezpiecza, żeby czasem zwarcie nie doszło do transformatora, bo to jest tragedia dla stacji. Tragedia w sensie, że koszty straszne.
[Biała plansza. Pośrodku czarny napis prostą czcionką: Jak zaczęła się pana praca w Pr?] ZK: Generalnie to PREXER był znany wszystkim, młodzieży, ze względu na projektor bajka. No to było coś takiego pięknego co na tym się wyświetlało dzisiaj to się mówi slajdy, ale slajdy są różne, tam to było na taśmie niepociętej. Pamiętam, że jak się siedziało to taki obły kształt się miało, jak się trzymało ręce, to grzało, to było takie ciepłe. To było coś. Najpiękniejsze wieczory, co pamiętam z rodzicami, to było jak mi wyświetlali takim projektorem te bajki albo przy nich jak siedziałem, tu się grzałem, a tu tym pokrętłem przestawiałem na następną. Wciągało to już od maleńkości w ten zakład, taki ten znak „ŁZK” w tych prawda 2-3 soczewkach, prawda wypisane te litery, no to mi się kojarzyło, więc znałem już tą firmę jakby. Później pracowałem gdzieś indziej zupełnie i szukałem nowej pracy jak mi ktoś zaproponował, żeby tam żebym poszedł na rozmowę, się dowiedziałem, że to jest PREXER to natychmiast. A to był w ogóle okres, kiedy PREXER bardzo się rozwijał, może o tym później, natomiast poszedłem tam, no to zostałem przyjęty bez problemów, bo tam tak jak mówię, rozwijał się, więc było bez problemu. No i w związku z tym, że miałem średnie wykształcenie, a tam jeszcze wiele osób nawet średniego nie miało, więc dostałem się na kontrolera jakości, na stanowisko. Co już było pewnym takim, nobilitacją dla mnie, no bo sprawdzałem innych, to ja wtedy byłem bardzo dumny z tego nie. Na początku szczególnie jak szedłem, później to różnie bywało, ale tak to było, no i w ten sposób się dostałem. To było w ‘76 roku, czyli to już było… W 70. roku skończyłem szkołę średnią… 6 lat, prawda? No niecałe, ale rocznikami. Natomiast to już była moja trzecia praca. Nie była pierwsza tylko trzecia, ponieważ jedna to była typowo, że poszedłem tuż przed w połowie prawda w zimie, żeby na wiosnę zdawać na uczelnię i zanim jeszcze z takim kolegą pamiętam, zanim zdołałem się tam usadowić, to oni nas zwolnili jak się dowiedzieli, że my chcemy tylko do czerwca i potem uciekać. [Biała plansza. Pośrodku czarny napis prostą czcionką: Nie bał się Pan powołania do wojska?] Ja na szczęście miałem od samego początku kategorie „D”, do końca nie wiem dlaczego. Nie chcę podejrzewać, bo chodziłem z dziewczyną, która miała jakieś tam wejścia. Nie wiem, nikt mi nie powiedział. Faktem jest, że poszedłem na… Było dwa razy znaczy, jedną komisję dostałem „D” i potem była taka weryfikacja. W obydwóch razach dostałem „D”, więc chorować, no trochę chorowałem. Nie byłem wtedy jeszcze gruby, ale miałem coś z serduszkiem to miałem, bo to miałem chorobę reumatyczną, jakiś ślad na sercu tam został i może dlatego, może nie. Faktem jest, że na szczęście wojsko mnie nie targało, więc się wojska nie obawiałem. Całe tajemnice tutaj zdradzam
[Biała plansza. Pośrodku czarny napis prostą czcionką: Jak wyglądała Pana praca w PREXERZE?] ZK: Najpierw byłem kontrolerem jakości na projektorach wąskotaśmowych, to się mówiło „wąska taśma”, czyli z szesnastomilimetrowych, no to opowiem o tym i tutaj uczestniczyłem w sprawdzaniu, kontroli już wyrobu końcowego, czyli te gotowe projektory przychodziły. Tam była taka sala, na której było sześć czy osiem, już nie pamiętam, stanowisk. Bokiem siedziało się, w drugą stronę były ekrany. Każde stanowisko miało i po kolei sprawdzało się najpierw mechanicznie, czy nie ma zadziorów, czy zmontowane, czy nie ma odprysków. Potem puszczało się bez taśmy ten projektor, czy on chodzi, czy nie hałasuje, czy coś. Potem mierzyło się pewne parametry, czy na przykład rolki nie mają bicia i tak dalej. Później zakładało się taśmę. Taśma była testowa, która miała różne rodzaje obrazów na skakanie obrazu, na ostrość, takie różne parametry. A na końcu, co nawet dzisiaj sobie teraz jadąc do was wspomniałem, był taki fragment filmu… No filmowego, czyli nie testowego, z fragmentem Jeziora Łabędziego, a dokładnie z „Walcem kwiatów”. Ja tego słuchałem 10-20 razy dziennie i do dzisiaj mam jak gdzieś słyszę tą muzyczkę, to od razu ucho nastawiam. Teraz to już mi się podoba, ale wtedy to można było się naprawdę… No słuchać tyle razy dziennie przez sześć dni, bo sześć dni się pracowało w tygodniu przez ponad rok, bo tak gdzieś ponad rok pracowałem. I po tej ocenie ogólnej jakby, tam jeszcze sprawdzałem dźwięk czy nie ma kołysania dźwięku, prawda. Dźwięk był optyczny, czasami magnetyczny, więc trzeba było dwa razy sprawdzić i to po sprawdzeniu na ogół dawało się… Taka karta była, wypełniało się uwagi. Zawsze były, znaczy, praktycznie były zawsze jakieś uwagi, więc szło na taśmę. Oni próbowali oszukać nas, powykreślać, my ich pilnowaliśmy, robiliśmy znaczki, bo podawali projektor, który już był sprawdzony, zwrócony jako nowy. „A może nie zauważę czegoś?” Takie były wtedy czasy. W związku z tym my też sobie robiliśmy znaczki, żebyśmy wiedzieli, że to już było [śmiech], taka walka, ale no wychodziły te projektory, które były nienajgorsze. To były jak ja przyszedłem, to były już projektory, że dźwięk trzeba było wzmacniać na tranzystorach. Wcześniej były te na lampach, no to mnie nie obiegło, to już był ten transferowy, to był nowoczesny. Sam układ opracowany zresztą przez biuro konstrukcyjne w tym. Był bardzo ciekawy, dość dobry jakościowo, a prosty więc to nie było drogie, więc same te płytki ze wzmacniaczem to były chodliwe, tam pilnowali, żeby ludzie nie wynosili, bo można było zastosować. Także tego typu było i jeszcze jedno było, te projektory miały już taki zupełnie inaczej skonstruowany transformator, bo one były na żarówki już na niskie napięcie. Stare projektory były na 220, dawniej było. Ale ciężko było już. Jedna firma „Tungsram” robiła takie żarówki i było ciężko na polskim rynku. Trzeba było za dolary, to prawda, natomiast były już żarówki o mniejszym napięciu, ale to trzeba było transformator i to było, ponieważ żarówka ma dużą moc, więc transformator musiał być też wielki i oni rozpracowali taki transformator. To było autorskie opracowanie prexerowskie, znaczy nie spotkałem tego wcześniej, a przecież się tym interesuje, trzykolumnowy, który o połowę mniej tego żelastwa miał, o połowę był lżejszy. Tak to sprawdzałem. No tak to było, jedyna tam jakby nobilitacja to była taka, że byłem jedynym elektronikiem, więc jak coś trzeba było to do mnie przychodzili, reszta to była mechanicy, za to znów ja nie byłem mechanikiem, a to była mechanika, no w jakimś sensie precyzyjna, w związku z tym do kolegów także to tak było. W tym czasie jeszcze w zastępstwie, ale również na tak zwanej „szerokiej taśmie”, czyli trzydziestopięcio-milimetrowej, na tych projektorach tam prawda wpadałem stąd też poznałem konstrukcję, nauczyłem się. Pierwsza rzecz, to zawsze było, żeby umieć założyć taśmę, bo to nie jest wcale łatwe, prawda. Nauczyłem się tego, nauczyłem się to sprawdzać, obsługiwać wszystko tam, no, nauczyłem się czytać dokumentacje, choć bardziej na tym kolejnym dziale się nauczyłem dokumentacji technicznej, no i mnie to cieszyło, bo to była dla mnie nowość. To była technika. W wąskotaśmowym aparacie było… Są 2. takie główne systemy przesyłu taśmy. No bo taśmy na czas prześwietlenia ona nie może iść, ciągle, tylko musi się zatrzymać i prześwietlona być dalej. Tam był układ chwytacza tak zwanego. W projektorze szerokim był już krzyż maltański, o którym się słyszało. Tam zobaczyłem to na oczy, jak to wygląda, więc no to mnie wciągało, no nie wciągało, co bardziej mówię, lubiłem się uczyć i to mnie też interesowało bardzo. No o ile jeszcze te wąskotaśmowe to jeszcze były takie małe do tego, co spowodowało, że ja dzisiaj mam taki projektor wąskotaśmowy w domu i kupę filmów, prawda takich, o tyle no szeroko taśmowego nie mam, bo on sam ważył chyba z 500-600 kg. No to nawet w ogóle bym go nie uniósł, na tej zasadzie. No i na tym przy projektorach mniej więcej, choć nie przy taśmie, bo jeszcze później były wyroby związane ze slajdami, z rzutnikami, ale jeżeli chodzi o film ruchomy, no to tutaj się praktycznie skończyło. Poszedłem do działu, który produkował kserografy. Kserografy typowe znaczy tą samą techniką, bo może technologia to troszeczkę inna, czy którą firma Kserox wymyśliła. To jest tak zwany proces elektrofotograficzny, tylko że to były „KS 4” duże kserografy, które robiły odbitkę na „A3” formacie, natomiast oryginał był „A0” taka czapa była, która jeździła do góry, tu się specjalnie żeby łatwo było położyć to zjeżdżało to na dół kładło się na szkle, podnosiło się, regulowało się żeby powiększenie było i jeszcze żeby było trudniej to wychodziła płyta napylonym tonerem, ale ona jeszcze się rozmazywała. Dopiero [jak się] ją wniosło na drugie urządzenie, tam się takim z tym specjalnie kładło papier i trzecie wkładało do szuflady, żeby to utrwalić, ale to był porządny, pięknie rysował, piękne odbitki wychodziły no i formatu, „A3”.
W związku z tym wszystkie elementy, a to, że wałek trzeba tam gdzieś wsadzić, a to na wcisk, a to ma się obracać, nauczyłem się dużo różnych tych rzeczy, które bardzo, bardzo były z zakresu mechaniki, bardzo wcześniej były mi niewiadome, a bardzo mi się przydały na tych co prawda nieudanych studiach, ale na rysunek techniczny. Ja tam miałem kilka tomów dokumentacji takiej typowej technicznej chropowatości powierzchni, jakieś tam coś, wszystko opanowałem. Dzięki temu znów mogłem sobie z wykładowcą pogadać, prawda, na tej zasadzie. Choć wtedy jeszcze nie byłem taki stary. Na tej zasadzie, no i kiedy już tam, to jeszcze przy okazji był cały dział, bo to w innym budynku nawet było, ale dalej na „Nowotki”, prawda, był dział, gdzie robili soczewki. Więc to był straszny hałas, bo ta soczewka to była, takie czapy jeździły z proszkiem korundowym, to zgrzytało tak, że całe piętro, bo ono było wytłumiane, było słychać, ale tam piękne było, bo PREXER robił własne obiektywy, większość nie wszystkie, ale większość robił no i ta produkcja wojskowa, tam robili peryskopy do czołgów. Nie wiem czy państwo wiecie .To jest coś takiego, jak kawałek, taki kawałek szkła tak ścięte tak, a tu tak ścięte, żeby tu patrząc to szło i żeby to. Niewielka długość, jakieś 25 cm, bo to tylko ma tutaj być, a tutaj jest, żeby nad czołgiem było widać ale musiało być szczelne, żeby gazem im nie przeszło, więc to było takim specjalnym wypełniane i bardzo mi się podobały techniki sprawdzania. My to gotowaliśmy we wrzącej wodzie, w takim gazie autentycznie, wkładaliśmy do lodówki -50 stopni Celsjusza. Wyjmowaliśmy, obcieraliśmy ściereczką i patrzyliśmy, czy wilgoć nie weszła do środka, bardzo fajne, w życiu bym nie wpadł na ten pomysł. To byli specjaliści i to było moje główne zadanie i trzeba było uważać, żeby się nie oparzyć i też sprawdzałem coś takiego. No i on miał jeszcze ten peryskop, też się świecił dookoła taki rowek, po co ten rowek? Okazało się, że to jest po to, gdyby jednak coś się stało, żeby jednym kopnięciem odłamać to. On specjalnie był taki, żeby był łatwiejszy, żeby jak wejdzie ten żołnierz to butem to kopnie, to odłamie i wtedy łatwo to wyjąć, włożyć drugi. To na samym końcu się wtedy dowiedziałem, po co ten rowek był na tym, na tym peryskopie i to było… No i potem już taki awans był sobie do działu serwisu, to już był oddział na „Piramowicza”. I tam pracowałem, no tam też, tam to już w ogóle o elektronice nie mieli pojęcia, w związku z tym już szalałem. Dawali mi głównie te rzeczy, co są związane, tam poznałem starszą produkcję, były takie kopiarki elektrostatyczne „K-E 3”, których nigdzie nie ma wspomnień w Internecie. To były kopiarki, które były na specjalny papier światłoczuły, to ten dyrektor [Stefan] Jabłoński nawet mówił o produkcji, bo to PREXER robił. A wywoływało się to w takim płynie, który był na podstawie nafty. W związku z tym te kopie po wyjściu zanim wyschły, te śmierdziały naftą i one nie były całkiem białe, tylko one były takie lekko szare na tym, ale były to już automatyczne, że się kładło i tu wychodziło, samo ucinało ten papier, no w tych innych to trzeba było podkładać jeszcze, bo jeszcze wcześniej były fotokopiarki. To były takie, że specjalny papier i żeby wywołać kładło się taką jak teraz jest z takich, taka folia bąbelkowa to było, tylko w tych bąbelkach była ciecz. To razem przechodziło przez walce ta ciecz się uwalniała i jakoś to utrwalała. Tu już dokładnie nie znam tego i wychodziło coś takiego, prawda, to było marnej jakości, ale była to kopiarka, była to kopiarka już. Był problem z kopiowaniem. Wtedy z tymi kopiarkami to wiadomo było, że nie można. Było tajne, wszystko było, pamiętam, że PREXER uruchomił tu w „Instytucie Stomatologii”, też na Nowotki, ale bliżej Placu Wolności punkt ksero, w którym nawet tam, ja tam nie pracowałem, ale tam mój kolega, kontroler jakości inny pracował. To świadczyło się usługi ksero, tylko on musiał z każdej odbitki zrobić kopię dla siebie, ale po jakimś czasie zrezygnowano, bo on miał taki stos tych niepotrzebnych nikomu kopii, tego nigdy nie oglądał, ale na początku tak było, no bo urządzenie powielające w czasach komunizmu, to było coś strasznego, coś niebezpiecznego wręcz. To można było ustrój wręcz obrazić, więc tak było. No i tam już pracowałem właśnie przy tym. No i w tym czasie flagowy wyrób PREXERU jeżeli chodzi o kserokopiarki „UK 500”. Zautomatyzowana kopiarka. Ona miała już jeden silnik z napędu, łańcuch dookoła, sprzęgiełka… Wszystko robiła, wszyscy mówili, że te to biuro konstrukcyjne kupiło kilka zachodnich kopiarek i z nich zrobiło jedną Polską i jednej rzeczy nie mogli przeskoczyć, bo była opatentowana. Teraz w każdej drukarce mamy ten wałek prawda, który utrwala, no bo ten toner się wtapia w to metodą, znaczy na ciepło nie, a tam nie było jak i było tak, że były takie spiralki, jak w maszynce do grzania, takie czerwone, tylko one były podłużne. Najpierw były same, jak przechodził nad tym papier, co chwila się zahaczał, paliło. Więc potem włożyli je w szklane rurki, żeby nie dotykało, ale i tak się zaciął… Więc na wyposażeniu tej kopiarki, z boku, była taka duża pęseta, którą po to, żeby jak się zapali wyciągnąć tą palącą się lub te szczątki co się nie spaliły, tej odbitki, a z boku były otwory, żeby ten dym jeszcze wychodził na wierzch. To było normalnie przewidziane, że tak ma być. Nie potrafili zrobić porządnego utrwalacza takiego na wałkach, prawda.
[Biała plansza. Pośrodku czarny napis prostą czcionką: Jakie były warunki pracy w PREXERZE z perspektywy byłego pracownika?] ZK: Generalnie tutaj przy projektorze wolskim, no to było osiem stanowisk, to tam było nas więcej, no bo na urlopie, na tym czasami ktoś był i no chyba od 07:00 do 15:00. Tak to było na ogół w ten sposób. Czasami to był problem, zresztą każdego działu. Na koniec miesiąca zawsze trzeba było plan zrobić, nie, w związku z tym ta produkcja była dobrze…A my byliśmy na samym końcu. Kontroler jakości, prawda, wyrobów końcowych był. Więc tamci, nawet jak już skończyli, to zostawał jakiś dyżurny monter, prawda, z taśmy i czekał czy poprawek nie będzie na samym końcu dopiero, bo zresztą pamiętam taką sytuację jak robiliśmy urządzenia, o których nie mówiłem, do tych rzutników takie różne przystawki, że siedzieliśmy chyba do jeszcze po północy, ale żeby z datą tą było, prawda, z końcem miesiąca, to oni nam przynosili jedzenie, kawy, to żebyśmy tylko szybciej sprawdzali, żeby jak najwięcej, żeby ten plan wyrobić. No to było. Początek miesiąca wszyscy chodzili na luziku, a potem coraz bardziej. Tak było i to przez cały czas na każdym dziale taki zwyczaj, po prostu już był, tego się nie dało przekroczyć, natomiast no bardzo zagubiony byłem. Tak jak mówię, no człowiek tam nie był za bardzo szanowany, szczególnie to była, choć tak jak mówię, ja byłem ten drugi stopień, ten najgorszy to był monter nie, ja byłem już tym kontrolerem, który miał jakąś władzę i większą wiedzę. Natomiast no w serwisie to już byłem lepiej traktowany, ze względu na tą elektronikę moją. Natomiast ciężko było awansować, ciężko było. Ja na przykład jako elektronik chciałem się dostać do tego biura konstrukcyjnego, no to nawet pogadać nie można było z konstruktorem, to była taka klika, że nie można było tam, nie będę wymieniał nazwiska człowieka, który mi trochę pomagał, on nawet próbował, ale nie dało rady, nie chciał nawet nikt ze mną porozmawiać, choć to była czysta elektronika, to co oni tam robili, znaczy ten dział, bo ja do tego działu mechanicznego to nie daj boże, nie. Tylko do tego elektronicznego, więc tu było ciężko. Natomiast później, tak jak mówię, no później, jak już pracowałem w serwisie to już się działo. Tyle tylko, że no później nadszedł ten 80. rok, bo do ‘80 roku, dokładnie do końca kwietnia, czyli do Święta Pracy pracowałem, a w sierpniu były te strajki, prawda, ta zmiana. Przyznam szczerze, że zwolniłem się stamtąd, tak trochę byłem zmuszony, bo nie zawsze zgadzałem się z tym, co się działo w tym oddziale serwisowym, a tam kierownikiem tego oddziału był jednocześnie pierwszy sekretarz, co bardzo pogarszało, bądźmy szczerzy, jakość pracy. W związku z tym no tak, tak właśnie było. Nawet się śmiałem, że w Święto Pracy ja zostaję bez pracy. Odszedłem, znalazłem sobie gdzieś indziej pracę i przyjemnie mi było jak już po podpisaniu porozumień, gdzieś na jesień, pod koniec jesieni, kiedy „Solidarność” powstawała, zadzwonił jeden z ludzi, z bardzo mądrych kierowników tam właśnie z tego oddziału na Piramowicza, z działu produkcyjnego elektrycznych rzeczy, czyli silników tam transportu… „Czy nie chciałbym wrócić?”. No to było mi przyjemnie tyle tylko, że ja już pracowałem w jeszcze ciekawszej pracy, bo przy komputerze w ośrodku obliczeniowym PKP. W związku z tym już byłem pochłonięty czymś nowym, wciągnąłem się w to także nie myślałem o tym, ale było to miłe, że się do mnie zgłosił. „Czy bym nie wrócił?” Na tej zasadzie to już było po przemianie, po tej transformacji pierwszej, prawda.
[Biała plansza. Pośrodku czarny napis prostą czcionką: Czy ówczesna pensja była dla młodego człowieka wystarczająca? Może musiał Pan dorabiać?]
ZK: Nie, wydaje mi się, że tak była. Ja nie jestem za bardzo oszczędny, ale to było wystarczające. Tu nie mogę powiedzieć, płacili nie najgorzej. Trochę było tych nadgodzin, tam prawda, czasami coś. Nie, to było satysfakcjonujące, w serwisie to już było lepiej, bo wtedy niewiele, też już mogę powiedzieć, niewiele osób prywatnie miało kopiarki. Do czego używali takiej kopiarki? Znaczy, ja też po prostu pamiętam, taka firma produkowała suwaki takie i ona do tego metkę musiała mieć nie? No tą metkę na czymś trzeba było wydrukować czy coś. Jak się popsuła taka kopiarka, to nie mógł tej swojej metki powielać, to on nam wstrzymał produkcję. Więc jak dzwonił do nas do serwisu, jak my przyjechaliśmy mu tego samego dnia na przykład, to on tam czasami nam coś dał. Zresztą historia zmian moich prac jest taka, że zawsze kolejna praca była o wiele, wiele, wiele lepsza od poprzednich, więc nigdy nie narzekałem, że zmieniłem pracę. Zawsze na tym wychodziłem lepiej tylko. Ja nie narzekam Jestem optymistycznym człowiekiem. [Biała plansza. Pośrodku czarny napis prostą czcionką: Jaka była pana następna praca?] Elektronikiem przy systemie minikomputerowym, od razu takie wyjaśnienie, minikomputer to nie oznacza, że on jest mały, on jest mniejszy, ale że jest nie na elementach takich, to się wymówiło dyskretnych, tylko na już mini zminiaturyzowanych, czyli mikroukładach, jeszcze nie mikroprocesorach, bo to jest mikrokomputer wtedy. Na minikomputerach to był komputer wielkości mery 400, czyli takiej stojącej szafy o też, bo to na wielkość dwa takie na szerokość i dwa razy wysokie. Z tym do tego była drukarka, coś na pamięci taśmowej, komputer, ale to był specjalistyczny komputer. To był komputer popularny z angielskiego nazwany Seecheck, czyli „patrz” i „sprawdzaj”. I on służył do wprowadzenia danych z dokumentów papierowych. Ten komputer pracował z dwudziestoma czterema stanowiskami. Była sala, dwadzieścia cztery te monitorki, klawiaturki, dwadzieścia cztery, na ogół młode, piękne dziewczyny i sterta listów przewozowych takie jakie PKP miała. To wszystko przychodziło tu do Łodzi, a one to wstukiwały, na akord zresztą, dla mnie to była zupełnie nowość, w sensie elektronika elektroniką, ale to już była technika cyfrowa. Chłonąłem to jak gąbka, bo to było coś nowego, coś nowoczesnego, to był w ogóle system, który od 2 lat dopiero był na rynku angielskim, MERAMAT polski robił, ale z Warszawy taka firma, ale na licencji w związku z tym, to było dość nowoczesne, co bardzo mi się podobało. Tam pracowałem na dwie zmiany i byłem takim elektronikiem dyżurnym, chociaż to nazywał się konserwator EMC, tak się, tak to nazywają, czyli elektronicznych maszyn cyfrowych takich, bardzo fajna praca. Do dzisiaj ją wspominam jeszcze z innej przyczyny – pracowaliśmy w trójkę, był kierownikiem, wszyscy tutaj byliśmy dosyć młodzi, ja byłem, wtedy jeszcze też nie miałem studiów, był drugi kolega, inżynier i trzeci inżynier kierownik. I ten kierownik był maniakiem języka angielskiego. Ponieważ ja przez całe życie próbowałem się nauczyć angielskiego bezskutecznie, a on był… Wtedy to się trochę rozzłościło, on do nas po angielsku przez cały dzień mówi, przez cały czas i przyznam szczerze, w tym czasie, najwięcej nauczyłem się tego angielskiego niż przez te wszystkie… W podstawówce chodziłem prywatnie. W technikum miałem angielski, na wszystkich studiach zawsze był angielski, na tych udanych i nieudanych. No to było przed tymi udanymi i cała dokumentacja była po angielsku. To już czytać do dzisiaj potrafię tylko technicznie, tak. Literatura jak jest jakaś taka beletrystyczna czy co, to ja nie dam rady, ale techniczną instrukcję po angielsku bez problemu. Z mówienia jest, znaczy słuchania jest tak, że ja nie rozumiem co do mnie mówią. To do dzisiaj zostaje. Coś mam takiego, że nie potrafię tego przeskoczyć, natomiast ja bardzo chętnie próbuję coś powiedzieć, z jaką jakością trudno mi powiedzieć. Słownictwo, kiedyś jak robiłem, zrobiliśmy sobie takie zawody, no to słownictwo, nie mówię dzisiaj, ale miałem opanowane, natomiast nie rozumiałem, co do mnie mówią. Choć już jak z Unii były kursy angielskiego za darmo, dwa razy były, i obydwa razy, w obydwu przypadkach musiałem zrezygnować przed końcem, bo nie dawałem rady. Póki pani jeszcze mówiła trochę po polsku, po angielsku, a jak pani już mówiła tylko po angielsku, to ja może bym znał odpowiedź, ale nie rozumiałem co do mnie mówiła… I ten angielski niestety nigdy mi się nie udało. Chciałem jechać, teraz to już jest trudniej, jechać do Anglii na takie wczasy językowe do gospodarstwa nie, w którym [się] mówi tylko po angielsku, ale to nie da rady, no bo jak tam jedzie trzech Polaków to po polsku będziemy gadać. Trzeba by znaleźć taki obszar, gdzie dookoła 30 km nie ma żadnego Polaka. Nikt nie mówi, tylko po angielsku. To wtedy albo przeżyje, albo padnę, nie takie coś, no ale nie zrealizowałem tego, bo no nic, ja nic nie rozumiem co się z mowy, co mówią. Napisane sobie już tak, a już mówię techniczne, to sobie daję radę. Z tego dużo dokumentacji teraz jest w tym, co projektuje. Też jest jeszcze po angielsku i tutaj nie ma problemu.
No i zacząłem pracować w tej firmie, rzeczywiście. Tam było, no tam to, już kilka miałem wzorów użytkowych, tam się bardzo fajna praca była, ten system psuł się, no nie da się ukryć, że się to w chwilę zepsuło, to była Polska produkcja, w Polsce, jednak no to były te elementy jakościowo gorsze. Byłem nawet 3 miesiące w tej firmie na takich praktykach. Tam na dziale uruchomień w Warszawie, żeby się nauczyć, no bo ja go uruchamiają, to jest najwięcej tych ustawień. To się psuło, psuło, aż w końcu tam z kolegą no postanowiliśmy, ponieważ on był też dobrym elektrykiem, ja bardziej od taktyki cyfrowej, od techniki analogowej, otworzyliśmy firmę, pierwszą taką moją firmę, więc wyniosłem z tej z PKP. Choć jeszcze miałem dwa później kontakty, po jakimś czasie jak tą prywatną firmę, potem ją zamknąłem, potem otworzyłem jeszcze inną, potem znów tam gdzieś indziej. Okazało się, że znów szukają ludzi i wróciłem, tylko już pracowałem wtedy, to już była degradacja w hierarchii. Tam był jeszcze komputer typu „Odra”, czyli technologicznie przepaść, nie. Byłem konserwatorem na tym komputerze. Z tym, że tam było już o tyle dobrze, że tam się pracowało w tak zwanym turnusie, czyli ja miałem dwanaście godzin, dwadzieścia cztery wolne, a po nocy czterdzieści osiem. W związku z tym ciągnąłem drugi pełny etat w biurze projektów. To była moja wtedy pierwsza praca w biurze projektów i w tym, gdzie się tam mnie nauczono projektować. No to tak, jak już tu wspominałem, projektowanie to jest zupełnie inne spojrzenie inżynierskie, no i tam później skończyłem te studia. To była firma, która robiła projekty z zakresu sensu stricte automatyki. Czyli wróciłem do tego, co z technikum miałem. Także taka ta kariera moja, no cały czas z techniką, no bo ja jestem takim właśnie zwolennikiem techniki i cały czas trzymam się w okolicach elektroniki automatyki. Z mojej klasy trzy osoby chyba tylko zostały, reszta to tam krawiectwo inne rzeczy, a ja siedzę w tym co mnie nauczył. [Biała plansza. Pośrodku czarny napis prostą czcionką: Gdzie pan dzisiaj pracuje?] W tej chwili już jestem na emeryturze, ale robię na umowę zlecenie. Teraz to już na umowę o dzieło. Znaczy nie, no zawsze na umowę o dzieło, tylko jak miałem firmę, to robiłem projekty takie nawet dla innych. Projektuję stacje elektroenergetyczne, a konkretnie tą część zabezpieczeniową, to się nazywa elektroenergetyczna automatyka zabezpieczeniowa, która polega na tym, żeby przepięcie, jakieś zwarcie, coś w stacji, nie spowodowało jakiego uszkodzenia.
[Biała plansza. Pośrodku czarny napis prostą czcionką: Jakie jest pana ulubione urządzenie Prexerowskie?] To trzeba by podzielić to na dwie części najlepszy, najprostszy to były rzutniki typu Jota, Jacek, proste, niezawodne. Mogła się tylko żarówka tam przepalić, no to trzeba było wymienić. Natomiast taki fald technologicznie, to był Diaprex B-11. To był rzutnik, który miał jeszcze dodatkowo, on miał sam ten korpus z lampą, z obiektywem, z zasilaczem i z gniazdem, i w niego można było włożyć przystawki. Miał taki suwak, takie jakby saneczki, na których się nasuwało i tych przystawek było kilka, co najmniej cztery chyba potrafię w tej chwili wymienić, które można było nałożyć, i one już mogły mieć jakąś automatykę jakąś mechanikę. Była taka moda jak slajdy były takie, na takim okręgu, nie taki magazynek jak w tym, tylko taki okrąg był, nie, ze slajdami. No to było właśnie sztandarowe dzieło rzutnika, do którego wkładało się, do tego rzutnika Diaprex B-11, wkładało się przystaweczkę, w którą to się wkładało ten okrąg, tu jest zmienny, a tutaj można było to napędzać. Teraz można było to napędzać kablem zdalnym z przyciskiem. Można było napędzać automatem czasowym, czyli ustawiało się na przykład co dziesięć sekund tam chyba do trzech minut, żeby było i samo zmieniało. I trzecie, już robili jak ja odchodziłem, radiowe już były prototypy, ale chyba nie weszło do produkcji, no bo potem praktycznie Prexer padł, bo to było już jak odchodziłem. ale już robili, no to to było ładne, do tego było. Co jeszcze? To było na slajdy, na pocięte można, czyli taśma pocięta. Można było slajdy niepocięte, czyli jak jest jeszcze na rolkach, prawda wkładało się i też. Tymi samymi urządzeniami można było przesuwać jedną klatkę i to rozpoznawało, gdzie jest klatka przesunięta tu przy tej tarczy to były hece, bo to musiało wrócić i zatrzymać. Nie zawsze się chciało. W związku z tym była taka fotokomórka w ogóle, wtedy wchodziła elektronika, bo wcześniej bez tego by nie było. Fotodioda, czyli maleńkie urządzenie, bo taka typowa fotokomórka jak dawniej w aparatach kinowych była, to ona była wielkości kciuka, a to było no maleńkie, no tak jak. Natomiast nie zawsze się dokładnie zatrzymywało, to zrobili jeszcze takie techniczne szczegóły, ale taki stożek, że pyk suwało się, a w tarczy były wycięcia żeby centrowało. Tak to było ten się to, bo w tą poszedł albo coś takie były problemy. Ja to znam, bo to również sprawdzając z tego, ale to był postęp i to było już bajerne. No i jeszcze jedną przystawkę robimy z tego rzutnika zupełnie niezwiązaną z tym. To był automat Rotocolor się nazywał to była taka wsuwana przystaweczka z silniczkiem i z takimi kolorowymi pierścieniami z różnobarwnymi tak jak w kalejdoskopie, to się kręciło jedno względem drugiego i padało, że tak ładnie stokaty takie coś nam się wyświetlało no teraz stroboskopy czy coś robią a to można było tym robić To było do rzutników wszystko, no do tego, że to on był w ogóle, bo już chyba od profila to był z tymi saneczkami, że fizycznie pasowało, tylko że nie miało gniazdka zasiadającego no, a do tego no można było do Diaprexa B-11 czego rzutnika to jest stare przystaweczki od profila też dołożyć tylko, że tego ręczna obsługa była już nie tego, no i jeszcze jedną rzecz to też chyba potrzeba rynku. Wtedy moda była na migające, kolorowe światła i to się nazywało psychodelic, się mówiło. I zaczęli produkować takie urządzenie, już nie pamiętam jak ona dokładnie ono się… miało nazwę własną „fonobłysk”, a jak to to zawsze wyroby, zawsze mają coś tam, coś tam I NAZWA nie, to było „fonobłysk” i to było no taka, prawda, trzyczęściowe. Dwa oświetlacze, prawda, czerwony, żółty, zielony połączone kablami i takie urządzenie to sterujące, gdzie wchodziło, prawda, doprowadzało się sygnał z jakiegoś no, akustyczny, prawda, dalej się… Tam były trzy filtry pasmowe dzieliły częstotliwość tą akustyczną na trzy części. Dziwna rzecz była, to wszystko było ciężkie, trochę toporne, dlaczego? Dlatego że przynajmniej też taka być może plotka była, nie wiem, mówili, że wtedy takie firmy, bo to było zjednoczenie predą, to takie mechaniczne, typowo, że tam wyroby się liczyły w wadze i dlatego przez długi okres czasu na przykład tych kserografów, czy projektorów nikt nie robił lżejszych, bo to się liczyło. Ile to przerobiliśmy, [ile] tego wyrobu mieliśmy. Nie wiem, taka plotka chodziła, ale to może być, tak wyglądać, bo dopiero później zaczęli lżejsze. Ta ,,łuka 500” kserokopiarka, która już była taka dość nowoczesna też była ciężka, że samemu jej, nikt nie podniósł. Tak jak patrzę dzisiaj z perspektywy czasu nie mając nic, wtedy to był taki rynek, że nic na rynku nie można było dostać czy coś. No to ta ,,łuka 500” to była na przykład to był nowoczesny, taki flagowy wyrób i to jak na tamte czasy, było kupę automatyki na przekaźnikach, jeszcze teraz to połowę, bo tam połowa tego sterowania było. Teraz to na jednym mikroprocesorze ja bym to umiał sam napisać do tego, znaczy zrobić hardware, prawda, napisać program, no ale wtedy to nie te czasy, to nie te czasy, zupełnie inaczej.
[Biała plansza. Pośrodku czarny napis prostą czcionką: Jak chodził pan do kina?]
ZK: Jak gdzieś kręcą film to ja w kamerę patrzę, bo już jestem ciekawy. Jak na projektorze, to kilka razy patrzę, ja poznaję te znaki jak zmieniają szpulki czy coś, to patrzę rzeczywiście, z której kabiny i takie rzeczy mnie interesują. Jak tam gdzieś na ogół do kabin nie można było, na przykład w którymś kinie stoi właśnie taki aparat otwarty, no to pięknie można sobie… Już nie pamiętam tu gdzieś na Zachodniej chyba, albo w Charlie, albo na Zachodniej, jest takie kino Cytryna chyba jest, nie wiem czy jeszcze jest. Ale tam taki właśnie stoi na holu otwarty aparat, no to, to mnie od razu ciągnie. No ja to wszystko oglądam. Tak jak w tych kinach, te projektory wąskotaśmowe znałem, szeroko mniej, to już mnie interesowało. No trzy rodzaje świata w tym projektorze, prawda. Jak to się zamyka te takie wielka wajcha z tą, czy idą żeby prawda, no bo jak prześwietlimy a nie rusza się film to się od razu topi. Takie różne rzeczy, potem przy ksenonowych lampach jak jest zapłon to straszne zakłócenia są, więc się wycisza na chwilę wzmacniasz, bo to głośnikach aż huczy przez pół sekundy, bo to jest kilkoma, kilkunastoma kilowatami ta lampa porozświetlana. Potem lampy łukowe, dawniej były prawda, że facet ręcznie ten łun się wypalał. Potem już były małe silniczki wolnoobrotowe z przekładu, żeby to suwał. Lampy ksenonowe, znów niebezpieczeństwo wybuchu, to były w takich osłonach. To takie rzeczy to wszystko wiem z własnej, znaczy z tego, że się interesowałem. Jak zobaczyłem, no jak zobaczyłem aparat projekcyjny inny niż ten wąskotaśmowy, który znałem, to musiałem też dokładnie dojść co tam jest w środku i jak działa, i to wszystko… Obiektywy, no rodzaj filmów panoramiczny, kasetowany, pół anomorfotyczny, to też no, jak już to jest usłyszałem, to już musiałem wiedzieć o co chodzi, prawda. Czy do czterech stosunek obrazu, teraz najczęściej szesnaście do dziewięć, takie rzeczy. [Biała plansza. Pośrodku czarny napis prostą czcionką: Czy chodząc do kina interesował Pana temat filmu? Czy jednak najważniejszy był ten aspekt techniczny?] Tak, no bo szedłem jednak na jakiś film, ale jak był film nudny, to rzeczywiście, to powodowało, że nie wychodziłem natychmiast oraz rzeczywiście w życiu zdarzyło się wyjść z kina, był taki film, że już nie mogłem usiedzieć. Ale tak to się interesowałem w kinie ściemnianiem, na przykład tego światła, to był kiedyś potężny problem, nie było urządzeń, zresztą to był problem ściemniania w teatrach, do reflektorów, do tego, bo to już duża moc była, bo małą moc to łatwo, ale dużą to już coś. No to mnie zawsze interesowało. Ja mam taki charakter, że jak coś takiego było, to ja potrafiłem tam pójść do obsługi i się pytać nie, no to na tej zasadzie, patrzyli trochę na mnie różnie, o nazwijmy to w ten sposób, ale na ogół nie odpowiadali. Natomiast nie no lubię, teraz już mniej, no bo teraz się mniej chodzi na filmy, to przyznać się wstydzę, że ostatnio to chyba byłem na tym filmie Agnieszki Holland związanym z granicą, czyli to było ze dwa lata albo trzy temu. Nie, nie byłem dawno w kinie, ale obiecuję sobie, że pójdę. Natomiast lubię. Zaczynam z Internetu, nigdy nie ściągałem niczego z Internetu, bo ja nie lubiłem. To nie moja sprawa nie, ale ostatnio zacząłem sobie ściągać, bo na bieżąco oglądanie to strasznie czas zabija… Westerny, czyli stare filmy, takie stare, bo to były pamiętam na jakim pierwszym filmie byłem w ogóle w kinie. To było w szkole na ławeczkach takich, na sali gimnastycznej się siedziało i z jakiegoś takiego tego typu, ale nie wiem wtedy jeszcze nie interesowałem się w podstawówce. Był to film ,,Orzeł”, taki o tym podwodnym okręcie. Na tej sali było to był ciemny, w ogóle film czarno biały to wiadomo, ale ciemny, bo to się w okręcie podwodnym… Niewiele było widać. No to ja głównie w ten projektor patrzyłem. Ja siedziałem z tyłu i tu z filmu niewiele rozumiałem, to oglądałem za to ten projektor. Ja to pamiętam do dzisiaj, to mnie interesowało. Natomiast w kinie to byłem pierwszy raz, to w kinie Wolność, bo tam mieszkałem. Chyba taki był kolorowy film Śniegi Kilimandżaro, do dzisiaj pamiętam. Piękny film i kolorowy jeszcze, kolorowy.
[Biała plansza. Pośrodku czarny napis prostą czcionką: Czy chodził Pan dla rozrywki do kina?] ZK: Więcej do kina chodziłem niż do teatru. Śmieszne było chwilą, było ta, Gwardia na Zielonej, to niedaleko tam PKP, gdzie pracowałem i tam nieraz po pracy z kolegami sobie szliśmy, bo to było po drodze. Natomiast tak to, no nie, no głównie to Bałtyk jak coś nowszego, na przykład jak wtedy wprowadzili ten film z tymi efektami, taki wojenny już nie pamiętam tytułu. Tak to nie wiem. No często chodziłem do Zachęty, czyli tutaj na rogu… Dobrze mówię na rogu… na Zachodniej i Próchnika, a to, to za placem… Przy Placu Kościelnym to się nazywało? Włókniarz. A Wolność, no to ze względu na to, że tam jako mały mieszkałem. A jeszcze tak jak mówiłem, do tego, do Bałtyku, to chodziło się już na te lepsze filmy, prawda. Tak jak gdzieś tam z dziewczyną, trzeba pójść na to, gdzie jak nie do Bałtyku. Takie czasy.
